Reklama

Reklama

Raków o krok od historycznego sukcesu. Utytułowany rywal pokonany

Raków Częstochowa wygrał 2:1 ze Slavią Praga - wicemistrzem Czech i jednym z najbardziej utytułowanych klubów naszej części Europy w ostatnich latach. Rok temu identyczny wynik na własnym stadionie z tym samym rywalem, dał Legii Warszawa awans do fazy grupowej Ligi Europy. Raków za tydzień jedzie do Czech, żeby osiągnąć historyczny wynik.

Napisać, że mecz ze Slavią był sportowym świętem Częstochowy, to jakby nic nie napisać. Miasto żyło tym meczem od wielu dni. Bilety też były wyprzedane już dawno temu. Ale czy to był taki wyczyn, skoro na stadionie przy ul. Limanowskiego może zasiąść jedynie pięć tysięcy widzów? No właśnie... 

Przedmeczowe rozmowy przy strefie VIP toczyły się głównie na ren temat. Trener Slavii Praga Jindřich Trpišovskýna konferencji prasowej rzucił nieświadomie, że słyszał o "nowym stadionie Rakowa".

Reklama

- Tu powstanie nowy obiekt - mówił poważnie, nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, że to co zobaczył on i jego piłkarze, to właśnie jest "ten nowy obiekt". 

Poziom sportowy i ambicje klubu z Limanowskiego przerastają wizje władz miasta. To co Częstochowa zafundowała Rakowowi byłoby może na miejscu pięć lat temu, kiedy klub tułał się po niższych ligach. Teraz ambicje właściciela Michała Świerczewskiego i prezesa Wojciecha Cygana sięgają dalej niż pętla tramwajowa, widoczna za południową trybuną stadioniku.

Ile biletów na mecz ze Slavią by się sprzedało, gdyby stanął tu poważny obiekt? 

- Myślę, że te 15 tysięcy byśmy sprzedali - powiedział "Interii" jeden z większych klubowych krytyków władz Częstochowy, który śmiał się, że na tak historycznym meczu, nie będzie nikogo z najważniejszych ludzi z ratusza.

Rzucili się z impetem

Szkoda, że częstochowskie "elity" nie chcą pomagać w projekcie "Raków". Rzucane luźno żarty, żeby sponsor przeniósł się np. do Wisły Kraków, były zbywane stwierdzeniem: - Michał nigdy się na to nie zgodzi.

Dyskusje o marnej pojemności stadionu, umilkły wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. Raków przystąpił do tego meczu pełen pokory dla tradycji i umiejętności piłkarzy Slavii. Tak przynajmniej zapewniał trener Marek Papszun. Jego zespół nie rzucił się na wicemistrzów Czech z takim impetem, jak na Spartaka Trnawa w pierwszym spotkaniu III rundy kwalifikacji. Gospodarze szanowali piłkę, długo rozgrywali od tyłu, czekając na błąd rywali.

Slavia od ubiegłorocznego dwumeczu, przegranego z Legią Warszawa, mocno się zmieniła. Właściciele klubu postawili na graczy z Afryki, którzy w każdej formacji - poza bramką - przeważali liczebnie nad Czechami. Wydaje się, że legioniści wyeliminowali silniejszą Slavię, choć w wygranym 2:1 rewanżu w Warszawie, mili mnóstwo szczęścia.

Stołeczny zespół na pewno nie miał w składzie takiej indywidualności, jaką dla Rakowa jest Ivi Lopez. Hiszpan każdym swoim zagraniem udowadniał, że nie jest tylko piłkarską efemerydą, jakich mnóstwo było w Ekstraklasie. Na tle utytułowanego w Czechach i Europie rywala, błyszczał, równie jasno, jak w spotkaniach ligowych. 

W 29. min meczu "zatańczył" na linii pola karnego i cudownym, technicznym strzałem, dał prowadzenie zdobywcom Pucharu Polski. 

Był to gol jak najbardziej zasłużony. Raków przed przerwą był zespołem dużo lepszym, bardziej energicznym, prącym wciąż z atakami na bramkę rywala. Slavia nie umiała zagrozić drużynie Papszuna, która nie mogła niestety liczyć na sprawiedliwe traktowanie przez sędziego z Norwegii Rohita Saggiego. 

Arbiter w każdej "stykowej" sytuacji, gwizdał na korzyść gości. Tuż przed przerwą naraził się strasznie kibicom, bo nie podyktował ewidentnego rzutu karnego dla Rakowa po ręce Ivana Schranza. 

Legia też wygrała 2:1 i awansowała

Po przerwie Raków ruszył do ataku. Oglądanie zespołu Papszuna w ofensywie było samą przyjemnością. Niestety kiedy wydawało się, że drugi gol dla gospodarzy padnie lada moment, niewykorzystane sytuacje zemściły się w najgorszym momencie. Niepewną interwencję Kacpra Trelowskiego, w 61. min bezlitośnie wykorzystał Tomas Holes. 

Rozśpiewane trybuny na moment ucichły. Czesi z przebiegu gry nie zasługiwali na wyrównanie. Raków nie przywykł też do tego, że w europejskich rozgrywkach traci gole. W 11. meczu, przydarzyło mu się to dopiero po raz drugi. 

Nie minęło jednak nawet 60 sekund, kiedy gospodarze odzyskali prowadzenie. W 62. min w pole karne wpadł Fran Tudor i po raz drugi pokonał Alesa Mandousa.

Od tej pory przewaga Rakowa z każdą minutą rosła. Niestety gospodarzom brakowało skuteczności. W ostatniej minucie Bartosz Nowak wystawił piłkę do pustej bramki Vladislavisowi Gutkovskisowi, ale Łotysz nie trafił w piłkę. 

Rok temu Legia po remisie 2:2 w Pradze, wygrała u siebie ze Slavią 2:1 i awansowała do fazy grupowej Ligi Europy. Raków gra mecz w odwrotnej kolejności, ale stać go na remis w Pradze i historyczny awans do Ligi Konferencji. 








Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL