Reklama

Reklama

The Special One, The Special Two

270 minut dzieli Jose Mourinha od nieśmiertelności. Jeśli wygra Ligę Mistrzów z Realem Madryt, nie będzie się mógł z nim równać żaden trener. A może jednak jeszcze raz przechytrzy go Juergen Klopp?

Upublicznienie wiadomości o odejściu Mario Goetze do Bayernu w przeddzień wielkiego starcia Borussii z Realem Madryt to cios w morale zespołu z Dortmundu. Było mało prawdopodobne, że 21-letni geniusz wytrwa w wierności wobec macierzystego klubu, ale należało wstrzymać się z nowinami chociaż 8 dni.

Podobno przeciek pochodził od Bawarczyków, chcących zagłuszyć czymś rozgłos afery podatkowej Uli Hoenessa. Tak, czy siak, szefowie niemieckiego potentata jeszcze raz udowodnili, że lokalnych rywali traktują z góry.

Na oficjalnej konferencji prasowej przed dzisiejszym meczem z "Królewskimi" Juergen Klopp nie mógł się skupić wyłącznie na wielkim przeciwniku. "Mario powiedział mi, że zabiegał o niego Guardiola" - opowiadał. Kamery, reflektory, tłumy dziennikarzy i ich kontrowersyjne pytania nie są jednak czymś, co mogłoby go peszyć.

Reklama

"Klopp gada codziennie, ja milczę" - zauważył trener Realu pytany o atmosferę przed batalią o prawo gry w finale na Wembley. Rzeczywiście wyglądało na to, jakby 45-letni Niemiec wykorzystuje sukces drużyny do promocji siebie.

Pełno go w mediach całej Europy, zaczepiał Mourinho, strojąc sobie żarty z rzeczy oczywistych: na przykład z tego, że tuż po losowaniu par półfinałowych trener Realu wybrał się na ligowy mecz Borussii. Klopp to urodzony showman, znakomicie czujący się z etykietką kogoś, kto stworzył niezwykły zespół za rozsądne pieniądze. Nie musi przy tym czuć większej presji, to raczej Mourinho ma obowiązek zabrać swoją drużynę na finał do Londynu.

"The Special Two" - nazywa Kloppa prasa hiszpańska. Pewny siebie, hałaśliwy, bez kompleksów wobec utrwalanej przez lata hierarchii w futbolu. Taki był kiedyś Mourinho, taki jest dziś trener Borussii.

Znakomicie wypełnił lukę po Pepie Guardioli, którego potyczki słowne z "The Special One" tak zmęczyły, iż wziął sobie rok urlopu. Dziś to Klopp i jego Borussia stoją na drodze Realu do spełnienia obsesyjnego marzenia o 10. Pucharze Europy. Wszyscy śnią o tym trofeum, ale w Madrycie stawiają je w roli fetyszu. Przez 11 długich lat "Królewscy" przewodzą w klasyfikacji najbogatszych klubów świata, nie potrafiąc potwierdzić swojej potęgi na zielonej murawie.

Transfery pochłonęły w tym czasie ponad miliard euro. Pracę straciło 11 trenerów, zanim na ławce "Królewskich" zasiadł ten jedyny. W 2010 roku po finale Champions League na Santiago Bernabeu, w którym prowadzony przez Mourinho Inter ogrywał Bayern 2-0, fani "Królewskich" śpiewali mu: "zostań z nami".

Został. Zaczął z wielkim trudem zaliczając na Camp Nou najbardziej traumatyczną porażkę w karierze 0-5 w Gran Derbi. Zarzucano mu, że drużyna gra prymitywnie, że brakuje jej polotu w ataku pozycyjnym i w ogóle stylu godnego tak wielkiego klubu.

Konfliktów wywołanych przez "Mou", wewnętrznych i zewnętrznych, starczyłoby na dwa opasłe tomy. Nawet dziś, gdy zespół jest u progu wielkiego celu, wciąż rozprawia się o jego odejściu. Posadzenie na ławce Ikera Casillasa to coś, na co nie poważyłby się żaden inny trener.

Może właśnie dlatego "The Special One" jest jedyny? Może to ten trener, który da Realowi wyśnione trofeum? Lewy obrońca Marcelo opowiadał, że gdy przechadza się ulicami Madrytu, słyszy, jak mieszkańcy rozmawiają o szansach na triumf drużyny w Lidze Mistrzów. Nawet ktoś tak stonowany jak niemiecki pomocnik Sami Khedira został zarażony marzeniami madrytczyków zmęczonych dekadą rozczarowań.

Gdyby "Mou" zdobył Puchar Europy z Realem, jego madrycka misja, może najtrudniejsza ze wszystkich, zakończyłaby się spektakularnym sukcesem. Zyskałby status "nietykalnego", został drugim obok Boba Paisleya z Liverpoolu trenerem, który wywalczył to trofeum trzy razy. On jednak za każdym razem z inną drużyną (Porto, Inter).

Wszyscy jego krytycy, ci madryccy, barcelońscy i w reszcie Europy musieliby zamilknąć prawdopodobnie już na zawsze. Byłby wzorcem, do którego porównywano by Guardiolę, Kloppa i wszystkich innych.

Póki co na drodze Realu stoi Borussia, która ograła go w fazie grupowej. Wielu ekspertów uważa jednak, że finał na Wembley to dla niej zbyt wysokie progi. Czy możliwe jest, by Mourinho jeszcze raz pozwolił się przechytrzyć Kloppowi? Przecież to człowiek do zadań specjalnych w Champions League. Fakt, że od chwili losowania, do pierwszego meczu w Dortmundzie wypowiadał się tak rzadko, świadczy o stopniu skupienia na tym wyzwaniu. "Królewscy" nie grali w finale od 2002 roku.

Real bije Borussię potencjałem ekonomicznym i znacznie bogatszą w sukcesy historią. Tak jak Mourinho przewyższa Kloppa doświadczeniem na tym etapie rozgrywek. Niemiec debiutuje w półfinale Champions League, Portugalczyk docierał tu z Porto, dwa razy z Chelsea, z Interem i trzy razy z Realem, czyli w ostatnich dziewięciu latach aż siedem razy. Wydaje się, że musi wykorzystać tę przewagę.

Borussia osiągnęła już swój wielki cel. Po zdobyciu dwóch tytułów mistrza Niemiec, udowodniła, że jest drużyną europejskiej klasy. W tej edycji Ligi Mistrzów nie przegrała jako jedyna, na Signal Iduna Park pobiła Real, Ajax, Manchester City, Szachtar i Malagę, czyli wszystkich, którzy stawali jej na drodze. Robert Lewandowski zdobył 6 goli, Łukasz Piszczek potwierdził opinię jednego z najlepszych prawych obrońców w Europie, Kuba Błaszczykowski bywał czymś znacznie więcej niż tajną bronią. Goetze, Reus, Hummels, czy Guendogan stali się przedmiotem westchnień wielkich klubów. 

Zapraszamy na relację z meczu Borussia - Real dziś od godziny 20.45

Liga Mistrzów: Dowiedz się więcej!

Wczorajsza nowina o transferze tego pierwszego do Bayernu za 37 mln euro jest tylko potwierdzeniem faktu, że Borussia jest pod względem ekonomicznym klubem drugiej kategorii. Czy młodzi gracze z Dortmundu i ich trener nie są jeszcze nasyceni sukcesami? Dla nich porażka w półfinale z Realem nie byłaby dyshonorem. Dla "Królewskich" i Mourinho przeciwnie. To byłby koniec świata, gdyby tak bogaty klub i tak wielki trener zatrzymali się w sytuacji, gdy finał jest na wyciągnięcie ręki.

W madryckiej prasie można znaleźć lawinę komplementów pod adresem klubu z Dortmundu, ale też czuje się, że porażki "Królewskich" nikt nie bierze pod uwagę. To nie jest mimo wszystko rywal taki jak Barcelona w 2011 roku, czy Bayern 12 miesięcy temu.

W poniedziałek Manchester United świętował 20 tytuł mistrza Anglii. Niby to najbardziej medialne rozgrywki krajowe, a jednak nie zdołały się wydostać z cienia półfinałów Champions League. Już w 1/8 finału Mourinho popsuł święto Aleksowi Fergusonowi wyrzucając z rywalizacji najbardziej utytułowany klub na Wyspach.

Jeśli pobiło się Manchester, nie wypada przegrywać z Borussią? Ciekawe, co na to klub z Dortmundu? Po wczorajszej klęsce Barcelony na Allianz Arena, Mourinho zyskał nowe grono  sojuszników: wszystkich tych, którzy nie chcą, by finał był wyłącznie kwestią niemiecką.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama