Reklama

Reklama

Liga Mistrzów. FC Barcelona – Liverpool. O przełamanie hiszpańskiej dominacji

Twitter Katalończyków wojuje z Juergenem Kloppem, a Luis Suarez z rozrzewnieniem wspomina mecze w koszulce "The Reds". Stawką środowego pojedynku Barcelony z Liverpoolem (21.00) będzie nie tylko miejsce w finale Ligi Mistrzów, ale też utrzymanie hegemonii hiszpańskiej piłki w Europie.

Cztery razy do Madrytu, raz do Barcelony - w ostatnich pięciu latach puchar za wygraną w Lidze Mistrzów wędrował tylko do Hiszpanii. W tym czasie finał dwa razy był wewnętrzną sprawą kraju z Półwyspu Iberyjskiego, a nawet tylko jego stolicy, gdy Real ogrywał Atletico.

Reklama

Od kilku lat nie ma więc wątpliwości, że serce europejskiej piłki bije w Hiszpanii. Rękawicę gigantom rzucał Bayern Monachium, dwa razy w finale wystąpił Juventus. Niemcom ani Włochom się nie udało, ale hiszpańską dominacją w końcu chce zachwiać Premier League.

Od kilku lat kasy angielskich klubów zasilane są strumieniem pieniędzy z rekordowych kontraktów telewizyjnych - sumami nieosiągalnymi dla reszty drużyn. Wśród 22 zespołów, które w sezonie 2016/2017 zarobiły najwięcej na transmisjach swoich meczów, aż 20 to kluby z Anglii. W towarzystwo potrafiły się wmieszać tylko Barcelona i Real, ale nawet ich zarobki z tego tytułu nie mogły się równać z wpływami Chelsea, Manchesteru City czy Liverpoolu.

Gdyby wziąć pod uwagę sumę przychodów za poprzedni rok, Real, Bayern czy Juventus wciąż nie ustępują Anglikom. Przypływ funduszy za prawa telewizyjne nie przełożył się też na natychmiastową poprawę wyników - w trakcie pięcioletniej dominacji Hiszpanów tylko trzem angielskim klubom udało się awansować do półfinału. A w sezonie 2014/2015, gdy po raz ostatni po trofeum sięgała Barcelona, żaden angielski zespół nie zakwalifikował się nawet do czołowej ósemki.

Przed rokiem Liverpool, jako pierwszy angielski zespół od 2012 r., zdołał wyważyć drzwi do finału. W tym roku jest już w półfinale, a Anglicy znów atakują szeroką ławą. W ćwierćfinale obsadzili cztery miejsca, w półfinale - dwa.

Forpocztą Anglików jest drużyna Juergena Kloppa. Niemieckiemu menedżerowi często przylepia się łatkę trenera, którego drużyny grają miła dla oka piłkę, ale brakuje mu tytułów. Za jego sterami Liverpool wskoczył jednak na wyższy poziom. W tym sezonie nadal walczy o dwa najważniejsze trofea - na dwie kolejki przed końcem rozgrywek Premier League traci tylko punkt do prowadzącego Manchesteru City. Przed środowym starciem Kloppowi jak zwykle nie brak pewności siebie.

- Camp Nou to tylko stadion. Jest duży, ale to żadna świątynia. Inne drużyny mają tam spore kłopoty, ale dzięki temu wiemy, co robić - stwierdził w rozmowie z DAZN, chociaż... jeszcze nigdy nie prowadził zespołu przeciwko Barcelonie.

Dowiedz się więcej na temat: FC Barcelona | Liverpool FC | Juergen Klopp

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje