Gikiewicz: Niewiarygodne! To był kosmos, a nie kryzys futbolu
W świecie lawinowo rosnącej liczby rozpraszaczy, innych zajęć i sposobów spędzania wolnego czasu - staruszek futbol pokazał, że wciąż ma klasę, szyk, elegancję, poziom i dawkę emocji, od której uzależnionych jest setki milionów ludzi na świecie.

Nie jest to uzależnienie bezpodstawne, bo oglądasz Atletico z Barceloną czy Bayern z Realem i masz po końcowym gwizdku jedną myśl: chcę więcej. Niby futbol zaczyna się nudzić, zwłaszcza najmłodszym pokoleniom. Czytam czasami, że wszystko w piłce już było. A później dostajesz takie dwa dania, że aż kubki smakowe eksplodują jeden po drugim.
Była taka komedia z Woodym Allenem: "Zagraj to jeszcze raz, Sam". W obu tych ćwierćfinałowych przypadkach poniekąd się to udało, w końcu mieliśmy do czynienia z dwumeczami. A i tak szkoda, że bez dogrywki - i w Monachium, i w Madrycie. Takiego futbolu nigdy za wiele.
Nie oszukujmy się: to był kosmiczny poziom techniki, którą błyszczał Lamine Yamal. Taktyki: jej mocnej strony, jak w szybkich atakach Los Colchoneros, jak i słabości, jak w pięcie Achillesa Barcelony, czyli obronie.
Różne mogą być przyczyny porażki drużyny Hansiego Flicka. Ktoś powie: niepotrzebnie zdejmował Ferrana Torresa, który się odblokował i aż kipiał sportową jakością. W derbach z Espanyolem ustrzelił dublet, tu do asysty dołożył gola, a od powtórki z weekendowej rozrywki dzielił go odgwizdany spalony. Anulowaną bramkę zdążył nawet celebrować.
W tej kwestii musi pojawić się też nazwisko Roberta Lewandowskiego, bo przecież to Polak zmienił "Piranię". Nie miał wiele okazji - jedna, trudna do wykończenia główka po dośrodkowaniu Pedriego. I to by było na tyle, a i tak spotkał się z dość mocną krytyką. Przyznam szczerze, że trudne do zrozumienia są najnowsze losy "Lewego" w Blaugranie.
Niedawno na tym samym stadionie, raptem dwa tygodnie temu, był bohaterem. Wszedł z ławki, zdobył zwycięską bramkę barkiem, a triumf z Atletico bardzo przybliżył Barcelonę do zdobycia mistrzostwa Hiszpanii. Powiększył bowiem przewagę nad Realem Madryt, która dziś wynosi już dziewięć punktów.
Wylało się wtedy mnóstwo pięknych słów. Jak dopomógł szczęściu, bo chociaż Musso wypluł piłkę przed siebie po strzale Joao Cancelo, to jednak bardzo dobrze i aktywnie poruszał się w polu karnym. Nie było tak, że czekał na piłkę, a ta szczęśliwym zrządzeniem losu i odpowiednim układem gwiazd spadła mu w okolice klatki piersiowej. Musiał wykonać kilka ruchów, by znaleźć się w polu karnym sam, oderwać od kryjących go stoperów, a ta odrobina szczęścia była nagrodą za wykonaną pracę.
Co się dzieje później? Jest ofiarą czerwonej kartki Pau Cubarsiego, bo schodzi z pierwszego meczu ćwierćfinałowego z Atleti już w przerwie. Nie miał żadnej okazji. Pokazywał się na pozycję, ale podań od kolegów nie dostawał. Niczego nie zawalił, a taktyczna zmiana dała mu siły na to, by odbić się w kolejnych spotkaniach. Ferran Torres przecież nie zdobył gola od 15 meczów, więc ten kredyt zaufania do Polaka zdawał się być większy.
A jednak - nie wszedł w derbach nawet na minutę, choć rozmawiał długo z Hansim Flickiem w przerwie. Oszczędzany na rewanż? - myślałem sobie, aż zobaczyłem wyjściowy skład Barcelony na Wanda Metropolitano. Znów bez Lewandowskiego. I choć miało to sens, bo i Ferran odpłacił zaufanie liczbami, i Barcelona bardzo dobrze pressowała, odbierała piłki i była bardzo intensywna przy otwieraniu akcji gospodarzy - czego Lewandowski mógł nie zapewnić na tym poziomie, PESEL swoje robi - to jednak się nie obroniło.

Bo wreszcie Ferran zszedł z boiska (co istotne: przy wyniku niedającym Barcelonie awansu), a Lewandowski niczego nie wniósł. Barcelona przygasła. Wreszcie dostała czerwoną kartkę. Klasyka gatunku.
Prorokiem okazał się Patrice Evra, który przed meczem przyznał bez ogródek: "Kibice Barcelony muszą się obudzić i zrozumieć rzeczywistość. Widzę wszędzie te zdjęcia profilowe z Remontadą; czas być pokornym i je usunąć. To nie jest Barcelona z 2015 roku; tamta drużyna już nie istnieje. Obecna nie jest w stanie tego powtórzyć. W Lidze Mistrzów bardziej prawdopodobne jest, że dostanie kolejną czerwoną kartkę, niż że ją wygra. W pełni ufam Diego Simeone i jego ludziom. To wojownicy, są dobrze przygotowani i gotowi zatrzymać Barcelonę. Kibice Barçy, spokojnie i cicho, bo Europa to inna historia... Nie jesteście już królami. Kocham ten sport, ale jeszcze bardziej kocham prawdę".
Wszystko się sprawdziło. Lamine Yamal remontady nie dowiózł, choć dwoił się i troił, jak zawsze. Po zmianie Lewandowskiego nie miał już tej samej energii ani sprawczości. Być może cała Barcelona opadła z sił, a na tyle świeżych Polak nie wniósł? Na pewno zapłaciła za swoją odważną grę w obronie. Nie pierwszy raz. Czerwona kartka to jedno, ale gol dla Atletico - to też już widziałem nie raz. Podanie w tempo za linię obrony, piłka wzdłuż pola karnego, dopełnienie formalności. Identyczne gole jak ten Ademoli Lookmana traciła Duma Katalonii nie raz, nie dwa i nie pięć.
Szybkie ataki drużyny Diego Simeone są arcydziełem, tak jak regulacja tempa gry i jej rozumienie przez Antoine'a Griezmanna, i tak jak pierwsza połowa w Monachium w starciu Bayernu z Realem Madryt. Tam też się działy rzeczy wielkie, tam też czerwona kartka przeważyła szalę zwycięstwa w dwumeczu na triumfatora pierwszego z pojedynków.
Bayern nie dał sobie wydrzeć przewagi zbudowanej na Santiago Bernabeu, chociaż Manuel Neuer do spółki z Ardą Gulerem prześcigali się w staraniach, by do półfinału awansowali "Królewscy". Niemiec podał Turkowi pod nogi, a także nie obronił jego strzału z rzutu wolnego, choć mógł zrobić przy tym uderzeniu więcej. Ale w drugiej połowie przy bombie Kyliana Mbappe już się zrehabilitował, a Guler przestał zrywać pajęczyny z monachijskiej bramki.
Nie popisał się drugi z bramkarzy - trudno mi sobie wyobrazić, że Courtois puszcza taką bramkę jak Łunin z rzutu rożnego, po którym Joshua Kimmich strzelił bramkę Pavloviciem. Widowisko wzbogacił też Dayot Upamecano, który zagrał fenomenalną piłkę do Harry'ego Kane'a, ale też dał się łatwo wyprzedzić Kylianowi Mbappe. Francuz wykorzystał podanie Viniciusa Juniora i na przerwę obie drużyny schodziły z wyrównanymi rachunkami.
To pewnie sprawiło, że w drugiej działo się już trochę mniej. W końcówce wielkie emocje wróciły: Eduardo Camavinga potwierdził, że Real Madryt to chyba zbyt wysokie progi na jego nogi, łapiąc dwie żółte kartki - choć trzeba przyznać, że ta druga była nadgorliwością ze strony sędziego. Wyglądał Slavko Vincic jak w barażach Szwecja - Polska, czyli słabiutko. Miałem wrażenie, że zapomniał o pierwszej żółtej kartce Francuza, i drugą pokazał pochopnie. Gdy się zorientował - było już za późno.
Sędziowie byli negatywnymi bohaterami tych spektakli, bo przecież i we wtorkowym hicie należał się rzut karny Barcelonie po faulu na Danim Olmo. Ale arbitrzy i skandale związane z ich decyzjami nie mogą przesłonić piękna futbolu, jaki mieliśmy przyjemność przez te dwa dni oglądać.
Nie zabiorą tego, jak świetnie na dwa kontakty obrócił się i posłał prostopadłą piłkę Jamal Musiala, gdy opanować jej nie potrafił w idealnej sytuacji Luiz Diaz. Albo gdy Kolumbijczyk już się przełamał, posyłając piękną petardę na bramkę Łunina. Wisienką na torcie i ostatnim gwoździem do królewskiej trumny w tym sezonie było trafienie Michaela Olise, dla mnie - na ten moment - najpoważniejszego kandydata do Złotej Piłki. Jego liczby robią takie wrażenie, jak on sam z piłką przy nodze.
Mamy więc Bayern i Atletico w półfinałach, które zmierzą się kolejno z Paris Saint-Germain (pierwszy francuski klub, który awansował do półfinału w trzech kolejnych edycjach Ligi Mistrzów) i Arsenalem. Trudno przewidywać, jaki będzie finał - czuję natomiast, że przedwczesny obejrzymy w starciu FCB-PSG. I może dobrze, że to będzie dwumecz? W końcu, jak już wyżej napisałem: takiego futbolu nigdy za wiele. A co dwa mecze to nie jeden...











