Reklama

Reklama

Finał Ligi Mistrzów. Chelsea - Man City. Krzysztof Mrówka: City lekkim faworytem: 4 - 3 - 3

Manchester City faworytem w meczu o najcenniejsze trofeum, ale Chelsea nie jest bez szans. Mecz w sobotę, 29 maja, o godz. 21.

Maciej Słomiński, Interia: Gdy w połowie lat 80. XX wieku zacząłem się interesować piłką nożną, w tym angielską, Chelsea i Manchester City to były kluby balansujące między First, a Second Division. Wtedy te ligi nazywały się po bożemu, pierwsza była pierwszą, a druga - drugą. Dziś te kluby zagrają w finale Ligi Mistrzów.

Krzysztof Mrówka, specjalista od ligi angielskiej w "Tempie", dziś Biznes Interia: - Mówi się, że pieniądze nie grają, ale ogromne inwestycje okazały się dla tych klubów zbawienne. Miliardy funtów. Kluby, które nie mają takich inwestorów radzą sobie gorzej, w tym bardzo zasłużone jak m.in. Sunderland czy Middlesbrough.

Reklama

Czy dla pasjonata piłki wyspiarskiej, angielski finał to satysfakcja?

- To ósmy przypadek, że o najcenniejszy puchar grają dwa kluby z jednego kraju. Pamiętamy dwa lata temu Liverpool - Tottenham, czy finał w Moskwie Man Utd kontra Chelsea. Był też Arsenal z Chelsea w Baku w Lidze Europy, czy o wiele wcześniej w 1972 r. w pierwszej edycji Pucharu UEFA, gdy grano jeszcze dwa mecze w finale Wolves ulegli Spurs.

Pan jest fanem Man Utd.

- Urodziłem się w 1958 r., wtedy gdy zdarzyła się tragedia w Monachium. Manchester United to klub, który padł i powstał. Do mnie jako dziecka dotarła ta historia i wpadłem na zawsze. Obecnie, po finale w Gdańsku, me serce krwawi. Uważam, że zarząd klubu i manager w niedobry sposób prowadzą klub. Jestem sceptyczny.

Daj Boże zdrowie. Chciałbym, by klub któremu kibicuję był źle prowadzony i przegrał walkę o europejskie trofeum jednym rzutem karnym.

- Niezależnie od wyników Manchester Utd jest fenomenem na światową skalę. Jego kibiców można spotkać wszędzie. W USA, Australii itd.

Zazdrości pan Manchesterowi City występu w finale?

- Nie. United to mój klub, ale Manchester to moje miasto. Szacunek dla sąsiadów z City. Pamiętajmy , że w czasie II wojny światowej niemieckie naloty zostawiły ogromne leje po bombach na Old Trafford. Wówczas przez kilka lat, United grali na dawnym obiekcie City, Maine Road. Trudno sobie wyobrazić Wisłę grającą na Cracovii lub vice versa.

Czemu Anglia? Dziś świat jest globalną wioską, wtedy paszport leżał na milicji, telefon miała jedna osoba w bloku, a kontynent był podzielony żelazną kurtyną.

- Trochę właśnie przez kurtynę, o której mówisz. Skończyłem studia i miałem  do napisania pracę magisterską, gdy wprowadzono stan wojenny. Były to studia prawnicze, zdałem sobie sprawę, że w takich czasach niegodne jest być sędzią czy prokuratorem. Poszedłem w stronę pasji. W szkole średniej i na studiach zakochany byłem w wyspiarskiej muzyce i piłce. Pasję przekułem w pracę. Zaoferowałem swoje przepastne zbiory statystyczne i kibicowskie redakcji krakowskiego "Tempa". Rynek był zupełnie wyjałowiony, a zapotrzebowanie na informacje z ligi angielskiej - ogromne.

Większe niż dzisiaj?

- Trudno to zmierzyć, w każdym razie motywacja posiadania tej wiedzy była zupełnie inna niż dziś. Otóż od lat 50. XX wieku w Totalizatorze Sportowym można było obstawiać wyniki ligi angielskiej. Zestaw par obejmował 13 meczów. Ludzie obstawiali prawie zupełnie w ciemno, jedyne informacje przez nich posiadane to była ligowa tabela w poniedziałkowej gazecie.

Jako mały dzieciak nie wiedziałem nawet tego, obstawiałem na podstawie nazw klubów, w tym fonetycznie czytanej - "Chelsea".

- Wiedza była bardzo szczątkowa. Żadnej analizy formy drużyn, kontuzji czy transferów. Trzeba pamiętać, że system transferowy był wtedy zupełnie inny niż dziś. Nie było okien transferowych, zakupów można było dokonywać ciągle, aż do trzeciego czwartku marca, do godziny 17. Piłkarze byli zatwierdzani w sobotę do południa i taki grajek o świętej porze 3pm (godz. 15) grał już dla nowego klubu.

Pamiętam Clive’a Allena, który przeszedł z QPR do Arsenalu, nie zagrał ani jednego meczu ligowego na Highbury, po czym został oddany do Palace. Angielskie transfery działały na wyobraźnię.

- Takie informacje albo w ogóle nie docierały do kibiców, albo działo się to z opóźnieniem. Wtedy kibic i "totkowicz" to były pojęcia tożsame. Moją rolą było przygotować dla nich "pigułkę" informacyjną.

Jedyną pomocą dla typujących były cyfry obok nazw drużyn. Arsenal - Sunderland. 6 - 3 - 1.

- Zakładano, że mecz może nie dojść do skutku. Z różnych powodów, przede wszystkim pogodowych: śnieg, ulewa, grad. Wówczas do działania przystępowała komisja...

Brzmi jak gotowy przepis na szwindel.

- Nic z tych rzeczy. Komisja składała się zaprzysiężonych pracowników Totalizatora, którzy wynik losowali. 6 kul na zwycięstwo Arsenalu, 3 na remis, 1 na Sunderland. Losowania były publiczne, każdy mógł przyjść to zobaczyć. Totalizator dowiadywał się o odwołaniu meczu z PAP-u, który wiedział z zagranicznych agencji. Zasadniczo, prawie wszystkie mecze się odbywały, a liczba kul na daną drużynę miała pomóc w typowaniu. To też była moja robota. Podawanie prognoz pogodowych, np. że idzie fala zimna z północy, ze Szkocji. To stanowiło zagrożenie dla spotkań rozgrywanych na północy Anglii: Newcastle, Sunderland, Middlesbrough. Moim dziennikarskim obowiązkiem było informować. To się nie zmieniło do dziś.

No dobrze, ale skąd pan to wszystko wiedział? Dziś mamy świat na odległość kliknięcia, ale gdy pan zaczynał pracę w "Tempie" o Internecie śniło się tylko Stanisławowi Lemowi.

- Zgodnie z moim nazwiskiem była to mrówcza praca. Codziennie słuchałem radia ze specjalnym wzmacniaczem, na falach krótkich, przy użyciu anteny, która zbierała sygnał radiostacji, która nazywała się BBC Radio Five. Do dziś ta rozgłośnia ma się świetnie i nazywa BBC Radio Five Live. Ta stacja codziennie podawała informacje sportowe, w tym te transferowe. Sygnał był bardzo słaby, mój ojciec który z wykształcenia był technikiem radiowo-telewizyjnym skonstruował odpowiednie urządzenie, który redukowało zakłócenia.

Dziś znajomość angielskiego jest standardem, wtedy zupełnie nie. Gdzie pan poznał język Szekspira?

- Na studiach kilkakrotnie byłem na miesięcznych studiach językowych. Potem, gdy zajmowałem już tym zawodowo, angielska prasa przychodziła do "Tempa", potem do "Gazety Wyborczej".

Historie, które pan  serwował to nie tylko wyniki i pogoda. Mam tu "Tempo", w którym opisana jest historia Micka Robinsona, który mimo że zaledwie 30-letni, spisał testament, w którym zabronił sprzedaży lub wyrzucenia kolekcji programów meczowych, których, bagatela, miał wtedy 30 tysięcy. Pełno było takich historii ze wszystkich czterech lig zawodowych.

- Informacje czerpałem z dwóch nurtów. Mecze, ich opisy, tabele, sprawy bieżące - to z radia. Ciekawostki, o których mówisz - z prasy. Z tygodników piłkarskich, które przychodziły do Empików i hoteli oraz z prasy dziennej, która po dziś dzień na Wyspach jest bardzo silna. W zasadzie w Wielkiej Brytanii nigdy nie powstała gazeta li tylko sportowa, chociaż jest pismo o nazwie "Sporting Life", traktujące jednak głównie o wyścigach konnych. Główne dzienniki mają jednak świetnie rozwinięte działy sportowe, traktujące o futbolu i rugby są kopalniami wiedzy.

Jest też prasa czerwona, tabloidy, "The Sun", "Daily Mirror" itd. Specjalizują się one w krótkich informacjach, ciekawostkach, o których mówisz. A propos testamentów przypomniał mi się kibic Manchester United, który zapisał zstępnym karnet na Old Trafford, tak aby miejsca od 100 lat obsadzane przez jego rodzinę nie dostało się w niepowołane ręce.

Obok wyników była też giełda kolekcjonerów. "Bogdan Tomiczek z Cieszyna prosi wszystkich kibiców Newcastle United (związanych z tym klubem na dobre i na złe) o kontakt listowny".

- Ogromnie szanowałem tych ludzi, spotykałem ich na przeróżnych zjazdach kibiców. Nie wszystko było na łamach, kontaktowałem tych ludzi ze sobą. Romantyczne czasy.

Pamięta pan pierwszą wizytę na angielskim stadionie?

- Miesięczny kurs językowy w Londynie, w stolicy Wielkiej Brytanii spędziłem całe wakacje. Peregrynowałem ze stadionu na stadion. Nie zawsze udawało się dostać, nie wszędzie były miejsca dla osób bez karnetu. I to mimo, że wtedy na stadionach były miejsca stojące, na których upychano Bóg wie ile ludzi. Jeden stał drugiemu na głowie. To były "terraces" czyli tzw. "tarasy".

Nie mylić ze Złotymi Tarasami.

- Miejsca, które mieścić miały na oko dwa tysiące ludzi, mieściły po dwa-trzy razy tyle. Tak przepełnione stadiony doprowadziły do tragedii w Bradford czy Hillsborough. Potem państwo odgórna decyzją zlikwidowało tarasy, wprowadzając obowiązkowe miejsce siedzące.

To ciekawe co pan mówi o braku miejsc na stadionach. Ja pierwszy raz byłem w Anglii w 1995 r., czyli już po powstaniu Premier League. Na Stamford Bridge, na mecz Chelsea - Coventry kupiłem bilet na 5 minut przed meczem bez żadnej kolejki.

- Wszystko się zgadza. Chelsea wśród normalnych kibiców była klubem znienawidzonym, przez to że jej fani przez dziesiątki lat zepsuli renomę tego klubu. Do Chelsea przyklejali się różni ekstremiści, faszyści, naziści i wszelkiego rodzaju szumowiny. Tzw. "normalni" kibice, fani dobrego futbolu nie chodzili na mecze "The Blues" dopóki Ken Bates nie sprzedał tego klubu obecnemu właścicielowi, Romanowi Abramowiczowi. XIX-wieczny obiekt przebudowano, ekstremistów wyrugowano. Dzisiejsza Chelsea to zupełnie inny klub niż kiedyś. Kensington i Chelsea to najdroższe dzielnice w Londynie. A kiedyś były regularne bitwy kibiców Chelsea z Millwall, West Hamem, Tottenhamem i Arsenalem. Trafiłeś w dobry moment i na klub, na który za bardzo nikt nie chciał chodzić. Z łatwością można było dostać bilet w kasie, a właściwie dziurze w ścianie.

Tomasz Kuszczak przed finałem Ligi Europy mówił mi, że jest zapraszany do komentowania meczów Man Utd dla telewizji dalekowschodnich. A przecież był zaledwie rezerwowym bramkarzem na Old Trafford. Azjaci mają sporego bzika na punkcie Premier League.

- Tak jak u nas, zaczęło się od totalizatora sportowego. Ludzie grali w ciemno, potem w latach 80. zaczęły się transmisje. Na tej glebie wyrosła ogromna fascynacja wyspiarskim futbolem. Z czasem ci których stać zaczęli latać do Anglii i oglądać mecze na żywo. Równolegle wyrósł czarny rynek zakładów, który bardzo psuje piłkę.

Jak wyglądało składanie gazety w latach 80. XX wieku?

- Dzięki Bogu 95 proc. meczów było w sobotę, ewentualnie jeden w niedzielę, wtedy korygowało się tabelę. W sobotę pisałem na maszynie jak szatan, z szybkością karabinu maszynowego. Tabele od pierwszej do czwartej ligi miałem skopiowane z poprzedniego numeru. Na to nanosiłem wyniki bieżącej kolejki - to działo się w sobotę wieczorem. Do tego zestaw par na przyszły tydzień, weryfikacja czy coś się zmieniło. Potem zabierałem się do opisów kolejnych meczów. Polegało to na spisaniu nagrania radiowego audycji, na podstawie relacji BBC powstawały relacje w "Tempie". Robota trwała do godziny 1-2 w nocy z soboty na niedzielę. Do godziny 10 w niedzielę należało linotypiście dostarczać skrypty. W ten sposób przez lata od sierpnia do maja nie istniały dla mnie żadne sobotnie imprezy alkoholowe, urodziny, wesela, imieniny. Ślub wziąłem w sobotę, ale mój tata nagrał mi wszystko z radia. Wróciłem z własnego wesela i całą noc pisałem o lidze angielskiej. Prawda, że poświęcałem się dla narodu?

W poniedziałek gazeta była w Krakowie, we wtorek w Trójmieście. Chłonęliśmy ligę angielską jak gąbka. A kto wygra w finale Ligi Mistrzów?

- Teoretycznie faworytem jest City, który wygrał Premier League. W dawnej nomenklaturze, jeśli mecz by się nie odbył (co jest oczywiście niemożliwe): 4 kule na City - 3 na remis - 3 na Chelsea (śmiech).

Rozmawiał Maciej Słomiński

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje