Reklama

Reklama

Kto bardziej przegrał Real czy Barcelona?

Czy skala klęski z Bayernem Monachium w półfinale Champions League wyznacza tempo, w jakim uwstecznia się do niedawna najlepszy zespół na świecie? Oczywiste jest jedno: Tito Vilanova wykonał z Barceloną kilka kroków do tyłu. Mimo wszystko większe zmiany szykują się w Madrycie. Ten sezon w Champions League to wielkie zwycięstwo Bundesligi. O ile nie można wykluczyć hegemonii Bayernu Monachium, o tyle nie ma podstaw, by tak samo świetlaną przyszłość przepowiadać Borussii Dortmund.

Dziwnie musi czuć się Cesc Fabregas, gdy myśli o śnionym przez lata powrocie do domu. Na opinię futbolowego diamentu zapracował w Premier League tak szybko, że nikt nawet nie śmiał określać górnej granicy jego możliwości. 40 mln euro za jego transfer dowodziło z jaką determinacją szefowie i trenerzy Barcelony ufali, iż dzieciństwo spędzone w "La Masia" jest gwarancją sukcesu na Camp Nou. Dwa lata gry, częściej w roli zastępcy Leo Messiego niż Xaviego Hernandeza przyniosły niemal same rozczarowania. Tak jak wczoraj w starciu z Bayernem.
 
Tito Vilanova mówił o kondycji i przygotowaniu fizycznym. Jego zdaniem zawstydzający bilans 0-7 wziął się stąd, że gracze Barcelony nie byli w stanie nadążyć za przeciwnikiem. "Ich możliwości są ogromne, nam przyszło grać te półfinały w momencie największego zmęczenia". Kto za to odpowiada, że w miarę upływu sezonu Bawarczycy poruszali nogami coraz szybciej, za to Katalończycy wręcz przeciwnie? Czy naprawdę nie dało się sprawić, by Leo Messi odpoczywał w meczach o mniejszą stawkę? Przecież to już nie jest dziecko, któremu nie można wytłumaczyć, co jest dla klubu ważniejsze, mecz z Bayernem, czy z Athletic Bilbao?
 
W Barcelonie robi się wiele, by przekonać siebie i innych, iż klęska z Bayernem jest mimo wszystko oderwanym od normalności epizodem. Drużyna wciąż jest młoda, z kluczowych graczy tylko Xavi Hernandez przekroczył trzydziestkę. Oczywiście zapewne latem klub opuści David Villa, może przyjdzie Neymar? Operacja będzie kosztowała kilkadziesiąt mln euro, oby Brazylijczyk nie okazał się jednak taką samą "rewelacją" jak Alexis Sanchez.
 
Problem Vilanovy polega jednak na tym, iż tylko Sergio Busquets wykonał w tym sezonie krok do przodu. Reszta grała słabiej, niż w ostatnim, niezbyt przecież spektakularnym etapie Pepa Guardioli. Katalończycy muszą sobie zadać trudne pytania, jeśli rozgrzeszą się łatwo zasłaniając awansem do półfinału Champions League i mistrzostwem Hiszpanii, kolejny sezon może być jeszcze gorszy. Nie wszystko rozwiążą transfery: zwłaszcza, że lista nietrafionych jest coraz dłuższa, wpisał się na nią także Alex Song. Ludziom z zewnątrz nie jest łatwo dopasować się do stylu zdefiniowanego w "La Masia", tymczasem mitem okazało się przekonanie, iż szkółka jest w stanie zaspokoić potrzeby wielkiego klubu niemal w 100 procentach. Marc Bartra nie okazał się objawieniem na miarę Pique sprzed pięciu lat.
 

Reklama

Tito Vilanova budzi ogromną i powszechną sympatię. Pozostawienie go na ławce trenerskiej, to sygnał, że porażkę z Bayernem szefowie Barcelony traktują jak bolesny wypadek przy pracy. Korekty wymagają detale, styl gry i filozofia prowadzenia zespołu zdefiniowane przez Guardiolę nie podlegają dyskusji. Zapewne Cesc, Pedro, Pique, Alves, Bartra dostaną kolejne szanse.
 
Andres Iniesta uważa, że niesprawiedliwe jest opowiadanie o trwałej zmianie w układzie sił, z kolei Bernd Schuster przewiduje wręcz, iż ten sezon definitywnie zamyka złote lata hiszpańskiego futbolu. Czas pokaże, kto ma rację. Ten sezon w Champions League to wielkie zwycięstwo Bundesligi, trudno jednak wieszczyć, iż kluby angielskie, czy włoskie opuściły szczyt na dłużej. Przeciwnie, o ile nie można wykluczyć hegemonii Bayernu Monachium, o tyle nie ma podstaw, by tak samo świetlaną przyszłość przepowiadać Borussii Dortmund. Klub z Westfalii będzie musiał dokonać cudów, by zatrzymać na dłużej Juergena Kloppa i swoje największe gwiazdy. Biorąc pod uwagę transfer Mario Goetzego, a zapewne także Roberta Lewandowskiego wysiłek wydaje się syzyfowy.
 
Jeśli chodzi o hiszpańskie kolosy większą tendencję do zmian wykazują w Realu. Madryckie media są przekonane, że Jose Mourinho doszedł do ściany. Mimo iż "Królewscy" pożegnali Champions League w znacznie lepszym stylu niż Katalończycy. Czy w Barcelonie mają teraz swój okres galaktyczny? Trudno zakwestionować pozycję ikon, które zdobyły dla klubu aż tyle. W takich przypadkach upadek musi być jeszcze boleśniejszy niż ten z Bayernem. Nikt nie podważa faktu, że wokół Messiego, Iniesty i Pique wciąż można budować wielki zespół.
 
Bardziej fundamentalnych zmian należy oczekiwać tradycyjnie w stolicy Hiszpanii. Czy to uzasadniony kierunek, czy po raz kolejny nadmierna niecierpliwość "Królewskich"? Tym, którym żal rozstania z Mourinho, niech wyobrażą sobie, co by się stało, gdyby został? Trzeba by wymienić pół drużyny: oddać Ikera Casillasa, zapewne Sergio Ramosa i kilku innych. W Madrycie nie będą płakać za Portugalczykiem tak jak w Porto, Chelsea i Interze. W tym sensie królewski klub znów okazuje się wyjątkiem w skali europejskiej.
 
Real i Barcelona rzadko przegrywają jednocześnie. Zwykle porażka jednych oznacza zwycięstwo drugich. W tym sezonie jest inaczej. Perspektywa Gran Derbi w finale Champions League okazała się bezdyskusyjnie mniej realna niż przed rokiem. To znaczy, że oba kolosy wykonały przynajmniej krok wstecz, Barcelona nawet więcej. 0-7 Katalończyków z Bayernem wygląda zupełnie inaczej niż 3-4 Realu z Borussią, ale w efekcie wychodzi na jedno. Barca znajdzie ukojenie w nieodległej historii, "Królewscy" w przyszłości. Najbogatszy klub na świecie nie może przegrywać w nieskończoność.
 
Jakie są pozytywy tej sytuacji? Może oba hiszpańskie kolosy porzucą narastające w ostatnich latach schizofreniczne myślenie, że poza Gran Derbi futbol w zasadzie nie istnieje? 25 maja na Wembley w meczu roku zagrają Niemcy, których przez minione 15 lat piłka uczyła głównie pokory i wytrwałości.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje