Reklama

Reklama

Liga Mistrzów. PSG – Liverpool FC 2-1

​To nie było takie zwycięstwo jak z Barceloną, nie tak szalone, ale dla PSG niezwykle ważne. 2-1 oznacza bowiem, że przed ostatnią kolejką mistrzowie Francji mają wszystko w swoich rękach. W przeciwieństwie do Liverpoolu, który musi wygrać z Napoli. Inaczej odpadnie.


O tym, że scenariusz meczu mógł być zaskoczeniem, niech zaświadczy odrobina najnowszej historii. Od roku PSG grał sześć ważnych meczów w Lidze Mistrzów z drużynami z europejskiego topu (Bayern, Real, Liverpool, Napoli) i tylko dwa razy zremisował. Resztę przegrał.

Reklama

Nic nie musiało wskazywać na to, że w rewanżu z Liverpoolem będzie inaczej. A jednak.

Gracze z Paryża wyszli na boisko, jakby rzeczywiście wzięli sobie do serca słowa prezesa Nassera al-Khelaifiego; jakby zrozumieli, że ich dalszy udział w Lidze Mistrzów wisi na włosku, a ewentualny zły wynik będzie katastrofą.

Dlatego zaatakowali od początku, a Liverpool zaskakująco przyjął te warunki gry. Po pierwszym kwadransie przewaga była bardzo wyraźna. Dwa razy więcej podań, trzy razy więcej celnych zagrań, cztery strzały przy żadnym w wykonaniu gości. Ale przede wszystkim na tablicy wyników pojawiła się pierwsza zmiana. Akcję zaczął Verratti, wmieszał się w nią Mbappe, a wykończył Bernat przy biernej postawie obrońców Liverpoolu.

To była naturalna konsekwencja zepchnięcia gości do defensywy, a Hiszpan - krytykowany na początku sezonu - strzelił już drugiego ważnego gola w Lidze Mistrzów.

Trener gospodarzy Thomas Tuchel znowu zaryzykował w kluczowym meczu, choć może lepiej byłoby napisać, że historia zatoczyła koło. Gdy przed ponad dwoma miesiącami wystawiał ekipę na Anfield, z bazowym ustawieniem 1-4-3-3, w środku pomocy widział miejsce dla Marquinhosa, który lepiej czuje się na środku obrony. Potrzeba chwili była duża, bo Paryż nie ma defensywnego pomocnika z prawdziwego zdarzenia po zakończeniu kariery przez Mottę, więc Tuchel eksperymentował.

Pomysł z Brazylijczykiem przesuniętym trochę wyżej z czasem jednak upadał (po raz ostatni trener wykorzystał go półtora miesiąca temu, z Lyonem), bo górę brały nowe wariacje taktyczne. A to 1-4-2-3-1 albo jeszcze z trójką obrońców i czwórką pomocników. To ostatnie ustawienie wydawało się wreszcie tym, z czego Tuchel był najbardziej zadowolony. W rewanżu z Liverpoolem znowu jednak trochę pomieszał. Uznał, że przeciwko takiemu tercetowi jak Salah - Firmino - Mane lepsza będzie klasyczna obrona z czwórką zawodników. Przynajmniej w fazie defensywnej.

Ale znaczenie miało również coś innego. Chodziło o pokazanie wszystkich atutów w ofensywie (czytaj: z Di Marią oprócz tercetu Mbappe-Cavani-Neymar) przy jednoczesnym zbalansowaniu drużyny. I to się udało, bo gracze z Paryża do przerwy bardzo zaskoczyli, Buffon nie miał wiele do roboty, a Liverpool - nawet jeśli z czasem trochę się podniósł i był groźniejszy - nie mógł złapać swojego normalnego rytmu.

Przed meczem największy znak zapytania dotyczył Neymara, ale dość szybko został skreślony. Brazylijczyk nabawił się urazu przywodziciela w meczu reprezentacji i w ostatnich dniach trwał wyścig z czasem, aby przywrócić go do pełnej sprawności. Rąbka tajemnicy uchylił już dzień wcześniej ojciec zawodnika, zdradzając, że nie ma żadnych przeszkód, aby syn zagrał.

I rzeczywiście nie było. Najlepiej pokazała to akcja gospodarzy z 37. minuty. Znakomita. Neymar jeszcze na własnej połowie zaczął ją z Mbappe. Młody Francuz popędził do przodu w swoim stylu i w decydującym momencie idealnie podał piłkę do Cavaniego. Alisson obronił jeszcze strzał Urugwajczyka, ale przy dobitce czyhającego Neymara był już bezradny.

Wdawało się, że po pierwszej połowie paryżanie będą mieli względnie bezpieczną, dwubramkową przewagę. Udawało im się niemal wszystko, a le wtedy goście złapali drugi oddech. Trochę szczęśliwie, bo wślizg Di Marii w samym rogu pola karnego był zupełnie niepotrzebny. Mane to jednak wykorzystał, dodając trochę od siebie. Sędzia Marciniak początkowo nie zauważył nic i najpewniej byłby tylko rzut rożny dla Liverpoolu, ale liniowy dopatrzył się faulu i zasygnalizował to głównemu. Milner wykorzystał szansę na złapanie kontaktu. 2-1.

Druga połowa już nie była taka intensywna. Tempo gry trochę spadło, Liverpool nie dał powodu, aby poważnie myśleć o wywiezieniu z Paryża lepszego wyniku, oddając w całym meczu tylko jeden celny strzał. Z karnego.

PSG jest niepokonany u siebie już w 21 kolejnych meczach Ligi Mistrzów w fazie grupowej. Natomiast The Reds, jakkolwiek trudno w to uwierzyć, przegrali wszystkie mecze wyjazdowe w grupie. Teraz to oni są najdalej awansu do fazy pucharowej.

PSG - Liverpool 2-1 (2-1)

Bramki: 1-0 Bernat (13.), 2-0 Neymar (37.), 2-1 Milner (45. + 2, z karnego).

PSG: Buffon - Kehrer, Thiago Silva, Kimpembe, Bernat - Marquinhos, Verratti, Di Maria (65. Dani Alves) - Mbappe (85. Rabiot), Cavani (65. Choupo-Moting), Neymar.

Liverpool: Alisson - Gomez, Van Dijk, Lovren, Robertson - Wijnaldum (66. Keita), Henderson, Milner (77. Shaqiri) - Salah, Firmino (71. Sturridge), Mane.

Sędziował: Szymon Marciniak. Żółte kartki: Verratti, Neymar - Wijnaldum, Gomez, Sturridge, Keita, Van Dijk, Robertson.

Zobacz wyniki, terminarz i tabelę grupy C Ligi Mistrzów

Remigiusz Półtorak z Paryża

Dowiedz się więcej na temat: Paris Saint-Germain | Liverpool FC

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje