Stan wrzenia w hicie LM. Kat Polaków wygwizdany. Trybuny uciszone w 91. minucie
Po bardzo wymagającym dwumeczu z rewelacją tegorocznej LM Sporting Lizbona znalazł się w ćwierćfinale najważniejszego europejskiego trofeum. Tam portugalska ekipa trafiła na obecnego lidera Premier League - Arsenal. Mimo kilku dogodnych okazji po obu stronach, pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. W drugiej odsłonie do bramki gospodarzy po dobrym zachowaniu Gyokeresa trafił Zubimendi. Szwed był jednak na pozycji spalonej, przez co gol został momentalnie cofnięty. Rozstrzygnięcie nastąpiło dopiero w 91. minucie. Dzięki bramce rezerwowego Arsenal wyjechał z Portugalii z korzystnym wynikiem 1:0.

W ramach 1/8 finału tegorocznej edycji Ligi Mistrzów Sporting Lizbona trafił na niekwestionowaną rewelację tych rozgrywek - Bodo/Glimt. Norweska ekipa zdołała już wcześniej poskromić największe tuzy europejskiego futbolu. Wydawało się, że Portugalczycy również padną ofiarą Bodo, jednak w meczu rewanżowym udało im się dokonać upragnionej remontady.
Dało im to przepustkę do ćwierćfinału rozgrywek, w którym Sporting trafił na obecnego lidera angielskiej Premier League - Arsenal. "Kanonierzy" w poprzedniej rundzie uporali się natomiast z Bayerem Leverkusen, choć awans do dalszej fazy rozgrywek zdecydowanie nie przyszedł im z łatwością.
Wymiana bokserskich ciosów przez cały mecz. "Nóż w serce" w 91. minucie
Gospodarze mieli okazję zdobyć gola już w 6. minucie meczu z Arsenalem. Perfekcyjna piłka trafiła pod nogi wybiegającego za linię obrony Maximiliano Araujo. Urugwajczyk oddał potężny strzał, który ostatecznie wylądował na poprzeczce. Było to jednak wyraźne ostrzeżenie dla zawodników z Wysp Brytyjskich.
"Kanonierzy" wzięli to sobie mocno do serca. Przez kilka kolejnych minut to oni bombardowali bramkę rywali. Za każdym razem szczelna defensywa Sportingu niwelowała jednak zagrożenie. Niemniej, inicjatywa wciąż znajdowała się po stronie graczy Arsenalu. Wyróżniającym się elementem składu "Kanonierów" był tego dnia Viktor Gyokeres. Były zawodnik Sportingu spotkał się bowiem z niezbyt przyjaznym przywitaniem ze strony kibiców swojej byłej drużyny. Za każdym razem, gdy Szwed był przy piłce, po trybunach niosły się doskonale słyszalne gwizdy.
Przez następne minuty pierwszej połowy piłka głównie krążyła pod nogami podopiecznych trenera Mikela Artety. Próbowali oni znaleźć sposób, aby rozmontować stojący przed nimi "mur" defensywny. Schemat ten powtarzał się zresztą. Arsenal kontrolował przebieg gry, natomiast Sporting próbował szczęścia z kontrataków. Przed gwizdkiem zapraszającym zawodników do szatni żadna ze stron nie zdołała jednak zdobyć gola otwierającego wynik
Początek drugiej odsłony meczu ponownie należał do graczy Sportingu Lizbona. Arsenal znów został przez nich zepchnięty do głębokiej defensywy. Scenariusz z poprzedniej połowy powtórzył się jednak i podopieczni Mikela Artety przejęli kontrole nad przebiegiem dalszych akcji.
Przełom nastał w 63. minucie, kiedy piłka trafiła do wspomnianego wcześniej Gyokeresa. Ten postanowił podzielić się futbolówką z lepiej ustawionymi kolegami. Chwilę później znalazła się ona pod nogami Martina Zubimendiego. Hiszpan zdołał pokonać golkipera gości, zdobywając upragnioną bramkę. Radość nie trwała jednak długo. Arbiter liniowy podniósł bowiem chorągiewkę, sygnalizując pozycję spaloną szwedzkiego napastnika. Na trybunach zapanowała wówczas nieopisana ekstaza.
Do końca meczu obydwie strony wypracowały sobie jeszcze kilka okazji. Wydawało się jednak, że losy spotkania pozostaną nierozstrzygnięte. Wtedy nadeszła 91. minuta, w której to do bramki gospodarzy trafił wprowadzony z ławki rezerwowych Kai Havertz. Gol Niemca sprawił, że Arsenal powróci do Anglii z jednobramkową zaliczką. To ważne zwycięstwo, bowiem mecz rewanżowy "Kanonierzy" rozegrają przed własną publicznością.












