Reklama

Reklama

Superliga. Bayern, czyli największy zwycięzca

Pracodawca Roberta Lewandowskiego jest fenomenem w skali europejskiej. Klub bez długów, zarządzany przez ludzi piłki, kontestujący wyścig transferowy, a dziś także największy wygrany wojny o Superligę.

Prezes UEFA Aleksander Czeferin wymachuje szabelką, ostrzegając, że Real, Barcelona, Juventus i cała reszta zostanie wykluczona z Ligi Mistrzów, jeśli ostatecznie nie wyrzeknie się projektu Superligi. Tymczasem prezes Bayernu Monachium Karl Heinz Rummenigge zachowuje spokój. W wywiadzie dla francuskiego dziennika "L'Equipe" nawołuje do zgody. Uważa, że konflikt Czeferina z prezesem Realu Florentino Perezem trzeba rozwiązać dla dobra obu stron. Niemiec nie zaprzecza, że ma znakomite relacje z Perezem. Dziś, gdy szef Królewskich jest w UEFA persona non grata, Rummenigge przypomina, że stoi on na czele najbardziej rozpoznawalnego klubu na świecie.

Reklama

Liga mistrzów bez Realu?

Niemiec broni wielkiego rywala, najbardziej utytułowanego klubu w historii Pucharu Europy, bo uważa, że Liga Mistrzów bez Realu Madryt wiele by straciła.

A przecież Rummenigge tak jak Czeferin mógłby teraz krążyć po Europie z miną zwycięzcy. Przez wiele miesięcy Bayern brał udział w negocjacjach klubów, które chciały utworzyć Superligę. Europejska prasa pisała o piętnastce założycieli. Obok sześciu klubów z Anglii (MC, MU, Liverpool, Chelsea, Arsenal, Tottenham), po trzech z Hiszpanii (Real, Barcelona, Atletico) i Włoch (Juventus, Inter, Milan) rozgrywki mieli zakładać Bawarczycy, Borussia Dortmund i PSG. Trzy ostatnie wycofały się jednak w ostatniej chwili. - Daliśmy reszcie mocny sygnał, że odrzucamy ten projekt - wspomina Rummenigge.

To był pierwszy cios w Superligę, ostateczny przyszedł po wycofaniu się klubów z Anglii pod naciskiem kibiców i premiera Borisa Johnsona. Odmowa prezesa PSG Nassera Al Khelaifiego była grą interesów. Katarczycy zainwestowali w paryski klub za zgodą rządy francuskiego. Obecny prezydent Francji Emmanuel Macron jest przeciwny Superlidze, więc przystąpienie do niej przez Khelaifiego stało się właściwie wykluczone. Od FIFA Katarczycy dostali mundial w 2022 roku. Wojna z UEFA i FIFA nie leży w ich interesie.

Co innego kluby niemieckie. Odmówiły Superlidze, bo szefowie Bayernu i Borussii Dortmund uznali, że projekt elitarnych, zamkniętych rozgrywek dla bogatych po prostu ich nie przekonuje. Rummenigge nie czuje finansowego ciśnienia. Nie musi śnić o wielkiej kasie Superligi, bo Bawarczycy nie działają na kredyt. Tym różnią się od najbogatszych klubów Anglii, Hiszpanii i Włoch.

Złamany porażką Superligi Florentino Perez przedstawia dziś katastroficzne wizje przyszłości futbolu. Mówi, że jeśli nic się nie zmieni, wiele klubów w Europie nie przeżyje pandemii. Opowiada, że dochody Realu z powodu zamkniętego stadionu spadły o 200 mln euro rocznie. Ekstremalna jest sytuacja Barcelony ocierającej się o bankructwo. Toteż, choć prezes Joan Laporta był przeciwny projektowi Superligi, uznał, że zbojkotowanie go byłoby przegapieniem historycznej szansy dla tonącego w długach katalońskiego klubu.

Bayern i Rummenigge noża na gardle nie mają. Może dlatego, że bawarskim klubem rządzą byli piłkarze, a nie biznesmeni jak Perez i właściciele najbogatszych zespołów Premier League. Generują one wielkie zyski, ale mają też ogromne koszty. Barcelona i Real wciąż otwierają ranking firmy "Deloitte" najbogatszych klubów świata. Co z tego skoro pogrążony w kłopotach Perez musi obniżać pensję piłkarzom. Właśnie ogłosił, że nie dostaną premii w tym sezonie nawet gdyby zdobyli mistrzostwo Hiszpanii i wygrali Ligę Mistrzów.

Na liście futbolowych bogaczy według Deloitte 14 czołowych miejsc zajmują kluby, które miały tworzyć Superligę. Tylko Milan jest dalej w rankingu. Bayern zajmuje trzecie miejsce. Jego sytuacja jest inna, bo nie jest zadłużony.

Rummenigge uważa, że pandemia to w futbolu czas cięcia kosztów i zaciskania pasa. Perez, Laporta, Andrea Agnelli z Juventusu, a także amerykańscy właściciele klubów Premier League wymyślili na kryzys inny sposób. Superliga miała zwiększyć ich zyski. Dwa skrajnie różne podejścia. Wygląda na to, że bardziej realistyczne jest jednak to pierwsze.

Bayern kupuje tanio

Fenomen Bayernu łatwo wyjaśnić analizując wydatki klubów. Wśród 100 najdroższych transferów w historii piłki, jest tylko jeden dokonany przez bawarski klub - zapłacili 80 mln euro za obrońcę Lucasa Hernandeza. Tymczasem wśród 25 najdroższych graczy w historii jest aż sześciu z Barcelony, czterech z Realu Madryt, trzech z Juventusu, trzech z Manchesteru United, dwóch z PSG, ale na dwóch czołowych miejscach. Neymar i Mbappe kosztowali paryski klub 367 mln euro, nie licząc ich kosmicznych pensji. W dodatku obaj stroją fochy i wciąż nie wiadomo, czy przedłużą kontrakty dobiegające końca w 2022 roku.

Rummenigge i inni wielcy piłkarze Bayernu, którzy zmieniają się na stanowisku prezesa zatrudniają graczy relatywnie tanich. Gra w bawarskim klubie robi z nich gwiazdy. Portal transfermarkt wycenia kadrę Bayernu na 841,6 mln euro, PSG na 828,95 mln, Realu na 745,5 mln, Barcelony na 823 mln, MU 717,95 mln. Biją ich tylko Liverpool 1,01 mld euro i Manchester City 1,03 mld.

Spójrzmy na wyniki. W ostatniej dekadzie w Lidze Mistrzów najwięcej zwycięstw odniósł Real - cztery. Barcelona dwa, Bayern Monachium dwa, Chelsea i Liverpool po jednym. Czyli Bayern ponosi najmniejsze wydatki, utrzymuje się na europejskim topie, nie tonie w długach, a jego piłkarze są bardzo wysoko wyceniani. A przecież nie rządzą nim wilki z Wall Street, ale emerytowani piłkarze.

Robert Lewandowski przybył na Allianz Arena w 2014 roku. Bez kwoty transferowej, bo skończył mu się kontrakt w Borussii Dortmund. Już wtedy o Polaka zabiegał Real Madryt. Ale wyścig przegrał. Potem kilka razy Lewandowski próbował przeprowadzić się do Madrytu. W lutym 2018 roku jego agentem został Izraelczyk Pini Zhavi stojący za transferem Neymara z Barcelony do PSG za rekordowe 222 mln euro. Władze Bayernu nie uległy ani Perezowi, ani Polakowi, ani jego agentowi. Ówczesny prezes Uli Hoeness w rozmowie z "Frankfurter Allgemeine Zeitung" wspominał jak latem 2018 roku Lewandowski prosił go o spotkanie z Zahavim. - Następny wolny termin mam 3 września - odpowiedział Hoeness, czyli po zamknięciu okna transferowego.

Polak kilka razy otwarcie krytykował w mediach szefów Bayernu za to, że zostają w tyle za czołówką europejską jeśli chodzi o transfery. Tymczasem Bayern kupił Serge'a Gnabry'ego za 8 mln euro, Joshuę Kimmicha za 7 mln euro, Leona Goretzkę wziął za darmo, na Alphonso Davisa wydał 13,5 mln dolarów. Droższe wydatki to 80 mln na Hernandeza i 35 mln na Benjamina Pavarda. I w 2020 roku wygrał z nimi Ligę Mistrzów w stylu w jakim nie udało się to wcześniej nikomu (same zwycięstwa). Lewandowski spełnił swoje marzenie, mógł położyć się do łóżka z uchatym pucharem dla najlepszego klubu Europy.

Nie znaczy to, że Bawarczycy są wolni od problemów. Plaga urazów (także Lewandowskiego) przyczyniła się do porażki z PSG w ćwierćfinale Ligi Mistrzów 2021. Konflikt Hansiego Flicka z dyrektorem sportowym Hasanem Salihamidzicem skończył się dymisją trenera. Z wielkiej futbolowej wojny o Superligę Bayern wyszedł jednak jako zwycięzca.

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje