Real zrobił show w Monachium. Guardiola nigdy nie przegrał tak wysoko

Real Madryt rozbił Bayern w Monachium 4-0 i pewnie awansował do finału Ligi Mistrzów. Tego nikt się nie spodziewał. Na pewno nikt? Monachijscy krytycy Pepa Guardioli już od dłuższego czasu byli zaniepokojeni grą Bawarczyków. - System Guardioli osiągnął kres w Madrycie - powiedział Stefan Effenberg i nie pomylił się. Ancelotti i Ronaldo triumfują!

Rok temu Bayern demolował w półfinale Ligi Mistrzów Barcelonę. Po dwunastu miesiącach z Półwyspu Iberyjskiego przyszła odpowiedź, nadana przez odwiecznego wroga "Dumy Katalonii", któremu pozostał jeden krok, by wreszcie ucieszyć fanów słynną już "Decimą".

Reklama

Bayern będzie prowadził grę, a "Królewscy" skupią się na kontratakach i szukaniu okazji do ugryzienia drużyny Guardioli - tak miał wyglądać rewanż w Monachium. Stało się zupełnie inaczej. Real nie szukał kontr, Real zdobywał bramki, zamykając usta kibicom na Alianz Arena. Choć i kontra się przydała, w dodatku wyprowadzona wzorowo i zakończona trzecim golem.

Sergio Ramos dwa razy i Cristiano Ronaldo sprawili, że jeszcze przed przerwą wszystko było jasne. CR7, zdobywając piętnastą bramkę w sezonie Ligi Mistrzów, pobił rekord tych rozgrywek. W końcówce meczu Portugalczyk dołożył jeszcze jedno trafienie, robiąc przykrość Guardioli, który doznał najwyższej porażki w swej karierze trenerskiej.

Bayern zdobył mistrzostwo Niemiec na długo przed końcem sezonu, ma też szansę na krajowy puchar. Wygranie obu tych rozgrywek przez monachijczyków nie jest jednak żadnym wyczynem. Guardiola miał tak udoskonalić znakomity zespół Juppa Heynckesa, by jako pierwsza drużyna w historii wygrać Ligę Mistrzów dwa razy z rzędu. Jednak to, co nie udało się dotąd nikomu, nie uda się także Bawarczykom, przynajmniej na razie.

- Posiadanie piłki nic nie znaczy, jeśli rywal ma okazje do zdobycia goli - mówił niedawno Franz Beckenbauer, stały krytyk Guardioli w ostatnim czasie. Słynny "Kaiser" dobrze wiedział, że Realu nie można tak łatwo dopuszczać do sytuacji bramkowych, jeśli chce się grać w finale. I te obawy okazały się jak najbardziej słuszne.

Najtrudniejszy przeciwnik Realu w historii Pucharu Europy, w tym roku był przeciwnikiem nadspodziewanie łatwym. "Królewscy" nigdy dotąd nie wygrali w Monachium, prawie zawsze przegrywając. We wtorkowy wieczór srodze się zemścili za wiele upokorzeń.

Wielkie brawa należą się Carlo Ancelottiemu, który nie miał łatwego zadania przejmując zespół po Jose Mourinho. Real pewnie nie wywalczy już mistrzostwa kraju, ale niewielka to strata, jeśli zespół ze stolicy miałby triumfować w Lidze Mistrzów, zwłaszcza w tak efektownym stylu.

Ancelotti nigdy nie przegrał z Bayernem, nie inaczej było tym razem. Bayern zaciął się po wywalczeniu mistrzowskiego tytułu, przegrywając aż cztery z ostatnich dziesięciu meczów. Tiki-taka Guardioli była ostatnio coraz mocniej krytykowana. We wtorkowy wieczór zespół Bayernu nawet nie zdążył jej zastosować, gdy już przegrywał 0-2 po dwóch główkach Sergia Ramosa.


Czy to koniec wielkiego Bayernu? Chyba za wcześnie jeszcze na tak stanowcze stwierdzenia. Dziś triumfuje wielki Real, który zagra 24 maja w finałowym pojedynku w Lizbonie.

"Królewscy" mają dwie możliwości - na drodze do triumfu w Champions League stanie im ich były trener Jose Mourinho i jego Chelsea albo rywal zza miedzy - Atletico. Oba rozwiązania zapowiadają się ekscytująco. To w końcu Liga Mistrzów!

Autor: Waldemar Stelmach

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje