Reklama

Reklama

Liga Mistrzów. Trener Atletico Diego Simeone znowu pokazał, że ma "cojones". Ronaldo pod ścianą

Można było spodziewać się, że temperatura rywalizacji Atletico – Juventus będzie wysoka, ale po dwubramkowej zaliczce gospodarzy, obscenicznych gestach trenera Simeone, prowokacjach Cristiano Ronaldo i kontrowersjach związanych z VAR rewanż zapowiada się jeszcze bardziej fascynująco.

Do ostatniego kwadransa wszystko wskazywało na to, że mecz dwóch znakomicie broniących drużyn zakończy się bezbramkowo. Zgodnie zresztą z przewidywaniami. Przy tak szczelnej defensywie z jednej i drugiej strony, przy niesamowitej dyscyplinie wpajanej przez obydwu trenerów, takie rozwiązanie było najbardziej logiczne. Wtedy jednak Atletico po raz kolejny pokazało, że ma niewyczerpane pokłady determinacji, co akurat w tym przypadku idealnie oddaje słynne... urugwajskie określenie "garra charrua", bo też dwaj środkowi obrońcy z tego kraju przesądzili o zwycięstwie madrytczyków, nawiasem mówiąc pierwszy raz w historii swoich wspólnych występów w tym klubie.

Reklama

To Atletico jest niesamowite. Nie tylko dlatego, że rzuca się na rywala jak wściekły pies - już w pierwszej akcji Godin przebiegł niemal całe boisko, że wywierać presję na arbitrze po starciu Griezmanna z Matuidim - ale jeszcze bardziej z powodu skuteczności w defensywie. W jedenastu ostatnich meczach u siebie w fazie pucharowej Ligi Mistrzów "Los Colchoneros" stracili tylko jednego gola (!), dając do zrozumienia, że własny stadion to twierdza nie do zdobycia.

"Trzeba mieć jaja"

Jednak tym razem nie o gole tylko chodziło. Największe kontrowersje wzbudziło zachowanie trenera Diego Simeone, choć dobrze oddaje ono filozofię Atletico - drużyny, która ma "cojones". Gdy Gimenez dał gospodarzom prowadzenie, trener ostentacyjnie odwrócił się do publiczności i złapał się za intymne części ciała. Co chciał w ten sposób pokazać? Po meczu tłumaczył, że to nie był "miły gest, jednak czuł, że musi to zrobić", ale też - że nie chciał nikogo obrażać. 

- Żeby wystawić Diego Costę i Koke w pierwszym składzie po miesiącu bez gry - do tego trzeba mieć jaja - tłumaczył się Simeone, który pod tym względem jest... recydywistą, bo jako piłkarz Lazio już dawno temu "cieszył się" w taki sam sposób. - Nie przeszkadza mi to, takie rzeczy się  zdarzają - skomentował trener rywali Massimiliano Allegri.

Wyraźna porażka Juventusu oznacza, że w Turynie obudziły się stare demony. Przed rokiem w starciu z Realem też sytuacja była bardzo niekorzystna (0-3 w pierwszym spotkaniu, i to u siebie), choć w rewanżu "Bianconeri" byli bliscy doprowadzenia do dogrywki. Tym razem odrobienie strat z tak zorganizowanym defensywnie Atletico będzie jednak niezwykle trudne i najpewniej Cristiano Ronaldo zdaje sobie z tego sprawę. Portugalczyk, który przyszedł do Juve właśnie po to, aby wygrać kolejną Ligę Mistrzów ostentacyjnie przypomniał, jakie odnosił sukcesy, wymownie pokazując pięć palców. Raz już w czasie meczu, ale potem - jeszcze bardziej dosadnie - przechodząc po spotkaniu koło dziennikarzy. "Cinco Champions, Atletico zero" (Zdobyłem pięć razy Ligę Mistrzów, a  Atletico ani razu).

Szczęsny, czyli "Tek high tech"

Mimo dwóch puszczonych goli, bardzo dobrze została oceniona gra Wojciecha Szczęsnego. Polski bramkarz dwa razy uchronił zespół po strzałach Griezmanna, a ponieważ jest przez kolegów nazywany skrótowo "Tek", to "La Gazzetta" pisze o jego grze "Tek high tech", wyróżniając na tle słabo grającego Juventusu. "Pytanie było takie, czy w pierwszym ważnym meczu po odejściu Buffona stanie na wysokości zadania. Czy w starciu z Oblakiem, jednym z najlepszych specjalistów na świcie, będzie na jego poziomie. Teraz nie ma już co do tego wątpliwości" - napisał największy dziennik  sportowy we Włoszech.

Jednym z bohaterów spotkania w Madrycie był VAR, szczególnie po nieuznanym golu Moraty, ale jeszcze więcej kontrowersji nowa technologia wzbudziła w Gelsenkirchen, gdzie Schalke przegrało z Manchesterem City 2-3. Choć z zupełnie innego powodu. Przy ocenie sytuacji z ręką Otamendiego (która skutkowała jedenastką i golem dla gospodarzy) po raz pierwszy sędzia nie mógł sam podjąć decyzji, bo nie działał monitor koło boiska. Musiał więc zdać się na opinię kolegów z wozu. Przepisy dopuszczają takie rozwiązanie.

Po bezbramkowych remisach Lyonu z Barceloną i Liverpoolu z Bayernem sprawa niby jest otwarta, ale patrząc na przebieg gry w obydwu przypadkach, mistrzowie Hiszpanii są jednak dużo bliżej awansu. Chyba że Anthony Lopes znowu będzie bronił jak w transie.

Remigiusz Półtorak

Liga Mistrzów: wyniki, terminarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama