Reklama

Reklama

Komu kibicuje Pep Guardiola?

Czy będzie Gran Derbi na Wembley, czyli drugi w historii hiszpański finał Champions League? A może jednak pierwszy niemiecki? Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że 25 maja o tytuł nr 1 w Europie zagrają Bayern Monachium z Realem Madryt.


Reklama

"Barcelona? Ją chciałbym zachować sobie na finał" - słowa Roberta Lewandowskiego wypowiedziane w euforii po wyeliminowaniu Malagi w ćwierćfinale Ligi Mistrzów mogą się urzeczywistnić. 

Po piątkowym losowaniu w Nyonie wiadomo, że rywalem Borussii Dortmund w drodze na Wembley będzie śniący o "La Decima" Real Madryt. Media w stolicy Hiszpanii szybko wyparły z pamięci kłopoty, jakie drużyna Juergena Kloppa sprawiła "Królewskim" w grupie śmierci. Wolą zagłębić się w historię wspominając zwycięski półfinał z 1998 roku, w drodze po siódmy Puchar Europy. Real czekał na niego 32 lata, na drodze stanęła broniąca trofeum Borussia, "Królewscy" wygrali dwumecz po bramkach Morientesa i Karembeu.

Dziś sytuacja jest w zasadzie dość podobna. Kolos z Madrytu obsesyjnie wyczekuje na triumf w najważniejszych klubowych rozgrywkach od 11 lat. W tym czasie wydał na transfery miliard euro, zwolnił dziesięciu trenerów, tym jedenastym jest Jose Mourinho, uważany za największego speca od Champions League. Florentino Perez zafundował mu trzy lata temu gwiazdorską pensję, porównywaną z gażą najdroższego piłkarza świata Cristiano Ronaldo. Za 12 dni najbogatsze futbolowe imperium na ziemi zmierzy się w boju o finał ze skromniutkim i zbalansowanym ekonomicznie klubem z Dortmundu. W sensie sportowym obu rywali przepaść jednak nie dzieli.



W jakimś stopniu to zasługa drugiego z najmodniejszych trenerów w ostatnim czasie Juergena Kloppa. Niemiec lubi błyszczeć w mediach, największemu hiszpańskiemu dziennikowi "El Pais" bez oporu udzielił wywiadu, barwnie opowiadając o swoim sposobie na Real. Zastrzegł, iż nie znosi wygrywania za wszelką cenę, że styl gry jest dla niego tak samo ważny, więc cierpiał wewnętrznie, gdy w jesiennych starciach z "Królewskimi" w fazie grupowej musiał nakłonić swoich piłkarzy do oddania rywalom panowania nad piłką. "W ataku pozycyjnym Real się męczy, w ten sposób łatwiej go kontrolować" - wyjaśnił tajemnicę spotkań zakończonych zwycięstwem Borussii w Dortmundzie 2-1 i remisem 2-2 na Santiago Bernabeu.

Trudno wyobrazić sobie, by w półfinale Champions League Mourinho pozwalał upokorzyć się Kloppowi drugi raz. Mimo porażki w grupie, Real znów będzie faworytem. Niemcy mają jednak dość sportowych argumentów, żeby maksymalnie obrzydzić życie "Królewskim". Lewandowski i inni wiedzą już o tym. W Madrycie na serio obawiają się Polaka. W internetowym wydaniu dziennika "Marca" jego zdjęcia robiły w piątek furorę.

W ankiecie "Marki" 66 proc. fanów Realu uważa, że to ich pupile pojadą na Wembley. Obawy wobec Borussii są więc dość duże, choć każdy, kto obserwuje "Królewskich", widzi, iż są teraz trzy razy mocniej zmotywowani i zjednoczeni niż jesienią. Wyprują sobie żyły, jeśli będzie to konieczne, tymczasem Borussia samym awansem do półfinału zrobiła już dla swoich kibiców wiele.

"Do trzech razy sztuka" - musi myśleć Mourinho. W 2011 roku jego drużyna uległa w półfinale Barcelonie, w atmosferze skandalu i totalnej frustracji. Rok temu lepszy był Bayern eliminując "Królewskich" po rzutach karnych. Teraz misja Mourinho wydaje się mimo wszystko najłatwiejsza, obiecywał, że zdobędzie Puchar Europy trzeci raz, by zrównać się z legendarnym Bobem Paisley’em z Liverpoolu. Dlaczego nie miałby tego dokonać z Realem Madryt? Przecież rywal z Dortmundu to tak naprawdę na tym poziomie tylko Kopciuszek.

Oczy całego futbolowego świata będą jednak zwrócone przede wszystkim na drugą parę półfinałową. Barcelona i Bayern Monachium to dwie marki globalne, czterokrotni triumfatorzy Pucharu Europy. Kiedyś Katalończycy mogli zaledwie podziwiać Bawarczyków za ich nieprawdopodobny pragmatyzm, odpowiedzialność i umiejętność wykorzystywania swoich szans. Sami specjalizowali się głównie w spektakularnych porażkach, nikogo więc specjalnie nie szokowało, że aż do 2009 roku Barcelona nie wygrała z Bayernem meczu o stawkę.

Przełomu dokonał Pep Guardiola, którego zespół zmiótł Bawarczyków w ćwierćfinale Champions League wbijając im cztery gole w 45 minut. Dwa z nich zdobył wtedy Leo Messi. Dla Barcelony był to początek najwspanialszego okresu w jej historii, trwającego do dziś. Tiki taka zrobiła ogromne wrażenie na Bawarczykach, hołdujących przecież zupełnie innemu stylowi gry. Do tego stopnia, że zmusili do emerytury wykonującego fantastyczną robotę Juppa Heynckesa, by od przyszłego sezonu postawić Guardiolę na czele drużyny. W dodatku dając mu kosmiczną pensję 15 mln euro za sezon! Jak na klub patrzący przez lupę na każdego wydanego centa, to rzecz nieprawdopodobna. W ten sposób nauczyciel wciela się w rolę ucznia.

Po losowaniu półfinałów Champions League dziennik "Marca" natychmiast zapytał czytelników: komu będzie kibicował Pep? Ankieta została nawet zareklamowana, jako pytanie dnia. 86 proc internautów odpowiedziało, że Barcelonie. Oczywiście tym samym tropem poszli dziennikarze w Niemczech zagadując Heynckesa o to, czy poprosi następcę o wyjawienie mu sekretów Barcelony? Niemiec poczuł się urażony, powiedział, że jest profesjonalistą i starczy mu własnego doświadczenia.

Stosując retorykę romantyczną będzie to kolejna piłkarska wersja opowieści o Bestii i Pięknej. Bayern gra futbol zbalansowany, wyrachowany, efektywny i bezpośredni. Jest znakomity w ataku i tak samo mocny w defensywie, zaledwie incydentalnie ujawnia w ogóle jakiekolwiek słabości. Swoich rywali rozgniata na miazgę nie tylko w Bundeslidze, gdzie wywalczył tytuł mistrzowski na sześć kolejek przed końcem sezonu. Zdobył o 13 bramek więcej od broniącej trofeum Borussii Dortmund, stracił o 21 mniej. W ćwierćfinale rozgniótł niezrównany w Serie A Juventus Turyn.

Barcelona ma ogromne kłopoty w defensywie. Plaga urazów (Puyol, Mascherano, Adriano) to tylko część odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak łatwo pokonać ostatnio Victora Valdesa? Katalończycy zagubili gdzieś intensywność w grze wysokim pressingiem, która legła u podstaw ich triumfu nad Bayernem w 2009 roku. Czy drużyna tak niezrównoważona może pobić dziś Bawarczyków?

Może. Messi, Xavi i Iniesta to wciąż najgenialniejsze trio w klubowej piłce. Jeśli Barca dotrzyma kroku Bayernowi pod względem fizycznym i zniweluje jego przewagę w walce w powietrzu, może pojechać na Wembley, gdzie dwa razy sięgała po Puchar Europy.

Niespełna trzy lata temu przed półfinałem mundialu w RPA przestraszeni hiszpańscy dziennikarze wypytywali Davida Villę, jak piorunujace wrażenie zrobiły na nim cztery gole wbite przez rozpędzonych Niemców Anglikom i Argentyńczykom? - Możecie być pewni, że Niemcy też nie są szczęśliwi, że trafiają na nas - odpowiedział. Nie bez podstaw. Po porażce 0-1 Joachim Loew podszedł do Xaviego Hernandeza wyznając, że "La Roja" jest najlepszą drużyną z jaką się w życiu zetknął.

Katalończycy? Po raz pierwszy od 2009 roku nie będą faworytem w półfinale Champions League.  Tym razem mogą odrzucić ciążącą na nich w ostatnich latach presję. Z wielkiego zespołu, który zdominował i zrewolucjonizował światowy futbol, zmienili się w drużynę nieprzewidywalną. Nie wiadomo, czy z Bayernem zagrają tak olśniewająco jak z Milanem na Camp Nou, czy raczej tak źle, jak z PSG? Bukmacherzy wybierają ten pierwszy wariant oceniając, że Barcelona jest faworytem nie tylko w starciu z Bawarczykami, ale też w finale na Wembley.

25 maja na najsłynniejszym stadionie w Europie może dojść do najważniejszego w historii Gran Derbi. Gdyby Barcelona zagrała z Realem, byłby to drugi hiszpański finał Champions League po starciu z 2000 roku "Królewskich" z Valencią (3-0). W 2003 roku mieliśmy finał włoski (Milan - Juve), a pięć lat później angielski (Manchester United - Chelsea). Dwa kluby niemieckie w grze o najważniejsze klubowe trofeum nigdy się jeszcze nie spotkały. Bayern z Borussią mają taką szansę.

W teorii najbardziej prawdopodobne wydaje się spotkanie na Wembley Bawarczyków z "Królewskimi". Oba zespoły mają mniej problemów niż ich półfinałowi rywale i są zdeterminowane do granic możliwości. Tak jedni, jak i drudzy chcą się wyleczyć z traum niedalekiej przeszłości. Barcelona i Borussia są w innej sytuacji.

Rozpalonym z emocji kibicom polecam słowa Alfredo di Stefano, jednego z najwybitniejszych graczy w historii rozgrywek o Puchar Europy. Honorowy prezes Realu ostatnie dni spędził w klinice "La Fe de Valencia" przechodząc cykliczne testy związane z kłopotami z sercem. W drzwiach szpitala dopadli go wścibscy dziennikarze zmuszając do skomentowania wyników losowania. "Mnie wszystko jedno, ja i tak nie gram" - zażartował. Trzeba mieć 87 lat, by zdobyć się na podobny dystans wobec kulminacji w Champions League?

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem artykułu na jego blogu

Liga Mistrzów: Wyniki, strzelcy, terminarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama