Reklama

Reklama

PSG – Manchester United 1-3. Wszystkie grzechy paryskich szejków

Starsi kibice pewnie przypomną sobie konsternację po strzale Kostadinowa w 1993 roku, młodsi mają świeżo w pamięci remontadę w Barcelonie. Choć to były całkiem różne drużyny i zupełnie różne rozgrywki, porażka PSG z Manchesterem United, niemal w identycznych okolicznościach, znakomicie wpisuje się w pozornie niewytłumaczalne fatum, które ciąży nad Paryżem i nad Parc des Princes.

Remontady miało już nie być. Nigdy. Nie po takiej klęsce, jak przed dwoma laty z Barceloną, nie po spektakularnych zakupach, które miały dać długo wyczekiwane zwycięstwo w Lidze Mistrzów, a w najgorszym wypadku - znacząco zbliżyć do tego wymarzonego Graala. Wreszcie - nie w sytuacji, gdy wszystko w tym sezonie szło własnym torem, pod kierunkiem bardzo dobrze przyjmowanego w Paryżu Thomasa Tuchela. Niemiec, zdawało się, wykonywał w PSG naprawdę dobrą robotę, o czym najlepiej  świadczyło wyjście z twarzą z niełatwej sytuacji w fazie grupowej Champions League.

Reklama

A jednak wszystko się zawaliło. Aż chciałoby się dodać - jak zwykle. Jak z Barceloną, z Realem, a wcześniej jeszcze z Chelsea czy z Manchesterem City.

Dzisiaj najbardziej logiczna odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się mogło stać, jak to możliwe, że ManU uzyskał awans, mając na boisku zupełnie niedoświadczonych 17- (Greenwood) i 19-latka (Chong) - brzmi: to nie może być przypadek. Tak się nie przegrywa, a tym bardziej - nie seryjnie.

Dlaczego zatem?

Przyczyn można wskazać wiele. Problem mentalny, który nie pozwala na zachowanie koncentracji w decydującym momencie, jest z pewnością jednym z kluczowych elementów. Do tego doszły indywidualne błędy, niedopuszczalne na tym poziomie, ale ani one, ani wyjątkowe szczęście rywali (MU oddał cztery celne strzały, ten czwarty to uderzenie Rashforda przed golem Lukaku), ani nawet brak ważnych zawodników (Neymar, Cavani) nie tłumaczą wszystkiego. Aby wyjaśnić to fatum, trzeba zapewne sięgnąć głębiej i spojrzeć nie tylko na poziom sportowy.

A jeśli Arrigo Sacchi miał rację, mówiąc przed rokiem, po wyraźnej porażce PSG z Realem, że paryżanie są tylko grupą zawodników, a nie drużyną, że "idei, która poprowadzi do przodu, nie można kupić za pieniądze", że wreszcie - klub jako "instytucja" jest ciągle słaby?

Personifikacją tej porażki jest więc też prezes Nasser Al-Khelaifi, katarski namiestnik w Paryżu, przyjaciel emira Al-Thaniego jeszcze z lat młodości. Były tenisista, notowany w rankingu ATP do0stał ogromną władzę, ale krytyka zarządzania przez niego klubem pojawia się nie od dzisiaj. Wcześniej zarzuty dotyczyły m.in. "gorącej linii" największych gwiazd bezpośrednio z prezesem z pominięciem trenera, co nie budowało pozycji tego ostatniego, w ostatnim czasie można wskazać na pogłębiające się różnice zdań między Tuchelem, a dyrektorem sportowym Antero Henrique, nad którymi Nasser zdaje się nie do końca panować, publicznie wspierając tego ostatniego. Relacje są chłodne, ale przede wszystkim odbija się to na polityce sportowej klubu. Najlepszy przykład? Przeciągające się niemożebnie sprowadzanie defensywnego pomocnika (i tylko jednego zamiast zapowiadanych dwóch), którym ostatecznie został nieprzygotowany do gry "na już" Paredes, na dodatek kupiony za horrendalne jak na tę pozycję pieniądze (47 mln euro).

Pieniądze to nie wszystko

Mówiąc najprościej - PSG postawił na wielkie i drogie gwiazdy (Neymar, Mbappe), bo tego bardzo potrzebował, także ze względów pozasportowych, zaniedbując przy okazji równowagę w drużynie, w pełnym tego słowa znaczeniu. Liczył, że się uda; że można zbudować wielką drużynę na zasadzie sztukowania i niemałych umiejętności trenera. Ale w dzisiejszym futbolu jest to coraz trudniejsze.  

Paris Saint-Germain wchodził na arenę europejską po przejęciu władzy przez Katarczyków, próbując wyważyć drzwi razem z futryną. Z furą petrodolarów, które z jednej strony miały rzeczywiście dać sukces sportowy, ale również - może nawet jeszcze bardziej - być elementem soft power w geopolitycznej rozgrywce. Katar chce w niej zaznaczyć swoją obecność, a połączenie futbolu i Paryża nadaje się do tego znakomicie.

Nikt w małym emiracie nie brał jednak pod uwagę, że nie tylko nie będzie sukcesu na miarę oczekiwań (bo trudno mówić o pełnym zadowoleniu po seryjnych zwycięstwach w lokalnych rozgrywkach), ale że porażki staną się tak spektakularne. A to pozytywnemu wizerunkowi nie sprzyja.

Dlatego konsekwencje będą widoczne. Finansowe już są. Brak awansu do ćwierćfinału oznacza oddanie lekką ręką przynajmniej 10,5 mln euro, nie licząc wpływów z praw telewizyjnych i z biletów, co w przypadku finansowego fair play, które ciągle wisi nad głową musi budzić niepokój w Paryżu.

Czy do tego stopnia, aby Katarczycy zastanawiali się nad dalszym inwestowaniem w klub, na którym zawisło jakieś fatum i nie potrafi przebić się do europejskiej elity, mimo włożonych tam pieniędzy (prawie 1,15 mld euro)? Dzisiaj można powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa - choć po tym, co się stało też lepiej uważać - że przynajmniej do 2022 roku, czyli do kolejnego mundialu w Katarze, niewiele się zmieni. PSG wpisuje się bowiem w szerszy projekt. 

Największym sukcesem PSG będzie... zatrzymanie Neymara i Mbappe

Z drugiej strony, trudno jednak wykluczyć, że ekipa z Paryża - głównie z powodów finansowych - zostanie zmuszona do sprzedaży wielkich gwiazd. Neymar w końcu nie po to zmieniał otoczenie, żeby odpadać na tak wczesnym etapie Ligi Mistrzów, w dodatku nie grając z powodu kontuzji i de facto grzebiąc jakiekolwiek szanse na Złotą Piłkę, o którą przecież (przede wszystkim?) mu chodziło, gdy decydował się na wyjście z cienia Messiego.

Mbappe deklarował przywiązanie do barw, ale teraz też już wszystko jest możliwe.

Paradoksalnie, jeśli uda się ich obu zatrzymać w Paryżu, to może być największy sukces PSG w tym roku.

Remigiusz Półtorak

Zobacz wyniki Ligi Mistrzów

Dowiedz się więcej na temat: Liga Mistrzów | Ligue1 | Paris Saint-Germain | Neymar | Kylian Mbappe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje