Reklama

Reklama

Liga Mistrzów. Pogoda dla bogaczy

W tym roku w pucharowej fazie Champions League zagrają wyłącznie drużyny z pięciu najbogatszych lig. Najbardziej prestiżowe rozgrywki na kontynencie stają się dostępne dla elity, są coraz bardziej przewidywalne i może przez to bardziej nudne.

Real Madryt, Atletico Madryt, FC Barcelona, Valencia, Manchester City, Liverpool, Tottenham, Chelsea, Bayern Monachium, RB Lipsk, Borussia Dortmund, Juventus Turyn, Napoli, Atalanta Bergamo, Paris Saint-Germain i Olympique Lyon. 16 klubów z pięciu krajów - Hiszpanii, Anglii, Niemiec, Włoch i Francja - zagra w 1/8 finału LM.

Najbogatsi = najlepsi

Od sezonu 2003-04 taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy, choć już w ubiegłym roku grono krajów, z których pochodzą uczestnicy fazy pucharowej Champions League mocno się zawęziło. W 2019 roku na tym etapie zostały drużyny z siedmiu państw (grało jeszcze FC Porto z Portugalii i Ajax Amsterdam z Holandii). Już w 2017 roku na wiosnę zostały tylko kluby z sześciu krajów (top 5 plus Portugalia).

Reklama

Od 17 lat w 1/8 finału LM najliczniej reprezentowane są stale te same kraje. Anglia miała 59 uczestników łącznie, Hiszpania - 53, Włochy - 42, Niemcy - 39, Francja - 27. Na szóstym miejscu w tej statystyce jest Portugalia - 16 reprezentantów, a dalej to już jest przepaść, Holandia i Rosja - po sześciu, Ukraina - pięciu.

Wygląda to już na stałą tendencję. LM jest dostępna dla najbogatszych. Pięć najliczniej reprezentowanych krajów ma ligi, w których piłkarze są najlepiej opłacani w Europie. Kolejność piłkarskiego bogactwa pokrywa się z kolejnością państw z liczbą uczestników fazy pucharowej Champions League. Według analizy sportinginteligence.com w sezonie 2019/20 najwięcej zarabiają piłkarze angielskiej Premier League, potem La Ligi, Serie A, Bundesligi i Ligue 1.

Średnia roczna pensja (w euro) piłkarza w pięciu najlepszych ligach Europy wynosi:

- 2 833 271 (Premier League)

- 1 819 329 (La Liga)

- 1 594 194 (Serie A)

- 1 414 027 (Bundesliga)

- 927 463 (Ligue 1)

Nieprzypadkowo więc angielskie kluby po raz trzeci z rzędu w komplecie awansowały do 1/8 finału LM. Zespoły z Wysp Brytyjskich dokonały tej sztuki także w 2007 i 2009 roku.

W książce "Futbonomia", ukazującej piłkę nożna z perspektywy ekonomicznej, pisali o tym Simon Kuper i Stefan Szymański, odnosząc się co prawda nie do Ligi Mistrzów, ale do Premier League i niższych lig angielskich. "Istnieje nierozerwalny związek pomiędzy wysokością płac a miejscem w ligowej tabeli. Wygląda na to, że wysokie wynagrodzenia rzeczywiście pomagają klubom w większym stopniu niż spektakularne transfery. W skrócie oznacza to tyle, że im więcej płacisz swoim zawodnikom, tym lepszą osiągniesz pozycję, kwota jaką wydajesz na transfery, niewiele w tym względzie zmienia".

Najbogatsi z bogatych. Na czele Barcelona

Jak to wygląda w przełożeniu na kluby, a nie na państwa? W gronie uczestników fazy pucharowej LM w tym roku zabrakło Manchesteru United, ale "Czerwone Diabły" utrzymały trzecie miejsce wśród najbogatszych klubów świata. To wyjątek, bo poza tym wszystkie zespoły z pierwszej dziesiątki opublikowanego w styczniu finansowego rankingu firmy Deloitte grają nadal w Champions League. W TOP 20 finansowego zestawienia jest 13 klubów występujących w najbardziej prestiżowych rozgrywkach na Starym Kontynencie. Brakuje tylko: Atalanty, Valencii i RB Lipsk.

Na pierwszym miejscu jest - po raz pierwszy w historii - Barcelona, która jako pierwszy klub w historii przekroczył granicę 800 mln euro przychodu. W przypadku Katalończyków wyniósł on 840.8 mln euro. Tuż za nimi jest Real Madryt - 757.3 mln euro, trzeci - Manchester United - 711.5 mln euro, czwarty - Bayern Monachium - 660.1 mln euro, piąte - PSG - 635.9 mln euro.

Koniec romantycznego futbolu

Teza o tym, że pieniądze grają na boisku, jest tyleż oczywista, co przerażająca. Przeczy romantyzmowi futbolu, popularnemu ostatnio hasłu "Against Modern Football". Ale coraz trudniej zapobiec temu zjawisku. Piłka nożna stała się biznesem jak każdy inny, liczą się pieniądze i sprawne zarządzanie, by je właściwie wydawać.

Niedawno w "The Independent" Miguel Delaney opublikował artykuł, którego wymowa nie pozostawia złudzeń. Skończyły się czasy romantycznego futbolu. Nie można już liczyć na niespodzianki, rozgrywki stają się coraz bardziej przewidywalne, toczą się pod dyktando znanych i tych samych piłkarskich firm. Ta powtarzalność w pewnym sensie staje się nużąca. Mistrzowie z Leicester w Anglii i Montpellier we Francji to chlubne wyjątki potwierdzające twarde reguły panujące obecnie w piłce nożnej.

W najlepszych pięciu ligach europejskich w czołówce dochodzi do coraz mniejszych zmian. W latach 90. XX wieku miejsce w pierwszej czwórce Premier League zajęło 13. drużyn,  w pierwszej dekadzie XXI wieku - tylko siedem, podobnie jak w latach 2010-19. Tak samo dzieje się w Hiszpanii, Włoszech, Niemczech i Francji. Przez 30 lat wzrosła średnia liczba punktów potrzebna do mistrzostwa (w Anglii i we Włoszech aż o 10 punktów) i średnia punktów, by znaleźć się w TOP 4. Aż osiem mistrzostw z rzędu zdobył Juventus Turyn, siedem - Bayern Monachium. Jak wykazuje Delaney aż 13 z 54 lig w Europie zostało zdominowanych przez jeden klub.

Do czego to zmierza? Scenariusz wydaje się oczywisty. Najwięksi chcą mieć jeszcze więcej. Dążą do stworzenia zamkniętej ligi - Superligi, piłkarskiej NBA. Wygląda na to, że Liga Mistrzów sama z siebie, mimowolnie, a raczej zgodnie z ekonomicznymi prawidłami, staje się zamkniętą ligą. Tylko dla bogatych.

Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje