Reklama

Reklama

Robert Lewandowski przeszukiwany przed wejściem na stadion

Jeśli względy bezpieczeństwa, to wobec wszystkich, bez wyjątku! Przekonał się o tym gwiazdor Bayernu Monachium Robert Lewandowski przed meczem z Realem Madryt w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Mimo że mecz odbył się na "domowym" stadionie Bawarczyków, to "Lewy" musiał poddać się osobistej kontroli wchodząc na obiekt Allianz Arena.

Gdy chodzi o bezpieczeństwo, status gwiazdy nie powinien zwalniać ochroniarzy i stewardów od tego, by prewencyjnie sprawdzić każdego VIP-a. Nie ma żadnych wątpliwości, że Robert Lewandowski jest znany wszystkim pracownikom klubu z Monachium, ale w sprawach tak poważnych, będących konsekwencją zamachu terrorystycznego na piłkarzy Borussii Dortmund, przykład powinien iść z góry.

Reklama

I poszedł! "Lewy", wraz z żoną i towarzyszącą im trójką osób, najpierw wysiedli z samochodu na parkingu podziemnym, a później swoje kroki skierowali w stronę wejścia na trybunę. I właśnie wtedy dwójka ochroniarzy, kobieta i mężczyzna, dokonali osobistej rewizji ważnych gości, jak to się dzieje przy okazji każdej imprezy masowej.

Pod nieobecność naszego gwiazdora, który pauzował z powodu urazu barku, Bayern nie sprostał Realowi Madryt (1-2) i na Santiago Bernabeu spróbuje odrobić stratę. Nieodzowny do tego zadania wydaje się być właśnie "Lewy", który imponuje skutecznością i ma patent na "Królewskich". Wszyscy pamiętają nieprawdopodobną kanonadę reprezentanta Polski, jeszcze w barwach Borussii w 2013 roku, gdy w półfinale Ligi Mistrzów strzelił Realowi w pierwszym meczu aż cztery gole.


Wczoraj Bayern oddał inicjatywę madrytczykom od 61. min, gdy czerwoną kartką został ukarany obrońca Javi Martinez. Co więcej, zastępujący "Lewego" na pozycji snajpera Niemiec Thomas Mueller snuł się po boisko i pod koniec meczu usiadł na ławce.

AG

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje