To już prawie miesiąc. Trwa posucha giganta, bez przełomu w Lidze Mistrzów
Za kilka dni minie już miesiąc odkąd Arsenal cieszył się z ostatniego domowego triumfu. Niedawno na Emirates Stadium gigantów ze stolicy Anglii zatrzymało nawet dużo gorsze na papierze Bournemouth. Idealna okazja na przełamanie nadeszła właśnie dzisiaj, kiedy to do Londynu zawitał Sporting. Zamiast spektakularnych akcji, kibice na trybunach ziewali z nudów. Potyczka zakończyła się bezbramkowym remisem. Okazał się on na wagę złota dla gospodarzy.

Faworyzowani podopieczni Mikela Artety, pomimo jednobramkowego triumfu w Lizbonie, absolutnie nie mogli zlekceważyć dzisiejszych oponentów. Najlepszy na to dowód? Choćby sceny z zeszłego tygodnia, kiedy dość niespodziewanie przegrali z Bournemouth w Premier League. Wspomniana porażka co prawda nie zrobiła większej szkody, ale Manchester City stopniowo zbliża się w tabeli Premier League. W Lidze Mistrzów na podobną niespodziankę liczył dziś Sporting.
Statystyki nie przemawiały za Portugalczykami, bo gospodarze w tej kampanii nie przegrali europejskiej potyczki na własnym obiekcie, lecz wiary "Lwom" nie można było odmówić. "Gramy w rozgrywkach, o których każdy marzy. Ten mecz naznaczy wszystkie nasze kariery, a przede wszystkim historię Sportingu. Ta drużyna zasługuje na to by zapisać się w historii" - mówił na konferencji prasowej Rui Borges.
Arsenal bez polotu w środowy wieczór. Ale z awansem, wystarczyła zaliczka z Lizbony
Ale po pierwszej połowie to Londyńczycy wciąż znajdowali się bliżej upragnionego półfinału. Brakowało groźnych akcji. Miejscowi tylko raz uderzali celnie na bramkę rywali, spokojnie kontrolując wydarzenia na boisku. Postronni fani liczyli na zdecydowanie więcej po piętnastominutowej przerwie. Przede wszystkim musieli obudzić się zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego. Remis promował chcących zrehabilitować się po niedawnej ligowej porażce "Kanonierów".
Obraz meczu niewiele zmienił się po zmianie stron. Wciąż to Arsenal sprawiał wrażenie lepszej drużyny, ale brakowało konkretów. Głośniej na trybunach zrobiło się tylko za sprawą Leandro Trossarda, który trafił w słupek. Efekt? 0:0 i awans liderów Premier League do grona czołowych czterech drużyn na Starym Kontynencie. Kibiców powinien jednak martwić fakt, że ostatni domowy triumf ich ulubieńcy odnieśli prawie miesiąc temu, czyli 17 marca. Gracze Mikela Artety pokonali wtedy Bayer Leverkusen 2:0.












