Reklama

Reklama

FK Sarajewo, czyli Malezyjczyk i fanatycy na drodze Lecha

Ekscentryczny właściciel, fanatyczni kibice i całkiem niezła drużyna - tak wyglądałby opis FK Sarajewo, gdyby streścić go w jednym zdaniu. Mistrzowie Bośni to pierwsza przeszkoda Lecha Poznań w walce o Ligę Mistrzów. Zawodnicy "Kolejorza" zmierzą się z Bośniakami we wtorek o 21.

2. runda eliminacji Ligi Mistrzów. Wszystkie pary - kliknij tutaj!

Piłkarze Lecha Poznań już dziś rozpoczynają walkę o Ligę Mistrzów. O 21 "Kolejorz" zmierzy się z ekipą mistrza Bośni - FK Sarajewo.

Interia przeprowadzi relację na żywo z tego meczu

Tutaj znajdziesz relację na żywo na urządzenia mobilne

Reklama

Podopieczni Macieja Skorży na papierze są faworytami dwumeczu z Bośniakami, ale ich misja wcale nie jest łatwa. Przed nimi starcie z młodym i głodnym sukcesów zespołem, za którym stoją tysiące fanatycznych kibiców i nieprawdopodobnie bogaty właściciel.

Czy "Kolejorz" tym razem nie zawiedzie oczekiwań swoich fanów i na gorącym terenie na Bałkanach zrobi pierwszy krok do upragnionej Ligi Mistrzów? Wszyscy w poznańskim klubie mają na to nadzieję.

- Szanujemy rywala, ale nie możemy się go obawiać. Jedziemy do Sarajewa walczyć o pełną pulę - zapowiada pomocnik Lecha Karol Linetty. Legendarny piłkarz "Kolejorza" Piotr Reiss również liczy na to, że lechitom na Bałkanach nie powinie się noga. - Lech pod wodzą trenera Skorży zrobił krok do przodu. Mam wrażenie, że ten zespół jest teraz mocniejszy mentalnie niż w poprzednich latach. Wpadki w Sarajewie nie przewiduję - powiedział.

Kłopot w tym, że wpadki w pierwszym meczu nie mają w planach także Bośniacy.

Miliarder z Azji wyciąga rękę po talenty

Od 2013 roku właścicielem FK Sarajewo jest kontrowersyjny miliarder Vincent Tan. Malezyjski bogacz posiada zresztą także kontrolny pakiet akcji występującego w angielskiej Championship Cardiff City. Kilka lat temu Tan wpadł na karkołomny pomysł. Postanowił zmienić barwy klubu, wprowadzić całkowicie nowy herb i symbolikę (czerwony smok zamiast niebieskiej jaskółki). Cała akcja miała na celu zwiększenie popularności walijskiego klubu poza Wyspami Brytyjskimi, a szczególnie w Azji.

Kibice Cardiff byli oczywiście wściekli. Przecież trudno pogodzić się ze zmianą barw, za którymi stoi ponad 110 lat historii. Tan na każdym meczu był niemiłosiernie wygwizdywany, aż wreszcie w marcu 2013 ugiął się i postanowił zmienić herb na taki, który znacznie bardziej przypominał ten tradycyjny, z którym identyfikowali się kibice.

Co najzabawniejsze, miliarder zamiast przyznać się otwarcie do tego, że pomysł z nowym herbem klubu był kompletnie chybiony, opublikował na oficjalnej stronie klubu przedziwne oświadczenie, w którym pisał, że to wcale nie kibice, ale jego matka, "pobożna buddystka, która wytłumaczyła mu znaczenie takich pojęć jak wspólnota, jedność i szczęście" nakłoniła go do zmiany koncepcji.

Dlaczego azjatycki krezus zdecydował się przejąć FK Sarajewo? Jego plan wydaje się oczywisty. Miliarder mocno zainwestował w szkółkę bośniackiego klubu i nie ukrywa, że w niedalekiej przyszłości chce garściami sprowadzać piłkarskie diamenty z Bałkanów do Cardiff, które wciąż pozostaje jego okrętem flagowym. Malezyjczyk planuje także personalne roszady w przeciwnym kierunku - do Sarajewa mają być wypożyczani zawodnicy, którzy nie zdołają przebić się w walijskim klubie.

Odkąd za sznurki w Sarajewie zaczął pociągać Tan, FK zdecydowanie stanęło na nogi pod względem organizacyjnym. Do kadry pierwszej drużyny trafiło kilku interesujących graczy, m.in. były reprezentant Chorwacji Leon Benko, doświadczony Serb Milan Stepanov, czy Bośniak Mario Barić, niegdyś występujący w belgijskim Gent. Przez Sarajewo przewinęło się także wielu młodych-zdolnych, na czele z wypożyczonym w ubiegłym sezonie z Chelsea bramkarzem Matejem Delaczem.

Nie ma oczywiście mowy o naprawdę drogich transferach, ale zespół jest solidny. Na tyle solidny, że w roku 2014 zdobył Puchar Bośni, a w ostatnim sezonie triumfował w krajowej lidze, z trzema punktami przewagi nad Żeljezniczarem.

Kluczowymi zawodnikami mistrzów Bośni są obecnie Milosz Stojczev, Ivan Tatomirović i Krste Velkoski. Stojczev to rozgrywający z Czarnogóry, który w ubiegłym sezonie rozegrał łącznie 39 meczów, zdobył pięć bramek i zaliczył osiem asyst. Tatomirović to 25-letni Serb, kapitan zespołu, który dyryguje grą defensywy. Z kolei Velkoski jest reprezentantem Macedonii, gra za plecami wysuniętego napastnika lub na skrzydle, a w minionym sezonie rozegrał 35 meczów, strzelił 14 goli i dołożył do tego siedem asyst.

Co ciekawe, ważną rolę w ekipie Sarajewa odgrywa były zawodnik Cracovii Bojan Pużigaca, który zresztą pod Wawelem nigdy nie był wielką gwiazdą. W zespole mistrza Bośni 30-letni zawodnik radzi sobie jednak doskonale. Gra na lewej obronie lub na skrzydle, w zeszłym sezonie w 33 meczach zdobył aż 11 goli i zaliczył pięć asyst.

W ostatnich tygodniach głośno w bośniackich mediach było o tym, że Sarajewo zarzuciło sieci na reprezentanta Czarnogóry i byłego gracza m.in. Sportingu Lizbona - Simona Vukczevicia. Ostatecznie zawodnik nie doszedł jednak do porozumienia w sprawie kontraktu z działaczami klubu, co z pewnością jest dobrą informacją dla... kibiców Lecha Poznań.

Race, bębny i ogłuszający doping

"Kolejorz" ma sporo szczęścia, że Vincent Tan jest właścicielem Sarajewa dopiero nieco ponad półtora roku, bo bośniacki zespół robi ostatnio regularne postępy i wkrótce może być niewygodnym rywalem nie tylko dla polskich klubów.

W ubiegłym sezonie zespół prowadzony przez Dżenana Uszczuplicia doszedł do czwartej rundy eliminacji Ligi Europejskiej, gdzie zderzył się z Borussią Moenchengladbach i został przez niemiecki klub zmieciony z powierzchni ziemi (2-3, 0-7 w dwumeczu). Wcześniej jednak Sarajewo wyeliminowało norweski Haugesund (0-1, 3-1) i grecki Atromitos (1-2, 3-1), co zasługuje na uznanie, szczególnie biorąc pod uwagę, że Lech w ostatnich dwóch latach żegnał się z pucharami po starciach ze słabiutkimi Żalgirisem Wilno i Stjarnan.

W tym roku nikt nie wyobraża sobie, aby poznański klub potknął się już na pierwszej pucharowej przeszkodzie, ale w Sarajewie czeka go trudna misja. FK to bowiem zespół groźny szczególnie na swoim stadionie, gdzie wspierają go fanatyczni kibice, których najbardziej radykalna grupa nazywa się - w tłumaczeniu na język polski - "Hordy Zła". 

Kiedy w maju piłkarze Dżenana Uszczuplicia rozgrywali na własnej arenie mecz derbowy z Żeljezniczarem, na trybunach zasiadło... 26 tysięcy fanów. Tylko o cztery tysiące mniej kibiców oglądało spotkanie ostatniej kolejki ligowej ze Slobodą Tuzla. Fani Sarajewa uważani są za jedną z najbardziej fanatycznych i oddanych grup na Bałkanach. Nie jest to oczywiście ta sama półka, co kibice Partizana czy Hajduka Split, ale mimo wszystko ich doping jest ogłuszający. Do tego dochodzą oczywiście race, bębny i imponujące oprawy.

Nie ma już miejsca na wpadki

Nawet fanatyczni kibice nie pomogą jednak drużynie Sarajewa, jeśli Lech zagra na swoim najwyższym poziomie. Mistrzowie Polski wylecieli do Bośni już w poniedziałek rano, dopisywały im humory, bo w piątek pewnie pokonali w meczu o Superpuchar Legię.

- Liczę na to, że to zwycięstwo da nam większą pewność siebie. Ani my ani nasi rywale nie zaczęliśmy jeszcze rozgrywek ligowych, więc wtorkowe spotkanie jest pewną niewiadomą. Sarajewo wzmocniło się ostatnio kilkoma nowymi zawodnikami, dlatego trudno powiedzieć, czego możemy się spodziewać po rywalach. W pierwszym rzędzie musimy patrzeć na siebie - nie ukrywa trener Maciej Skorża.

Czy rozpędzony po zwycięstwie nad Legią "Kolejorz" w Sarajewie zgarnie pełną pulę? Oby, bo limit rozczarowań w pucharach poznański zespół wyczerpał już dawno.

Autor: Bartosz Barnaś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje