Reklama

Reklama

Liga Mistrzów. City w finale. Dekada cierpień Guardioli

Po 10 latach i lekcjach pokory uznawany za najlepszego trenera świata Pep Guardiola wraca do finału Ligi Mistrzów. Manchester City dotarł tam pierwszy raz w historii. - Wydaliśmy mnóstwo kasy, ale stoi za tym sukcesem równie dużo pracy - przekonuje kataloński trener.

Niedawno ojciec Guardioli ogłosił w mediach, że największym marzeniem syna jest pokonać Real Madryt w finale Ligi Mistrzów. Dziś Królewscy musieliby na Stamford Bridge wywalczyć bilety do Stambułu. Gdyby im się udało, za trzy tygodnie w meczu o tytuł numeru 1 w Europie Pep miałby okazję spełnić marzenie.

Liga Mistrzów. Od Barcelony do City

Dekadę temu z Barceloną wyeliminował Real w półfinale Champions League. Do dziś piłkarze z Camp Nou wspominają jego płomienną przemowę przed pierwszym starciem na Santiago Bernabeu. Guardiola zwrócił się wprost do trenera Królewskich Jose Mourinho. Ironizował dużo, mówił ostro. "Jest kurewskim szefem sali prasowej tego stadionu" - rzucił emanując pewnością siebie. Gdy po konferencji prasowej wrócił do hotelu, piłkarze Barcy powitali go brawami. W ich odczuciu zachował się jak prawdziwy przywódca.

Reklama

Sytuacja nie była łatwa. Katalończycy przystępowali do dwumeczu o finał Ligi Mistrzów tuż po porażce z Realem w finale Pucharu Króla. Morale rywala wzrosło. Ale jeszcze raz zwyciężył geniusz Leo Messiego. Dwa gole Argentyńczyka dały Barcy zwycięstwo 2-0, rewanż był formalnością (1-1), tak jak finał z Manchesterem United (3-1 na Wembley).

Wydawało się wtedy, że Katalończycy będą królowali w Europie jeszcze długo. To był jednak ostatni wzlot zjawiskowej drużyny Pepa.

Minęło 10 lat i dopiero teraz Guardiola znów dociera do finału Champions League. W 2011 roku mogło mu się wydawać, że świat piłki do niego należy. Opuścił Barcelonę rok później w glorii trenerskiego geniusza. Mógł wybierać kluby jakie tylko chciał. Zaczął od Bayernu, bo zawsze podziwiał niemiecką pracowitość, solidność i efektywność. Przybył na Allianz Arena akurat w chwili, gdy Jupp Heynckes zdobył z Bawarczykami potrójną koronę. Oczekiwania były ogromne, ale zespół Guardioli, choć grał futbol zjawiskowy, trzy razy odbijał się od półfinału Champions League. Bayern nie był w stanie przełamać dominacji hiszpańskich klubów (Realu, Barcelony i Atletico).

Jako kolejnego pracodawcę Pep wybrał Manchester City. Klub nieograniczonych możliwości, finansowany od 2008 roku przez szejków z Abu Zabi z Mansourem bin Zayedem. Katalończyk przeszedł na Etihad Stadium w 2016 roku zaraz po tym jak Manuel Pellegrini poprowadził zespół pierwszy raz w jego historii do półfinału Ligi Mistrzów. Guardiola miał wykonać krok do przodu, tymczasem przez cztery lata odbierał surowe lekcje. Od Monaco, Liverpoolu, Tottenhamu i Lyonu.

10 miesięcy temu w 85. minucie pojedynku o półfinał z Lyonem, gdy City przegrywało 1-2, Raheem Sterling spudłował mając przed sobą pustą bramkę. Guardiola pada na kolana i zakrywa rękami twarz. Kontra Lyonu była pieczęcią na jego zwycięstwie 3-1. Wydawało się, że nad Pepem i City zawisło jakieś fatum, które nie pozwala im podbić Europy.

Liga Mistrzów. Mahrez jak Madjer?

Bezkompromisowość Guardioli jednych ujmuje, inni traktują go jako dogmatyka. Uparł się, że City ma grać tak jak Barcelona. Niedawno mówił o tym Philipp Lahm - jeden z ulubionych graczy Pepa w Bayernie. Katalończyk wystawiał bocznego obrońcę w roli rozgrywającego. Zapytany czym różni się Barcelona z 2011 roku, od Manchesteru City z 2021, Niemiec odpowiedział, że w zespole z Katalonii występowało pięciu najwybitniejszych wtedy graczy świata, tymczasem angielska drużyna nie ma aż takich indywidualności.

W Manchesterze Guardiola dysponuje szeroką kadrą. Na obrońców wydał majątek, bo defensywa była piętą Achillesową zespołu. Kupiony z Benfiki tego lata Portugalczyk Ruben Dias okazał się brakującym ogniwem. W tym sezonie City wreszcie nie traci głupich goli. Stones, Dias, Zinczenko, Walker to nie są może wielcy piłkarze, ale tworzą bardzo solidną formację obrony. Niezwykła była sytuacja w rewanżu z PSG, gdy Walker popełnił błąd, piłkę przejął Neymar, a Zinczenko z Diasem pędzili za Brazylijczykiem do końca. Gdy w ostatniej chwili Ukrainiec zablokował strzał, wszyscy obrońcy City świętowali jakby odnieśli spektakularne zwycięstwo.

Z takich właśnie małych zwycięstw w pojedynczych akcjach rodzi się sukces. Piłkarzy Pepa nie traktuje się jak geniuszy, choć Kevin de Bruyne to z pewnością czołówka światowa. Reszta to zawodnicy bardzo dobrzy, ale nie gwiazdy pierwszej wielkości. W tym swoją szansę w upatrywało PSG. Neymar i Mbappe mieli zrobić różnicę. Tymczasem bohaterem rywalizacji o finał był Algierczyk Riyad Mahrez, który zdobył trzy bramki. Może w Stambule dołączy do rodaka Rabaha Madjera, którego cudowny gol piętą w finale Pucharu Europy w 1987 roku pozwolił Porto pokonać Bayern 2-1 i sięgnąć po pierwszy w historii klubu tytuł numeru 1 na kontynencie.

Szeroka kadra Manchesteru City to ogromny atut szczególnie w czasach pandemii. Guardioli może rotować składem, nie musi przeciążać piłkarzy, dzięki czemu nie ma w klubie plagi urazów. Siła City polega na tym, że każdy dokłada cegiełkę do wspólnej budowy. O tym mówił Guardiola po rewanżu z PSG. Wspominał tych, którzy nie mieli szansy zagrać, ale jego zdaniem zasłużyli się bardzo dla sprawy.

Szejkowie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wydali na transfery 1,7 mld euro, by Manchester City wreszcie dotarł pod europejski szczyt. Po drodze zdobył pięć tytułów w Premier League. Guardiola wie, że kibice na świecie sprowadzają sukcesy klubu z Etihad do wielkich pieniędzy. On uważa, że stoi za nimi co najmniej tak samo wielka praca.

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL