Reklama

Reklama

Zbawienne skutki messimanii

Geniusz Messiego, perfekcja Xaviego, inteligencja Iniesty oraz skuteczność Villi pozwoliły Barcelonie odwrócić losy rywalizacji z Milanem i ocalić awans do ćwierćfinału Champions League. W piątkowym losowaniu Katalończycy będą potrzebowali jednak więcej szczęścia niż kiedykolwiek.

To był ponoć pomysł Leo Messiego. Prasa hiszpańska przekonuje, że to właśnie na spotkaniu w restauracji Can Ferran, gdzie przyparci do muru piłkarze Barcelony poszukiwali sposobów na wydostanie się z kryzysu, "niemy" gwiazdor wycedził spod nosa, że w starciu z Milanem chciałby mieć przed sobą Davida Villę. Dla dziennikarzy hiszpańskich było to o tyle zaskakujące, iż kilka razy w tym sezonie donosili o nieporozumieniach obu graczy. Czterokrotny laureat "Złotej Piłki" doszedł jednak do wniosku, że jeśli ustawiony na środku ataku Villa ściągnie na sobie uwagę stoperów, on łatwiej znajdzie odrobinę przestrzeni.

Reklama

Życzenie Messiego jest święte

Jak wiadomo, w klubie z Katalonii każde życzenie Messiego jest święte. Jeden z hiszpańskich dziennikarzy przekonywał mnie, że między pozycją Argentyńczyka w Barcelonie i Cristiana Ronalda w Realu istnieje przepaść. Wymagania wobec tego pierwszego idą w parze ze spełnianiem praktycznie każdej jego zachcianki, Portugalczyk nie może liczyć na tak ślepe wsparcie ani trenera, ani prezesa, ani kolegów z drużyny.

Już po pięciu minutach wczorajszego starcia z Milanem oczywiste stało się, że Messi zasługuje na wszystko. Może Katalończycy mają rację święcie wierząc, iż rozwiązywanie ich problemów należy zacząć od poszukiwania sposobów na ulżenie Argentyńczykowi. Gol na 1-0 był przebłyskiem geniuszu Messiego, takiego strzału nie oddałby nikt inny. Piłka wyleciała jak z katapulty trafiając do siatki zupełnie poza zasięgiem Christiana Abbiatiego. Włoski bramkarz bronił potem fantastyczne uderzenia Iniesty i Xaviego, ale gdy Messi kopnął piłkę w kierunku jego bramki drugi raz, Barcelona odrobiła straty z San Siro już w pierwszej połowie.

Villa przepychał się z obrońcami, tymczasem Messi zdobywał gole. Francuz Philippe Mexes, który obiecywał, że stanie się cieniem Argentyńczyka aż do chwili, gdy po końcu gry poprosi go o koszulkę, pozostał w jego cieniu. Zawsze spóźniony o ułamek sekundy.

Mózgiem barcelońskiej kampanii był jednak Xavi. Wracający po kontuzji lider ocierał się o perfekcję jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Myślał szybciej niż ktokolwiek inny, był wszędzie, widząc to Andres Iniesta starał się dostarczać mu piłkę, kiedy tylko było to możliwe. Dzięki nim Katalończycy zdobyli przewagę w środku boiska, kluczem był jednak powrót do wysokiego pressingu. Drugi i trzeci gol padł nie po wypracowanej akcji gospodarzy w ataku pozycyjnym, ale po szybkim przecięciu ataku Milanu i zabójczej kontrze.

Znów był bohaterem

Kiedy Villa wkręcił piłkę do siatki Abbiatiego trzeci raz, padł na murawę, jakby to był gol nr 1 w jego karierze. 16-miesięczna gehenna kontuzji, a potem średnio udanych prób powrotu do formy, zniknęła na chwilę. Zrobił to, czego chciał Messi i cały tłum kibiców z żalem patrzących jak wyciera ławkę dla rezerwowych. Znów był jednym z bohaterów, jak w finale Champions League na Wembley w 2011 roku.

Gdyby takiego Villę miał w składzie Massimo Allegri, jego drużyna zagrałaby może w ćwierćfinale. Milan zmarnował swoją wielką szansę na doprowadzenie do stanu 1-1, gdy M'Baye Niang po katastrofalnym błędzie Javiera Mascherano, był sam przed Victorem Valdesem, ale trafił piłką w słupek. Postawa środkowych obrońców Barcelony mogła zaprzepaścić wysiłek reszty. W końcówce, przy stanie 3-0, Bojan Krkić ograł Gerarda Pique jak dzieciaka, ale jakimś cudem strzał Robinha z pięciu metrów zablokował Jordi Alba. Podnosił się z murawy bardzo długo, zdążył jednak zdobyć jeszcze potem czwartą bramkę.

Barca dokonała rzeczy zdawało się niemożliwej. W boju o ćwierćfinał Champions League, po porażce 0-2 na San Siro, wygrała 4-0 z drużyną, która cztery gole straciła w ośmiu poprzednich meczach. Wczoraj na Camp Nou Milan okazał się jednak wciąż przeciętnym zespołem, jak na ten poziom rywalizacji. Brakowało mu lidera, który potrafiłby zagrać piłkę do napastników. Goście przysięgali przed meczem, że są świadomi, iż muszą zdobyć gola także w Barcelonie, by awansować. Przez większą część rewanżu próbowali jednak wyłącznie przetrwać.

Został tylko Raul

Messi wyprzedził Ruuda van Nistelrooya na drugim miejscu najlepszych strzelców w historii Pucharu Europy. Pozostał przed nim już tylko Raul Gonzalez z 13 bramkami przewagi. Najważniejsze jednak: potwierdził klasę po raz kolejny. Bez niego awansu Barcelony do ćwierćfinału by nie było, mimo wszystkich zmian, których dokonali trenerzy z Katalonii. Pedro jest w formie katastrofalnej, raczej przeszkadza, niż pomaga drużynie. Pique, który najgłośniej krzyczy poza boiskiem, na nim wciąż popełnia gafy seryjnie. Jak mądrze musiała zagrać Barcelona w środku pola (Sergio Busquets), by z tak słabą defensywą, złożoną z trzech graczy (Mascherano, Pique i Alba) nie stracić bramki? Wynalazek Pepa Guardioli, czyli ustawienie 3-4-3, sprawdził się w końcu u Tita Vilanovy.

"Ta wygrana jest dla Tita" - wykrzykiwali jeden przez drugiego gracze Barcy. Za dwa tygodnie trener będzie z nimi, w ćwierćfinałach Champions League usiądzie w końcu na ławce. Barcelona ocaliła wczoraj swoje nadzieje, ale trudno ocenić, czy uporała się z kryzysem formy. Gra wysokim pressingiem wciąż działała tylko chwilami. Wydaje się, że pierwszy raz od czterech lat, Katalończycy nie są faworytem Ligi Mistrzów. Akcje Realu Madryt, Bayernu Monachium, czy Juventusu Turyn stoją wyżej. Te zespoły mają żelazną defensywę, a przecież nią wygrywa się ponoć Ligę Mistrzów.

Piątkowe losowanie par ćwierćfinałowych i drabinki do finału na Wembley będzie fascynujące. Może dojść do bratobójczej walki Hiszpanów (Gran Derbi) i Niemców (Borussia Dortmund - Bayern). Wydaje się, że nikt by tego nie chciał. Real był lepszy od Barcelony w trzech ostatnich dwumeczach (w Superpucharze Hiszpanii, Pucharze Króla i lidze), mimo wszystko po grze w grupie śmierci i batalii z Manchesterem, liczy w końcu na bardziej przystępnego przeciwnika.

Sytuacja w europejskim układzie sił szybko się zmienia. Dwa tygodnie temu Barcelona była na drodze donikąd. Porażka na San Siro, a potem dwa lania w Gran Derbi mogły jednak posłużyć Katalończykom za punkt zwrotny. Gwiazdor Bayernu Franck Ribery powiedział już jakiś czas temu, że Bawarczycy czują się na siłach, by wysłać Messiego i jego kolegów na zieloną trawę. Czy wczorajszy mecz na Camp Nou mógł zachwiać pewnością Francuza? Szybko się przekonamy. Jedno jest pewne: dalsza rywalizacja w Champions League będzie ciekawsza z Barceloną, niż bez niej.

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Zobacz zestaw par 1/8 finału Ligi Mistrzów

Czy nastąpiło odrodzenie Barcelony?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL