Reklama

Reklama

Wielkie starcie krezusów w finale Ligi Mistrzów

W sobotę 29 maja na stadionie w Porto Manchester City i Chelsea FC powalczą o triumf w Lidze Mistrzów. Dwie futbolowe potęgi, zbudowane za gigantyczne pieniądze, budzą wiele, również pozasportowych emocji. Walczą o prymat nie tylko w ligowej tabeli, ale również w rankingach nienawiści. Początek meczu o 21. Transmisja w Polsacie Sport Premium 1, relacja w Interii.

Kiedy kilka miesięcy temu ogłaszano projekt powstania Superligi, który przetrwał jedynie kilkadziesiąt godzin, wydawało się, że kończy się futbol jaki znaliśmy. Na całe szczęście zamach najbogatszych klubów na obecnie panujący porządek się nie udał, ale to wcale nie oznacza, że kolejnych prób nie będzie. Zresztą, fani na Wyspach Brytyjskich już jakiś czas temu musieli się pogodzić, że ich konserwatywne podejście do piłki nożnej, kibicowania, więzi z klubami, powoli zaczyna odchodzić do lamusa. I teraz, kiedy w finale Ligi Mistrzów mierzą się dwa angielskie zespoły, w które wpompowano setki milionów euro, pochodzących z Rosji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, po raz kolejny warto zadać sobie pytanie, jak bardzo gigantyczne pieniądze zmieniły futbol?

Reklama

Znienawidzeni

Kiedy w 2018 roku angielski "Mirror" opublikował zestawienie najbardziej znienawidzonych drużyn w Premier League, Chelsea FC zdecydowanie zdetronizowała konkurencję. Kiedy komentatorzy pochylili się nad przyczynami, dlaczego akurat "The Blues" są tak bardzo nielubiani wśród angielskich klubów, niemal wszyscy byli zgodni, że główną przyczyną są pieniądze. A konkretnie nieustannie płynących strumień gotówki, zasilany przez rosyjskiego oligarchę Romana Abramowicza.

Kiedy w 2003 roku Abramowicz został właścicielem Chelsea, dla wielu fanów zakończyła się pewna epoka. Angielskie kluby były już wcześniej w posiadaniu inwestorów zza granicy, ale nikt wcześniej nie wkroczył do ligi z tak wielkim przytupem. Obrzydliwie bogaty Rosjanin chciał sukcesów natychmiast i od pierwszego sezonu zainwestował w klub wielkie pieniądze. I to przyniosło efekt.

W 2004 roku klub skończył rozgrywki na drugim miejscu w tabeli, ale już dwa kolejne lata przyniosło mistrzostwo. W całej erze Abramowicza "The Blues" sięgnęli po pięć mistrzowskich tytułów, tyle samo razy wygrywali FA Cup, dokładając do tego trzy triumfy w Pucharze Ligi i dwie wygrane w meczach o Tarczę Wspólnoty. W 2012 roku Chelsea wygrała upragnioną Ligę Mistrzów, dodając do tego Klubowe Mistrzostwo Świata. Rok później klub z Londynu triumfował w Lidze Europy, co powtórzył zresztą w 2019 roku.

Lista sukcesów jest imponująca, szczególnie, że przed przybyciem Rosjanina i jego pieniędzy, Chelsea mistrzem Anglii była tylko raz, a na europejskiej arenie dwukrotnie sięgała po nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów i raz po Superpuchar UEFA.

Szczególnie pierwsze lata panowania Abramowicza były dla wielu szokiem, bowiem rosyjski miliarder szalał na rynku transferowym, kupując praktycznie każdego, kogo sobie wymarzył. Inne kluby protestowały, zdając sobie sprawę, że nie mogą finansowo rywalizować z londyńską drużyną, ale też windowały ceny i sprzedawały piłkarzy znacznie powyżej ich wartości. Dlatego analitycy uważają, że przyjście Rosjanina do Premier League pozytywnie wpłynęło na całą ligę i finanse reszty klubów. Jednak nienawiść kibiców zaczęła skupiać się na "The Blues", choć niebawem w lidze pojawili się kolejni potentaci.

"Mogą nas nienawidzić"

"Mogą nas nienawidzić. Mam to w d.... Od teraz, jak zobaczę kibiców United tankujących swoje samochody, będę się cieszył, bo przecież ich pieniądze będą zasilać konto mojego klubu" - mówił na początku 2009 roku Noel Gallagher, jeden z założycieli grupy "Oasis", po tym, jak właścicielem Manchesteru City został oskarżany o łamanie praw człowieka szejk Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Petrodolary szejka Mansoura budziły spore emocje, jednak chyba trudno porównać to do Chelsea. Abramowicz był pierwszy i wziął na siebie większość "uderzenia". "The Citizens" we wspomnianym rankingu nienawiści ustępują swoim lokalnym rywalom z United czy Liverpoolowi. Najwyraźniej kibice, już przyzwyczajeni do pompowania obcego kapitały w angielskie kluby, uznali przypadek "Obywateli" za kolejny z wielu. Stąd zarzuty o zaprzedaniu duszy szejkom przebrzmiały dość szybko.

Wpływ na to mógł mieć też fakt, że szejk Mansour musiał czekać aż cztery lata, aż prowadzony przez niego klub sięgnie po mistrzostwo. Mimo kilku ciekawych transferów, nie było takiej rewolucji, jak to miało miejsce w przypadku Chelsea. Co prawda "Obywatele" również doczekali się pięciu mistrzowskich tytułów w erze Abu Dhabi United Group Investment, ale to wszystko było nieco bardziej rozłożone w czasie.

Na europejskiej arenie "The Citizens" nie wygrali jeszcze niczego. Teraz, w starciu z inną "nowobogacką" drużyną, powalczą o wymarzony tytuł. Dla kibiców to starcie dwóch świetnych zespołów, dwóch różnych stylów i znakomitych trenerów Pepa Guardioli i Thomasa Tuchela. W świecie finansów to jednak pojedynek rosyjskiego magnata i arabskich szejków.

Liga Mistrzów: starcie krezusów

Obie drużyny należą w tej chwili do najbogatszych klubów świata, choć rywale, w tym głównie Paris Saint-Germain, absolutnie im nie ustępują. Komercjalizacja futbolu poszła już tak daleko, że kolejni inwestorzy z krajów arabskich, Rosji czy Chin nie budzą już takich kontrowersji, jak to miało miejsce, kiedy w Premier League pojawili się Roman Abramowicz czy szejk Mansour.

Dla Manchesteru City to szansa dopiero na pierwszy triumf w Lidze Mistrzów. Chelsea, choć dziewięć lat temu sięgnęła po to trofeum, również ma jeszcze sporo wolnego miejsca w gablocie. Ogromne pieniądze nie zapewniły tym klubom dominacji na Starym Kontynencie, wręcz przeciwnie, cały czas dość wyraźnie ustępowały hiszpańskim klubom, gdzie pieniędzy rzecz jasna również nie brakuje, ale nie ma tak spektakularnych, czy może raczej kontrowersyjnych, sponsorów.

Który z krezusów wykorzysta swoją szansę i zdobędzie najbardziej prestiżowe w Europie klubowe trofeum? Fachowcy więcej szans dają aktualnym mistrzom Anglii, którzy pod wodzą Guardioli grają niezwykle efektowny futbol i przez cały sezon prezentowali się bardzo dobrze. Chelsea podniosła się ze sporego kryzysu, co jest w dużej mierze zasługą "ratownika" Tuchela, ale wciąż jest drużyną, która ma problem ze zdobywaniem bramek. Zawodzący na całej linii Timo Werner nie powinien być postrachem dla dobrze zorganizowanej defensywy "The Citizens". Mimo wszystko jednak ulubieńcy Romana Abramowicza mogą sprawić niespodziankę, co zresztą pokazał mecz tych zespołów w lidze, wygrany przez zespół z Londynu 2-1.

Obie drużyny, głównie z powodu gigantycznych budżetów, a może przede wszystkim przez wzgląd na ich źródło, budzą sporo negatywnych emocji. Jeżeli jednak uda im się wygrać Ligę Mistrzów, będą mogli, wzorem innego, nielubianego, poniekąd słusznie, klubu z Anglii zaśpiewać "Nikt nas nie lubi, nikt nas nie lubi, nikt nas nie lubi. Mamy to gdzieś!".


Dowiedz się więcej na temat: piłka nożna | Liga Mistrzów | chelsea fc | Manchester City

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy