Reklama

Reklama

We wtorek dzień sądu nad Realem Madryt

"Kto wygrał na Camp Nou, ten jest w stanie zwyciężyć na Old Trafford" - mówi Mesut Oezil przed meczem roku dla Realu Madryt. Dwa prestiżowe triumfy nad Barceloną to nie koniec wielkiego tygodnia, którego kulminacją jest jutrzejsza batalia o przetrwanie w Champions League.


Liga Mistrzów - zobacz wyniki, strzelców, składy i terminarz

"Najpierw maczetą go, a potem ze strzelby" - rubaszne żarty Aleksa Fergusona wypytywanego o sposoby na powstrzymanie Cristiano Ronaldo, wyrażają bezmiar szacunku, jaki trener Manchesteru United żywi do portugalskiej gwiazdy. Po raz pierwszy od pięciu lat Ronaldo wyszedł z cienia Leo Messiego, by znów stać się bezdyskusyjnym królem europejskiej piłki. Wayne Rooney nie ma wątpliwości, czyje nogi mogą pozbawić jego zespół awansu do ćwierćfinału Champions League: "Grałem z nim w drużynie, wiem, do czego jest zdolny".

Dwa gole na Camp Nou w półfinale Pucharu Króla to była przygrywka. W sobotę nastąpiła kolejna demonstracja siły Portugalczyka, gdy oszczędzany przez Jose Mourinho wszedł zaledwie na 35 minut Gran Derbi. Witalność i entuzjazm CR7 natychmiast przelały się na innych, Barcelona była bezbronna po raz kolejny.

Problem polega na tym, że o ile forma Katalończyków załamała się z trzaskiem, o tyle Manchester United znajduje się w chwili wzlotu, podobne jak Real Madryt. W Premier League drużyna Fergusona nie ma sobie równych, ostatni mecz ligowy z Norwich, wygrany 4-0 po hat tricku Shingiego Kagawy, wyglądał jak zabawa... lwa z myszką. Poza tym, mając wynik 1-1 z pierwszego starcia na Santiago Bernabeu, we wtorek Ferguson na pewno nie nakaże swoim ludziom frontalnego ataku.

Reklama

Zabójcze kontry Realu, którymi rozbijał Barcelonę, tym razem nie wystarczą. Trzeba się będzie zmierzyć z grą kombinacyjną, co "Królewskim" odpowiada znacznie mniej. Nad Manchesterem nie będą mieli przewagi fizycznej - pierwszy mecz pokazał, że stałe fragmenty gry nie muszą być ich atutem (stracony gol po rzucie rożnym).

We wtorek czeka Real batalia z przeciwnikiem znacznie bardziej niewygodnym: silnym jak tur, sprytnym i zaciekłym. Wprawdzie dwie ostatnie wyprawy "Królewskich" na Od Trafford (2000 i 2003) zakończyły się szczęśliwie, a bukmacherzy wciąż widzą ich w ćwierćfinale, nikt nie ma wątpliwości, że to nie mecze z Barceloną, ale 90 lub 120 minut bitwy w Anglii stanowi granicę między triumfem i porażką tego sezonu. Puchar Króla to mało, mistrzostwo Hiszpanii to cel iluzoryczny, upragniony Puchar Europy przesłania "Królewskim" absolutnie wszystko.

Starcie z United to taki etap prawdy dla Ronaldo i Mourinho, odpowiedź na pytanie: czy rzeczywiście stworzyli razem coś wielkiego?

Stawianie wszystkiego na jedną kartę, przypomina grę w rosyjską ruletkę. Jeden fałszywy ruch i te ochy i achy po dwóch triumfach nad Barceloną zostaną unieważnione. Mówi o tym asystent Mourinho, Aitor Karanka, który 13 lat temu, w ćwierćfinale Ligi Mistrzów na Old Trafford wybił piłkę z bramki ręką, czego nie zauważył sędzia. Gdyby zauważył, losy tamtej historycznej wiktorii Realu, która doprowadziła zespół do zwycięskiego finału w Paryżu, mogły być inne.


Mourinho zabrał do Manchesteru nawet kontuzjowanego Ikera Casillasa. Chce absolutnej jedności, maksymalnego poświęcenia, wiary, że Real, któremu przez ostatnie lata tyle razy na przeszkodzie stawały partykularne interesy jego gwiazd, może być spójny jak United. Jeśli "Królewscy" przegrają tę bitwę, cały sezon przemieni się w ruinę: ocena pracy Mourinho, klasy Cristiano, eksplozji Khediry, formy Oezila, olśnienia Varanem będzie zupełnie inna. To jest klasyczny mecz o wszystko, w którym decyduje się nie tylko teraźniejszość, ale i przyszłość.

Mourinho przybył do Madrytu by zakończyć hegemonię Barcelony i dać klubowi 10. Puchar Europy. Właśnie się okazało, że to dwa odrębne cele, z których pierwszy udało się osiągnąć. Portugalski trener podniósł z kolan kolosa, w ostatnich dwóch latach docierał z nim do półfinału Champions League, "Królewscy" znów są drużyną budzącą respekt na kontynencie, ale wciąż brakuje im spektakularnego zwycięstwa nad równym sobie. Dotąd pod wodzą "Mou" w fazie pucharowej Ligi Mistrzów bili Lyon, Tottenham, CSKA Moskwa i APOEL Nikozja, czyli drużyny, których pokonanie było obowiązkiem.

Nadszedł czas na triumf epokowy. Nad klubem takim jak Manchester United, trzykrotnym finalistą rozgrywek z lat 2008-2011. Gdyby nie Barcelona, Aleks Ferguson dokonałby w tamtym okresie cudu. Manchester byłby pierwszym klubem w erze Champions League zdolnym do obrony trofeum. Uniemożliwił to fenomen Katalończyków, ten sam, który padł właśnie na deski pod morderczymi ciosami "Królewskich".

Jutro Real musi sprostać nieludzkiej presji, przetrwać w rozgrywkach, w jakimkolwiek stylu, choćby trzeba było gryźć, drapać i płakać, przeczołgując się do ćwierćfinału. Wtedy konflikty w szatni, i złe wyniki z pierwszej części sezonu, pójdą w niepamięć. Nad Madrytem pojawi się bezchmurne niebo, zjawisko w ostatniej dekadzie rzadko spotykane, mimo nakładów sięgających miliarda euro. Jeśli się nie uda, fala depresji, straconych złudzeń uderzy w Santiago Bernabeu z podwójną siłą. Jej konsekwencji nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL