Reklama

Reklama

Lewandowski "dzieckiem" Beenhakkera?

"Kiedy tylko go zobaczyłem, zakochałem się w nim natychmiast" – mówi o Robercie Lewandowskim Leo Beenhakker nazywając polskiego napastnika "swoim dzieckiem" w wywiadzie dla hiszpańskiego dziennika "El Pais". Zdaniem Holendra fundamentem kariery gwiazdy Borussii Dortmund jest rozsądek i chłodna głowa.

Finał Ligi Mistrzów - relacja tekstowa LIVE! Tylko u nas możesz w jej trakcie dyskutować!

Reklama

Sukces ma wielu ojców. Także sukces Roberta Lewandowskiego. Wydaje się, że 71-letni dziś Leo Beenhakker uważa powołanie go do kadry, jako jeden z najważniejszych momentów swojej kadencji w reprezentacji Polski. Dziennikowi "El Pais" opowiada, że dostrzegł wielki talent Lewandowskiego w wieku 19 lat, gdy Lech Poznań kupił go z zespołu trzecioligowego. W rzeczywistości Lewandowski zadebiutował w drużynie narodowej mając skończone 20 lat, 10 września 2008 roku zdobył gola w spotkaniu eliminacji mistrzostw świata z San Marino wygranym 2-0. Lech sprowadził go jednak nie z trzecioligowego, ale drugoligowego Znicza Pruszków, w którym został królem strzelców rozgrywek.

Beenhakker wspomina też, że kiedy wysłał powołanie dla Lewandowskiego protestował jego trener klubowy, twierdząc, iż piłkarz jest jeszcze na to za młody. Z imienia i nazwiska Beenhakker Franciszka Smudy jednak nie wymienia.

Oczywiście powie ktoś, że Holender nagina fakty, by podkreślić rolę, jaką spełnił w karierze Lewandowskiego. Nie zmienia to faktu, że w listopadzie 2008 roku, tuż po wygranym sparingu z Irlandią w Dublinie, Beenhakker mówił o Lewandowskim tak: "To fantastyczny młody chłopak, ma ogromny talent. Od początku mówiłem, że w ataku reprezentacji stawiam na niego i Brożka. Patrząc na ich wiek, to przyszłość polskiego futbolu. Ale nie wiem, co się stanie za kilka czy kilkanaście miesięcy. Wiem, że ma wielkie możliwości i robi postępy. Radzi sobie z presją i popularnością".

Co się stało, wszyscy wiemy. Drużyna Leo Beenhakkera wypadła w eliminacjach mundialu w RPA katastrofalnie tracąc szanse awansu po porażce ze Słowenią 0-3 w Mariborze. Lewandowski grał wtedy ostatnie pół godziny. Tego samego dnia, czyli 9 września 2009 roku Holender został zwolniony. Czy rzeczywiście stawiał na Lewandowskiego? Bardziej na Pawła Brożka, co do którego bardzo się pomylił. Nigdy nie został on graczem klasy międzynarodowej. W ośmiu meczach tamtych eliminacji Lewandowski zagrał 270 minut. Tylko pierwsze spotkanie ze Słoweńcami przesiedział na ławce, potem zawsze wchodził do gry, a w meczu z Irlandią Płn w Belfaście przegranym 2-3 przebywał na boisku 90 minut.

Faktycznie więc Beenhakker dawał Lewandowskiemu szanse gry. Dziś mówi "El Pais": "Ależ był już wtedy dobry ten skurczybyk. Jego siłą jest zdrowa psychika. To chłopak niebywale spokojny i ułożony. Potrafi stworzyć coś z niczego. W sytuacjach kiedy inni napastnicy nie widzą szans na zdobycie gola i wycofują piłkę do kolegów, on znajduje drogę do bramki. Dla mnie, jako trenera jest ogromną satysfakcją patrzeć jak taki talent się rozwija".

Wypada przypomnieć, że właśnie Beenhakker, jako dyrektor sportowy Ajaksu Amsterdam sprowadził do niego 19-letniego Zlatana Ibrahimovicia. "Zapłaciliśmy za niego Malmoe 9 milionów euro. To była dla Ajaksu rekordowa suma. Spędziłem mnóstwo godzin na przekonywaniu naszego dyrektora finansowego, że warto. A, co ciekawe, nie widziałem wtedy go jeszcze w akcji w żadnym meczu, tylko wiedziałem jak się prezentuje na treningach. Podjechałem na zgrupowanie szwedzkiej drużyny w Hiszpanii, zobaczyłem go i pomyślałem 'Jezu Chryste, muszę go mieć!' - opowiadał Beenhakker magazynowi "Blizzard".

Na kogo Holender stawia w finale Champions League? Oczywiście, jak wszyscy, w roli zdecydowanego faworyta widzi Bayern. Mówi nawet, że na każdej pozycji Bawarczycy mają znacznie lepszego piłkarza. Uważa jednak, iż decydujący może być geniusz Juergena Kloppa, który ma dar zamieniania dobrych graczy w wielki zespół. Tymczasem skrzydłowy Bayernu Arjen Robben jest jak "pogoda w Holandii". Gdy wychodzi słońce, zmienia się w niedoścignionego geniusza, tyle, że zaraz robi się deszczowo i Holender tak samo szybko zmienia się nie do poznania. Wydaje się, że z wszystkich piłkarzy, którzy wybiegną w sobotę na Wembley najbliższy Beenhakkerowi jest jednak Lewandowski.

Najbardziej zdumiewające jest to, że Borussia i Bayern sprawiły, iż Holender polubił niemiecki futbol. To wręcz niewiarygodne: te nacje różniące się jak ogień i woda, w piłce zawsze były sobie przeciwstawiane. Holendrzy uchodzili za pięknoduchów i estetów, dla których wynik ma mniejsze znaczenie niż zabawa na boisku. Niemcy byli synonimem efektywności, porządku, poświęcenia w grze bez względu na to, czy mieli pokolenie graczy wybitnych, czy przeciętnych.

Beenhakker uważa, że jednych i drugich nigdy nie łączyło w piłce tak wiele jak obecnie. "Niemcy przestali grać wyłącznie z kontry, stosują wysoki pressing, polubili być przy piłce. A to sprawia, że mecze Borussii i Bayernu ogląda się z przyjemnością. Przecież Bayern zniszczył Barcelonę nie jakimiś sztuczkami, czy taktycznymi podstępami, ale odwagą w grze narzucając Katalończykom własny styl".

Finał Ligi Mistrzów - relacja tekstowa LIVE! Tylko u nas możesz w jej trakcie dyskutować!

Autor: Dariusz Wołowski

Kto wygra finał Ligi Mistrzów? Dyskutuj!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje