Reklama

Reklama

Liga Mistrzów zobowiązuje…

W ostatnich meczach grupowych europejskich rozgrywek – zarówno Ligi Mistrzów, Ligi Europy, jak również, od tego roku, Ligi Konferencji – często się zdarza, że trenerzy wystawiają eksperymentalne składy. Dzieje się tak głównie z tego względu, że niektóre zespoły mają już zapewniony udział w kolejnej fazie, więc chcą zrobić tak zwany przegląd kadr. Jedni robią to bardziej umiejętnie, inni mniej. A pisząc o robieniu tego umiejętnie (bądź nie), mam na myśli przede wszystkim szacunek do kibica.

W tym tygodniu w Lidze Mistrzów mieliśmy kilka przykładów, które mogą posłużyć jako model jak się to robi, albo jak się robić tego nie powinno. I właśnie podczas tych rozgrywek uderzyły mnie przede wszystkim dwa spotkania z udziałem dwóch drużyn angielskiej Premier League: Manchesteru United (z Young Boys Berno) i Liverpoolu (z Milanem). Ten pierwszy przykład jest tym negatywnym. Dlaczego tak uważam?

Prestiż Ligi Mistrzów zaczyna się "rozwadniać"?

  Coraz częściej słychać głosy, że prestiż tych najważniejszych z europejskich rozgrywek klubowych zaczyna się niejako rozwadniać, że jest mnóstwo spotkań, które nie zasługują na miano i rangę Champions League. Mecz na Old Trafford należałoby niestety wrzucić do worka z tymi spotkaniami, których oglądać nie warto i które umniejszają prestiż Ligi Mistrzów. W drugiej połowie meczu zdegustowani kibice zaczęli opuszczać trybuny długo przed ostatnim gwizdkiem. Co było powodem? Spora, a w zasadzie główna w tym "zasługa" nowego menedżera Czerwonych Diabłów, Ralfa Rangnicka. Niemiecki szkoleniowiec postanowił bowiem wykorzystać to spotkanie, by obejrzeć kilku zawodników z drużyny rezerw/akademii, a także odkurzyć tych zapomnianych, którzy od dłuższego czasu znajdują się gdzieś na marginesie. Czy mecz Ligi Mistrzów jest do tego odpowiednią okazją, by zobaczyć w akcji na przykład trzeciego bramkarza - 35-letniego Toma Heatona, czy pięciu 18-latków z akademii, bez doświadczenia choćby jednego meczu w pierwszej drużynie? Patrząc na wyjściowy skład, ktoś mniej zorientowany i śledzący z rzadka losy MU mógłby nie zorientować się, że to akurat ta drużyna. Czy kibice mogą przyklasnąć takim decyzjom szkoleniowca? Uważam, że właśnie przez tego typu eksperymenty kibice narzekają na te rozgrywki. Na stadionie, jak w teatrze: wszyscy chcemy podziwiać umiejętności i kunszt gwiazd i fajnie, jeżeli w ich gronie, drugoplanową rolę zagra jeden czy dwóch początkujących, uzdolnionych aktorów...

Reklama

  Przykład zrozumienia takich zasad wielkiego spektaklu pokazał Liverpool i inny niemiecki szkoleniowiec, czyli Jurgen Klopp. The Reds pojechali na mecz do Mediolanu wiedząc, że nic im nie odbierze pierwszego miejsca w grupie. Milan za to bił się o awans. Klopp mógł więc odpuścić sobie to spotkanie, ale jednak wystawił z przodu głównie swoje najmocniejsze działa (Salah, Mane, Origi), które w tyłach wspierali znacznie mniej doświadczeni piłkarze. Ekipa z Anfield wróciła z Włoch z trzema punktami i zakończyła fazę grupową tegorocznej edycji z imponująca liczą osiemnastu punktów czyli kompletem zwycięstw. Kibice mogli być zadowoleni zarówno z gry swojej drużyny i dumni z ogólnego osiągnięcia po tej fazie rozgrywek. Można więc pogodzić eksperymenty z zadbaniem o odpowiedni poziom sportowy widowiska? Klopp pokazał, że jak najbardziej.

Oczywiście, jestem jak najbardziej "za" za wprowadzaniem do zespołów młodych piłkarzy, za tym żeby zdobywali doświadczenie. Uważam jednak, że aby wystawiać ich na scenie Champions League przede wszystkim muszą prezentować odpowiednio wysoki poziom i nie można robić tego "hurtowo". Nieumiejętne testowanie nowych zawodników w kilku meczach sprawia, że cierpi z tego powodu prestiż całych rozgrywek. Eksperymentalny skład na papierze może świadczyć o odwadze trenera, ale też o braku rozwagi i nie liczeniu się z widzami, którzy przyszli na stadion lub zasiedli przed telewizorami żeby podziwiać wielkie widowisko. Papier przyjmie wszystko, kibic już nie...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje