Reklama

Reklama

Sławomir Czarniecki, pierwszy trener Kaia Havertza: Jestem dumny. Nie można było lepiej zakończyć sezonu

Latem zeszłego roku Kai Havertz został najdroższym piłkarzem w historii niemieckiej piłki, gdy Chelsea FC zapłaciła za niego Bayerowi Leverkusen ponad 80 mln euro. W sobotę zaś wdrapał się na futbolowy szczyt, zapewniając "The Blues" triumf w Lidze Mistrzów. Mało kto wie, że jako pierwszy na talencie Havertza poznał się Polak, Sławomir Czarniecki. To on odpowiadał za sprowadzenie 11-letniego wówczas Kaia do Leverkusen. Czarniecki był także pierwszym trenerem Havertza w zespole "Aptekarzy", a dziś pracuje jako koordynator akademii Bayeru Leverkusen.

Wojciech Górski, Interia: Jakie to uczucie, gdy pana wychowanek zostaje bohaterem finału Ligi Mistrzów?

Sławomir Czarniecki, koordynator akademii Bayeru Leverkusen: - Gdy piłkarz pokonuje kolejne stopnie, to zawsze napawa trenera dumą - czy to pierwszy mecz w lidze, pierwsza bramka, debiut w Lidze Mistrzów, czy w reprezentacji. A zdobycie nie tylko pucharu Ligi Mistrzów, ale i decydującej bramki? To jest ogromny sukces.

Dla pana, jako pierwszego trenera Kaia Havertza, to też musi być wielkie wydarzenie.

- Oczywiście. Jestem z nim w kontakcie, przekazałem mu swoje gratulacje. Kai dopiero zaczyna swoją karierę, przed nim jeszcze wiele wspaniałych momentów. Mam takie swoje marzenie, żeby spotkać się z nim choćby przy okazji ceremonii losowania Ligi Mistrzów i osobiście mu pogratulować.

Reklama

80 mln euro plus ewentualne bonusy, jakie zapłaciła za Havertza Chelsea FC, to nie tylko rekordowa sprzedaż Bayeru, ale także najwyższa kwota zapłacona za jakiegokolwiek niemieckiego piłkarza.

- Zwróciłbym szczególną uwagę na okoliczności, jakie towarzyszyły temu transferowi - doszło do niego w czasie pandemii. Być może w normalnych okolicznościach ta suma byłaby jeszcze wyższa. Rynek piłkarski jest taki, jaki jest. Sumy rosną i nawet podczas pandemii na tyle ustalono jego wartość.

Kai też został zapytany o tę sumę po finale Ligi Mistrzów. Odpowiedział wtedy dość niecenzuralnie: "Teraz mnie to pier**li, wygraliśmy Ligę Mistrzów!". To efekt euforii, czy drzemie w nim taki "bad boy"?

- Ciężko powiedzieć mi, dlaczego akurat tak zareagował. Kai właśnie wygrał najważniejszy tytuł w klubowej piłce nożnej. Takie pytanie ze strony reportera nie jest wcale proste dla młodego zawodnika.

Pytam, bo widzimy jakim piłkarzem jest Kai Havertz. A jakim jest człowiekiem?

- Bardzo spokojnym. Jest bardzo sfokusowany na tym, co robi. Podobnie jak jego rodzice - rodzina bardzo mu pomaga. Widać to też po tym, jak gra w piłkę - jest skoncentrowany, ma perfekcyjny timing, robi wszystko z naturalną swobodą. Gdyby był zestresowany, to by mu nie wychodziło.

Jest silny psychicznie?

- Tak. Bardzo. Już w bardzo młodym wieku musiał sobie poradzić. U nas w klubie też przeżywał dwa cięższe okresy. Jego wejście do dorosłej drużyny nie należało do najłatwiejszych. Nie wszystko szło wtedy, jak po maśle.

Havertz sam chętnie wspomina, że to głównie pan odpowiadał za sprowadzenie go do Bayeru Leverkusen.

- Ja tego nie ukrywam, a myślę, że Kai tylko to potwierdza. Oczywiście, to nie była praca jednoosobowa, a całego klubu. Nie ukrywam jednak, że odegrałem w tym procesie ważną rolę. To zresztą normalne, że próbujemy sprowadzać najbardziej utalentowanych chłopców z regionu. Okolice Aachen wchodziły w nasz "zasięg" - wynoszący około 70 km od Leverkusen. Zabiegamy o to, by najzdolniejsi chłopcy z tego rejonu rozwijali się u nas. U Kaia wystąpiła może drobna różnica - już podczas pierwszych obserwacji zauważyliśmy u niego wyjątkowy potencjał. Dlatego też skorzystaliśmy z wyjątkowej pomocy ówczesnego dyrektora sportowego Rudiego Voellera oraz menedżera Michaela Reschke. Obaj pomogli nam przekonać rodziców Kaia.

Podobno Voeller i Reschke "przypadkowo" pojawili się na jednym ze spotkań z Kaiem i jego rodzicami?

- Pracowałem wówczas w roli asystenta obu tych panów. Powiedziałem im, że idziemy na obiad z rodzicami Kaia i gdyby "spontanicznie" wpadli, to na pewno by to pomogło.

Rodzice byli zdziwieni?

- Takie sytuacje są ogromnym impulsem zwłaszcza dla nich, rodziców. Być może ich wizyta nie była tak ważna dla Kaia, bo 10-latek zwraca uwagę na inne aspekty. Natomiast dla rodziców był to ważny sygnał.

Decyzja o przenosinach do Bayeru, a także późniejszej młodzieżowej karierze Kaia, w dużej mierze musiała zależeć właśnie od nich?

- Tak jest zawsze. Z doświadczenia wiem, że w tych kategoriach wiekowych to rodzice decydują, gdzie trafi zawodnik. Nie ukrywam, że to właśnie przekonanie ich było kluczowe. Trzeba brać pod uwagę, że - mimo iż Kaiowi transport na treningi zapewniał klub - rodzice także dużo czasu spędzali w samochodzie. 70 km to godzina jazdy w jedną stronę i godzina jazdy w drugą. Potrafili tak jeździć 4-5 razy w tygodniu. Można policzyć, ile to czasu w miesiącu, a ile przez okres 5-6 lat. Było to ogromne obciążenie także dla nich.

Do którego roku życia Kai dojeżdżał na treningi z rodzinnego domu?

- Kai maturę zdawał już w Leverkusen. Na tym etapie - profesjonalnej gry w piłkę, treningów, dodatkowych lekcji - nie dało się już łączyć dojazdów z okolic Aachen. Staramy się wspierać zawodników w takich sytuacjach. W okolicach 15-16 roku życia Havertz trafił do tzw. "Gastfamilie", czyli rodziny goszczącej. Spędził tam rok, po czym zamieszkał razem ze starszym bratem, który rozpoczął studia w Kolonii.

Krąży też historia, jakoby Havertz nie pojechał na jeden z meczów Ligi Mistrzów, właśnie po to, żeby napisać maturę...

- Faktycznie, była taka historia. Kai opuścił wówczas spotkanie z Atletico Madryt. To była wspólna decyzja klubu i piłkarza. Razem z Kaiem rozmawialiśmy dużo o klubie, o szkole, o jego rozwoju. Maturę zdaje się raz w życiu - jeśli zdecydował się do niej przystąpić, musiał dopilnować wszystkich obowiązków, które na siebie nałożył. A że tego egzaminu nie dało się przełożyć, zdecydowaliśmy, że nie pojedzie na mecz.

To jednak niecodzienne wydarzenie, by chłopak mający szansę zagrać przeciwko Atletico Madryt w Lidze Mistrzów, wybrał napisanie egzaminu maturalnego.

- W Polsce może tak, ale w Niemczech częściej zdarzają się takie sytuacje. Do 18. roku życia jest w końcu obowiązek chodzenia do szkoły. Nasza akademia współpracuje ze szkołami, chłopcom często zapewniane są zajęcia indywidualne. Są one niezbędne, bo zawodnicy z powodu częstych wyjazdów opuszczają sporo lekcji. Wtedy klub zapewnia im najlepsze warunki, by nadrobili swoją wiedzę.

Kai Havertz był najbardziej utalentowanym zawodnikiem, z jakim pracował pan w akademii? A może chłopaków z podobnym talentem było więcej i to coś innego zdecydowało, że to właśnie on się przebił?

- Myślę, że najpierw musimy określić, czym jest talent. Czy tylko wyszkoleniem technicznym? W ciągu ponad 20 lat pracy w akademii, spotkałem być może nawet lepiej wyszkolonych technicznie zawodników. Ale na piłkarza trzeba patrzeć holistycznie. Musimy zwracać uwagę na zachowanie taktyczne, na jego motorykę, rozwój biologiczny i nie ukrywam - na środowisko. Otoczenie zawodnika ma na niego ogromny wpływ. Patrząc kompleksowo - Kai był najlepszym zawodnikiem. Patrząc tylko na pojedyncze aspekty, jak technikę, czy warunki fizyczne - zdarzali się lepsi. Ale patrząc na całość, to Kai dotychczas był tym najlepszym.

Aż kusi obrócić to pytanie w pańską stronę. Czym jest dla pana, jako trenera, talent piłkarski?

- Nie mamy chyba tyle czasu, by w pełni to określić (śmiech). Im młodszy jest zawodnik, tym trudniej określić skalę jego talentu. 15- lub 16-letni chłopak, który gra już trochę czasu w akademii, zdążył potwierdzić swoje umiejętności. U 11-,12-latka jest z tym trochę trudniej.

Możemy podzielić to na kilka aspektów. Technika, a więc swoboda operowania piłką. Są pewne sfery techniczne, których nie mogę wytrenować. Nie chce mi się wierzyć, że jakiś trener nauczył Lionela Messiego przyjmowania piłki. Sam się tego nauczył, albo dostał dar od Boga.

Podobnie, jeśli chodzi o rozumienie gry. Ten aspekt w dużej mierze zależy od intuicji. Gdy zobaczymy, jak Kai zdobywał bramkę w finale LM, sam jego bieg za linię obrony, zobaczymy coś bardzo dla niego charakterystycznego. Oglądając jego akcje, bramki z poprzednich lat, zobaczymy, że miał wiele podobnych "wbiegów". To coś, co mogę wyćwiczyć, ale tylko do pewnego poziomu. Intuicyjnie stworzyć taką sytuację - to właśnie talent w zachowaniu taktycznym.

Jeśli zaś chodzi o aspekty motoryczne, mogę powiedzieć to samo. Z naturalnie wolnego zawodnika nie zrobisz szybkiego. Z zawodnika, który nie rozumie gry - takiego, który działa na boisku błyskawicznie. To wszystko się łączy. Najważniejsze obszary to jednak osobowość i otoczenie społeczne. Jeśli dziecko ma podstawy - techniczne, rozumienia gry, atletyczne, motoryczne, to resztę determinuje otoczenie społeczne i charakter. Czy zawodnik się nie poddaje, co zrobi, jak mu nie wyjdzie, co zrobi, gdy ma lepszego przeciwnika.

Wracając jeszcze do rodziców Kaia, mogę przytoczyć pewną anegdotę. Gdy pojechał z rodzicami na turniej, grał tam przez dwa dni, a później wracał do domu. Kiedy tylko wsiadł do samochodu - był już po prostu dzieckiem. Nie miał 5-6 godzinnej analizy od rodziców, co zrobił dobrze, a co zrobił źle. Rodzice byli rodzicami, znali swoją rolę. A trener był trenerem. Podział ról był w jego otoczeniu bardzo dobry. Myślę, że to właśnie to wyróżniało jego i jego rodziców od innych zawodników.

To ważne, by rodzice nie wychodzili poza swoją rolę?

- Rodzice pełnią rolę rodziców. Jeśli ojciec myśli, że jest trenerem, to tylko utrudnia sprawę. Dla dziecka bardzo ważne jest emocjonalne wsparcie. Dzieci potrzebują czego innego od rodziców, a czego innego od trenera.

Kai Havertz jest piłkarzem ciężkim do zdefiniowania. Wymyka się nieco wszelkim schematom. Jaka pana zdaniem jest jego boiskowa charakterystyka? Potrafi grać jako środkowy pomocnik, czasami jako ofensywny, czasami jako napastnik, a czasami z boku boiska. On ma w ogóle jakąś nominalną pozycję?

- Patrząc na ostatnie lata, gdy grał pod okiem Petera Bosza, czy - jak teraz - Thomasa Tuchela, to najlepiej spisywał się na pozycji, na której został ustawiony w finale LM. Był takim pół-prawym skrzydłowym w ustawieniu z trójką napastników. Havertz czuje się tam bardzo dobrze. Potrafi instynktownie wbiegać w pole karne, schodzi do środka, operuje lewą nogą, gdy ścina z prawego pół-sektora. Aktualnie to chyba idealna pozycja dla niego. Przed nim jednak ogromny potencjał do rozwoju. Nie tylko z racji doświadczenia i wieku, ale także pod względem warunków fizycznych. Ma w sobie jeszcze olbrzymie możliwości.

Da się go porównać do innych zawodników? Widziałem, że w niemieckich mediach określił go pan po prostu "Kai ist Kai".

- Kai to Kai, tak. Kiedyś był porównywany do Toniego Kroosa, Mesuta Oezila, czy Michaela Ballacka. To ogromny błąd, gdy porównuje się go do innego piłkarza, bo on ma własną markę. To jest Kai.

Ciekawi mnie, jak zareagowałby pan, gdybym porównał go z kolei do Thomasa Muellera. Oczywiście w pewnych aspektach - gdy mówimy o inteligencji boiskowej, umiejętności poruszania się między liniami. Mają coś wspólnego, czy nie do końca?

- Ciężko porównać. Po pierwsze nie znam osobiście Thomasa, a po drugie... Naprawdę ciężko ich porównać.

Wracając jeszcze do akademii - jak długo był pan jego trenerem?

- Przez pierwsze dwa lata w klubie, w okresie 12-14 roku życia. Struktura klubu wygląda tak, że po tym czasie zawodnik przechodzi pod skrzydła kolejnego trenera. To jednak także musimy rozróżnić. Trener to jedna sprawa, a osobną jest tzw. mentoring.

A co kryje się pod pojęciem mentoringu?

- Kompleksowa opieka nad zawodnikiem. Także w pewien sposób nad jego rodzicami. Jako koordynator akademii mam ich w pewien sposób pod swoimi skrzydłami. Chodzi także o strategiczne rozmowy - przed pierwszym treningiem, przed spotkaniem z nową drużyną. Dbamy o przygotowanie mentalne przed wejściem do szatni seniorskiego zespołu, przed pierwszym obozem. Chodzi o takie aspekty.

Powiedział pan wcześniej, że początek Kaia w Chelsea nie był idealny. A jak oceniłby pan jego pierwszy sezon po opuszczeniu Niemiec?

- Wygrał Ligę Mistrzów, zdobył zwycięską bramkę w finale. Czy można było lepiej zakończyć sezon? Może gdyby wygrał nadchodzące mistrzostwa Europy, zdobywając tam swoje bramki i asysty. Po takiej końcówce ciężko powiedzieć, by pierwszy sezon za granicą nie był udany.

Dla pana - jako trenera z Niemiec - było zdziwieniem, że Havertz wybrał akurat Chelsea? Anglia nie była popularnym kierunkiem dla niemieckich piłkarzy. Akurat złożyło się tak, że razem z nim do klubu przeszedł Timo Werner, później trenerem został Tuchel i w Chelsea zrobiła się taka niemiecka kolonia. To mu pomogło w aklimatyzacji?

- Myślę, że tak. Trzeba też zwrócić uwagę na to, jaka była wówczas sytuacja. Pandemia wpłynęła na warunki rynku futbolowego. Inne kluby także próbowały ściągnąć Kaia, być może - gdyby nie pandemia - złożyłby wyższe oferty. Sam Kai szybko zdecydował się na Chelsea. Ten klub bardzo intensywnie i mocno o niego walczył.

Nie mogę też nie spytać pana o Floriana Wirtza. Pobije rekord transferowy Kaia Havertza?

- To naprawdę proste pytanie (śmiech). Po pierwsze, nie można porównywać Floriana Wirtza do Kaia Havertza, bo to jest zupełnie inny zawodnik. Florian jest bardzo utalentowany, niektóre rekordy należące do Kaia - pod względem wieku - już pobił. Ciężko powiedzieć, czy pójdzie taką samą ścieżką. To inna pozycja, inne predyspozycje, sytuacja rynkowa też się zmienia. Trudno wyrokować, czy pobije rekord transferowy, ale na pewno wybierze dobry kierunek. Florian ma dopiero 18 lat, w tym roku pisze maturę. Można powiedzieć, że przez ostatnie pół roku miał podobne obowiązki, jak swego czasu Kai - grał w Lidze Europy, w Bundeslidze, a do tego pilnie uczył się do matury.

Rozmawiał: Wojciech Górski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje