Łukasz Gikiewicz po porażce Lecha Poznań: Lekcja przykra, ale nie bolesna
Lech Poznań przegrał 1:3 w pierwszym meczu z Crveną zvezdą i swoje szanse na awans do Ligi Mistrzów włożył do szuflady z napisem "iluzoryczne". Nie jest to jednak coś, czego przed meczem nie mogliśmy się spodziewać. Na dobrą sprawę, "Kolejorz" zagrał momentami naprawdę przyzwoicie, a z gry poznaniaków można było być zadowolonym.

Przy Bułgarskiej na oprawie widzieliśmy emblemat Ligi Mistrzów oraz dziecko, kibicujące "Kolejorzowi" i wypatrujące gwiazd. Trudno mu się dziwić. Polskie kluby pną się od miesięcy w rankingu UEFA w imponujący sposób, a udane kampanie kontynuują również w tym sezonie. Dość powiedzieć, że środowa porażka Lecha była pierwszą ekstraklasową przegraną w Europie. Oprócz niej: dziewięć wygranych, jeden remis. Do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja, dlatego to 1:3 u siebie może boleć mocniej niż bolałoby przed kilkoma laty.
Zwłaszcza dla kibiców z Poznania porażka w trzeciej rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów nie może być zaskoczeniem. Dotąd Lech grał w niej dwukrotnie. Przegrał wszystkie pięć meczów: oba ze Spartą Praga i FC Basel, a teraz dołożył do tego niekorzystny wynik z mistrzem Serbii.
Mistrzem zdecydowanym, zasłużonym, bardzo mocnym - ale w Polsce wręcz demonizowanym. Wiem, że wydali 11 milionów euro na transfery. Wiem, że 2.5 miliona euro to pensja dla rezerwowego w tym meczu Arnautovicia. Albo że w ostatnich pięciu latach klub - wspierany przez rosyjski Gazprom, ale przede wszystkim serbskiego prezydenta - zarobił na transferach swoich piłkarzy prawie 115 milionów euro.
Wiem, wiem. Przepaść. Finansowa, sportowa - przepaść. Nie można było oczekiwać, że mistrz Polski się po nich przejedzie. Zwykle w kwalifikacjach było odwrotnie. Trener rywali Lecha, Vladan Milojević, jako trener Zvezdy wygrał dziesięć dwumeczów w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Nigdy takowego w roli szkoleniowca Czerwonej Gwiazdy nie przegrał.
Wiem to wszystko, a i tak będę się upierał, że mistrzowie Serbii byli demonizowani. Bo gdy wreszcie Lech się otrząsnął po fatalnym wejściu w meczu, potrafił zagrać jak równy z równym. "Kolejorz" pokazał, że można nawiązać normalną rywalizację. Że to wciąż futbol, który widział nie takie niespodzianki.
Naprawdę podobał mi się mistrz Polski. Była energia. Może nawet dominacja w niektórych momentach. Crvena zvezda spokojnie jednak wybroniła, wyczekała i zaakcentowała dysproporcję w jakości piłkarskiej w końcówce. Może nasz sufit nie jest ich podłogą, ale różnica na pewno nie wynosi wysokości całej kondygnacji.
Widać było jak na dłoni, że dla Zvezdy był to mecz jak jeden z wielu. Dla Lecha - wydarzenie. Serbowie przyjechali tu jak na wieczór z kumplem przy PlayStation, a gospodarze czuli się jak na własnym weselu czy pierwszej komunii. Doświadczenia nie kupisz. Mecze z Barceloną czy Manchesterem City zrobiły swoje.
Za pół godziny przed końcem pierwszej połowy, za pięknego gola Mikaela Ishaka, za fragmenty drugiej - szacunek.
Szkoda, że po straconym drugim golu "Kolejorz" przestał grać. Być może za dobrą pierwszą połowę zapłacił w drugiej gdzie nie wytrzymał intensywności? Najgorsze, że rywale do strzelenia goli potrzebowali niewiele. Z taką grą obronną i błędami nie ma czego szukać w Lidze Mistrzów. Zwłaszcza że Lech potrafi popełniać bardzo podobne w meczach na polskim podwórku. Jeśli potrafi je wykorzystać Legia w Superpucharze czy Cracovia bądź Lechia w Ekstraklasie, to trudno liczyć na litość Zvezdy.
Dotychczas Lechowi dobrze szło z klubami z Bałkanów. To bodajże pierwsza taka porażka "Kolejorza", praktycznie wyrzucająca go za burtę Champions League. Na Marakanie w Belgradzie w zeszłym sezonie Stuttgart dostał po głowie 5:1. Ale resztek szans na pewno nie ma sensu poznaniakom odbierać.
Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. A Lech, mimo porażki, raczej nie musi czuć się totalnie przegranym. Liga Konferencji już jest zagwarantowana, o Lidze Europy będzie czas myśleć. W rewanżu nie ma nic do stracenia. Dwa lata temu, w 70. minucie meczu we Florencji było 3:0 dla Lecha, który odrobił straty z pierwszego meczu. Trzymam kciuki za powtórkę z rozrywki, tyle że tym razem z happy-endem.












