Reklama

Reklama

Błysk geniuszu w maszynie do zwyciężania

Mając 29 lat Arjen Robben doczekał rehabilitacji w finale Champions League. Jego błysk dał Puchar Europy maszynie oblężniczej, którą stworzył Jupp Heynckes.

12 miesięcy temu wydawał się skończony. Niepoprawny leń i egoista nadużywający gry indywidualnej, doprowadzający do rozpaczy trenerów i kolegów z drużyny. Zmarnował rzut karny w decydującym starciu z Borussią Dortmund o tytuł mistrza Niemiec, kolejny w przegranym finale Champions League z Chelsea na Allianz Arena. Arjena Robbena raz na zawsze wykreślono wtedy z listy wielkich światowego futbolu.

Jupp Heynckes przestał na niego stawiać. Gdyby nie kontuzja Toniego Kroosa, Holender wylądowałby wczorajszej nocy na ławce dla rezerwowych. Przemianę, jaka w nim ostatnio zaszła najdoskonalej widać było podczas pierwszego starcia z Barceloną na Allianz Arena w półfinale, gdzie chyba pierwszy raz w życiu tyrał jak zwykły boiskowy robotnik. 29 lat to dla piłkarza najlepszy wiek, by zrozumiał własne błędy.

Trzy lata temu Robben przeżył koszmarną noc w RPA marnując w finale mundialu dwie sytuacje sam na sam z Ikerem Casillasem. Wczoraj wreszcie w wielkim meczu nie pozwolił się zatrzymać, asystując przy bramce Mario Mandżukica i zdobywając zwycięską w 89. min. Wcześniej wydawało się jednak, że niemiecki finał Champions League ma szansę dołączyć do listy straconych szans holenderskiego skrzydłowego. Całą karierę zapowiadał się na gracza zdolnego zapełnić miejsce u boku Leo Messiego i Cristiana Ronalda, zawsze jakiś niezrozumiały instynkt samozniszczenia prowadził go na manowce.

Na Wembley Robben wreszcie płakał ze szczęścia. Czy to, czego dokonał zmieni jego najbliższą przyszłość? Po transferze Maria Goetzego nie ma dla niego miejsca w Bayernie. Klub nie płaciłby za 21-letniego Niemca 37 mln euro, gdyby wierzył w świetlaną przyszłość Holendra. Wydaje się, że będzie pierwszym, który po sezonie trafi na listę transferową.

Pierwszym opuszczającym klub jest Jupp Heynckes pozostawiając po sobie prawdopodobnie pierwszą w historii Bayernu potrójną koroną (za tydzień finał Pucharu Niemiec). Przed Pepem Guardiolą zadanie z gatunku niemożliwych: jak udoskonalić coś, co ociera się o ideał? Jeśli nie jest to ideał kunsztu, to na pewno efektywności.

16-4 to imponujący bilans bramkowy Bayernu w fazie pucharowej tej edycji Champions League. Rozgrywki wygrała drużyna bezdyskusyjnie najlepsza, której zdarzały się potknięcia tylko wtedy, gdy poczuła się zbyt pewnie (Arsenal, BATE). Efektywność i przygotowanie fizyczne Bawarczyków mogłyby być wzorcem, zdołali poprawić swoją skuteczność w finałach Pucharu Europy do 50 procent. Z pięcioma zwycięstwami (i pięcioma porażkami) Bayern odskoczył od Barcelony zajmując trzecie miejsce na liście wszech czasów za Realem Madryt i Milanem.

Reklama

Najlepszy zespół Europy unicestwiał rywali. Dlatego Borussia Dortmund może się czuć wyjątkowo, bo w konfrontacji z Bawarczykami zdominować się nie dała. Mówił o tym Juergen Klopp, zawiedziony wynikiem, ale dumny ze swoich graczy. Potrzebowali wczoraj odrobiny szczęścia, choćby drugiej żółtej kartki dla Dantego za faul na Reusie przy rzucie karnym. Tyle, że za nadepnięcie Boatenga, Robert Lewandowski także mógł zostać usunięty z boiska.

Klopp obiecuje, że Borussia wróci na szczyt, którego była tak blisko. Zapewne już bez Lewandowskiego. Kuba Błaszczykowski był wczoraj o krok od pokonania Manuela Neuera, zapobiegła temu instynktowna parada nogą bramkarza rywali. Łukasz Piszczek nie pozwolił pograć Ribery'emu, Lewandowski miał swoje szanse, ale zawsze górą był bramkarz Bayernu. Borussia zaczęła mecz znakomicie, wszyscy Polacy byli aktywni, potem jednak z każdą chwilą walec drogowy z Monachium nabierał rozpędu.

Być może monstrualna siła fizyczna, dyscyplina i determinacja najlepszej drużyny w Europie nie zmogłyby Borussii? Być może kilometry przebiegnięte przez parę Schweinsteiger-Martinez i ciosy rozdawane na lewo i prawo, nie powaliłyby dzielnych wojowników z Dortmundu? W misternie skonstruowanej, bawarskiej maszynie oblężniczej pojawił się jednak element nieprzewidywalności i geniuszu zaklęty w nogach i głowie Robbena. To, co bywało przekleństwem Bayernu, wczoraj dało mu miejsce na szczycie.

Dyskutuj na blogu z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje