Reklama

Reklama

Franciszek Smuda o Widzewie i Legii w Lidze Mistrzów

20 lat temu Widzew Łódź, wojując z potęgami w Lidze Mistrzów, zdobył cztery punkty, m.in. zremisował ze zwycięzcą rozgrywek - Borussią Dortmund, ale miał też kiepski stadion i wąską kadrę do tego stopnia, że na ławce rezerwowych musiał siadać dla pozoru zawodnik z gipsem na nodze! W rozmowie z Interią, wydarzenia z sezonu 1996/1997, wspomina ówczesny trener widzewiaków - Franciszek Smuda. Były selekcjoner przywołuje nawet przykład Rosenborga Trondheim, który dzięki pieniądzom z LM zbudował sobie nowy stadion.

Zapraszamy na relację na żywo z meczu Legia Warszawa - Borussia Dortmund!

Relację można również śledzić na urządzeniach mobilnych


Interia: W Polsce panuje przekonanie, że awans do Ligi Mistrzów to ziemia obiecana, a klub, który tego dostąpi ucieknie krajowej konkurencji na lata. Przykład Widzewa Łódź pokazuje, że było całkiem inaczej. Klub wędrował z rąk do rąk, aż spadł do IV ligi.

Reklama

Franciszek Smuda: To przykra sprawa. Wszyscy wiemy, o co w Widzewie chodziło. W latach 90. Legii, a później Widzewowi, poprzez występy w Champions League udało się wypromować zawodników. Skutek był taki, że działacze mieli w głowie tylko jedno: sprzedać piłkarzy i zarobić.

- Sprzedanie jednego, czy drugiego piłkarza czasem nie szkodzi, ale nam w Widzewie sprzedano po Lidze Mistrzów trzech-czterech zawodników i mieliśmy problemy z wygraniem polskiej ligi. Dlatego radzę działaczom Legii, żeby kasę, jaką wywalczyli poprzez awans i wywalczą poprzez grę w Lidze Mistrzów zainwestowali w zbudowanie jeszcze silniejszego zespołu, żeby regularnie, a nie od czasu do czasu kwalifikować się do tych rozgrywek. 

Tak jak kiedyś Rosenborg Trondheim, czy później Bate Borysów?

- Dokładnie. Przykład Rosenborga znam lepiej. Menedżerem był w nim Rune Bratseth - były piłkarz Werderu Brema i on wkraczał do Ligi Mistrzów rok po roku. Dzięki pieniądzom zarobionym w LM w Trondheim zbudowali sobie nawet nowy stadion.

Pod względem infrastruktury nasza piłka klubowa uległa znacznej poprawie przez te 20 lat. Stadiony mamy na poziomie europejskim, ale już poziom ligi niekoniecznie. Dzisiaj wzięlibyśmy w ciemno taki wynik Legii w fazie grupowej, jak wówczas Widzewa - cztery zdobyte punkty, bilans bramek 6-10. 

- Faktycznie, Atletico Madryt już wtedy było na topie, Borussia Dortmund wygrała Ligę Mistrzów, z Juventusem w finale. Oprócz jednego meczu, w którym mieliśmy problemy kadrowe - aż pięciu zawodników z podstawowego składu nie mogło grać (1-4 z Atletico u siebie), to "sprzedawaliśmy" się dobrze. Byliśmy o krok od remisu na wyjeździe z Borussią Dortmund (1-2) i byliśmy o krok od zwycięstwa nad Borussią w Łodzi, gdyż prowadziliśmy 2-0 (skończyło się 2-2). Jakby nie spojrzeć na to, to strzeliliśmy wielkiej Borussii trzy bramki. Nie udało się tylu goli nikomu jej strzelić ani w ćwierćfinale, półfinale czy nawet w finale.

Brakowało wam pewnie szerokiej ławki w Widzewie.

- To na pewno było problemem. Przez 3,5 roku zawsze mieliśmy problemy z tym. Było może 15 pełnowartościowych piłkarzy. Uzupełnialiśmy to grono młodzieżą, ale i to nie wystarczyło, bo posypały się kontuzję. Pamiętam, że w meczu wyjazdowym ze Steauą Bukareszt nie mieliśmy - prawdę mówiąc - kogo na ławce posadzić, bo zgłoszona była tylko taka, a nie inna kadra. Nie można było dokooptowywać piłkarzy po terminie.


- Pamiętam, że Rafał Siadaczka miał gips na nodze, a mimo tego posadziliśmy go na ławce. Rafał był w dresie, więc nie było widać tego gipsu.


Po to, żeby był rezerwowy "na sztukę"?

- Dokładnie, ale sędzia techniczny zauważył, że Rafał ma obok siebie kule, więc zapytał, czy ten piłkarz nadaje się do gry. Po dokładnym sprawdzeniu zobaczył, że noga jest sztywna i powiedział: "Najpierw zdejmijcie ten gips, a dopiero później piłkarz może usiąść na ławce". Zatem było trochę problemów, ale jakoś daliśmy sobie radę w Lidze Mistrzów. Wprawdzie w Bukareszcie przegraliśmy 0-1 po samobójczej bramce Bogusza, choć wcale nie musieliśmy przegrać. 

- Niewiele brakowało nam do awansu. W rewanżowym spotkaniu Atletico Madryt wygrało 1-0 po bramce z rzutu wolnego, ale myśmy mieli co najmniej dwa-trzy razy sam na sam z bramkarzem i gdybyśmy rozstrzygnęli to spotkanie na swoją korzyść, to kto wie, czy nie wyszlibyśmy z grupy. Trochę szczęścia w takich momentach potrzebowaliśmy, ale ja mówię, że zespół, który zakwalifikował się do Champions League po trudnych bojach, tak jak Widzew wtedy, w dwumeczu z Broendby, które było podporą reprezentacji Danii, nabrał takiego ogrania, że bez strachu walczył z Atletico i Borussią. W niektórych momentach graliśmy jak równy z równym. Steaua Bukareszt wówczas też była silna, 75 procent jej składu grało w reprezentacji Rumunii. W tamtych czasach Rumunia była mocna, zresztą ona nigdy nie jest słabeuszem.   

- Ogólnie Ligi Mistrzów nie wolno się bać, tylko trzeba podejść do tematu odważnie i atakować!


Nie wraca pan do trenerskiej pracy? Telefon milczy? Tęskni pan za boiskiem?

- Gdybym powiedział "nie", to bym skłamał. Z chęcią bym wskoczył w trenerskie buty, ale nie ma odzewu ze środowiska, a ja nie należę do tych, którzy będą dzwonić i się prosić. W sumie to zastanawia mnie ten brak zainteresowania moją osobą. Zęby mam wszystkie, waga ta sama, co podczas kariery piłkarskiej. Może ktoś sądzi, że jestem za drogi, a to przecież zawsze kwestia do negocjacji. Być może patrzą w metrykę urodzenia? A przecież Orest Lenczyk był ode mnie starszy, gdy zrobił mistrzostwo.

Czyli dba pan o wagę?

- Ogólnie o całą kondycję. Gdybym podjął się prowadzenia jakiegoś klubu, to nie chcę przyjść z brzuchem jak u tych z sumo, tylko sylwetka musi być sportowa. 

Co najbardziej pociąga w trenerce? Wysokie apanaże?

- O to mi w ogóle nie chodzi. W tym zawodzie "kręci mnie" sytuacja, gdy uda się wyprowadzić zespół z kryzysu. Ciągłe głowienie się jakich zastosować metod, jak wywołać tę iskrę, która rozpali szatnię, porwie do dobrej, widowiskowej i skutecznej gry. Właśnie ta satysfakcja, że udało się poukładać szatnię, jak ostatnio w Wiśle, gdy mieliśmy gigantyczne problemy finansowe i wszyscy na nas kładli krzyżyk "do spadku", czy wcześniej w Lechu Poznań, o którym nawet Orest Lenczyk mi mówił, że składam jak składak kawałek po kawałku; jeszcze wcześniej w Odrze Wodzisław, którą przejąłem na spadkowym miejscu - ta satysfakcja ciągnie do zawodu najbardziej.   

Kontaktu ze środowiskiem pan nie traci?

- Byli piłkarze nawet często dzwonią. Właśnie pakuję się do Kolumbii, dokąd lecę na zaproszenie Manuela Arboledy, który w Deportes Tolima, wspólnie z ojcem Jamesa Rodrigueza, otwiera szkółkę piłkarską. Manu prosi, bym się przyjrzał temu wszystkiemu, a że od dawna jesteśmy w dobrych kontaktach, to z chęcią pomogę. Drugi zawodnik zagraniczny, którego po latach doceniam to Ostoja Stjepanović. Gdy odchodził z Wisły przyszedł, podziękował, rozstaliśmy się w superaatmosferze. Teraz dzwoni na święta z życzeniami. Postawa godna naśladowania.


Rozmawiał: Michał Białoński

 

Dowiedz się więcej na temat: Franciszek Smuda | widzew łódź | Legia Warszawa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje