Puchary wypadają z rąk
Awans do kolejnej rundy Ligi Konferencji wciąż jest prawdopodobny w przypadku każdej z polskich drużyn, ale zwycięstwa i rankingowe punkty przeciekają nam przez palce.

Trzecią serię gier zaczęliśmy nieźle: Raków dzielnie bronił się w stolicy Czech, ostatecznie bezbramkowo remisując ze Spartą Praga. Pierwsza połowa zdecydowanie należała do gospodarzy, którzy aż pięciokrotnie zmusili do interwencji Oliwiera Zycha.
Polski bramkarz zaliczył kapitalny występ, choć miał duże problemy z celnością podań, zwłaszcza tych długich (tylko 5 na 30 znalazło do adresata). A że bardzo rzadko Raków grał krótko od bramkarza - to skończył z wynikiem 35%. Golkiper jednak jest przede wszystkim od bronienia, i choć raz wypadła mu groźnie piłka z rąk, to zero z tyłu na pewno stanowi powód do zadowolenia.
Piłkarze Marka Papszuna, przy większym szczęściu, mogli coś dorzucić z przodu. Na minimalnym spalonym był Michael Ameyaw, który ładnie wykończył akcję strzałem w długi róg - choć trzeba uczciwie dodać, że i znany z ekstraklasowych występów Lucas Haraslin mógł otworzyć w pierwszej połowie wynik dla Sparty. Miał całkiem niezłą okazję na strzał zza pola karnego Braut Brunes, innym razem piłka zatrzymała się na słupku, gdy główkował Apostolos Konstantopoulos.
Remis trzeba uznać za wynik sprawiedliwy. Myślę, że do Rakowa nikt pretensji po tym pucharowym czwartku mieć nie będzie - podobnie jak do Jagiellonii Białystok. Mistrzowie Polski sprzed dwóch sezonów dali kolejny pokaz woli walki, charakteru i nieustępliwości w Europie. Przegrywali, grali w dziesięciu, ale nie dali za wygraną. Świetny w ostatnich tygodniach Lozano pięknym strzałem uratował status drużyny niepokonanej od lipca w międzynarodowych rozgrywkach.
Ćwierćfinał Ligi Konferencji zobowiązuje - choć niestety nie pozostałe dwa polskie kluby, które do tego etapu zdołały w swojej historii awansować. Legia Warszawa i Lech Poznań zawiodły. Choć można mówić o okolicznościach usprawiedliwiających, to jednak trudno nie odczuwać rozczarowania.
Skończmy jednak wątek dobrych początków: bo tak jak Raków dawał radę w Pradze, tak Legia Warszawa wyszła na zasłużone prowadzenie w starciu z Celje. Zasłużone, bo to Legia tworzyła w pierwszej połowie dogodniejsze okazje. Jedną z trzech zamieniła na bramkę.
Z Widzewem remis w końcówce uratował Krasniqi. Teraz oddał nieco gorszy strzał, ale nawinął obrońcę gospodarzy tak jak Samuela Akere w niedzielny wieczór w Łodzi. To po jego indywidualnej akcji całość skończył Kacper Urbański - wreszcie znów grający bliżej centralnej części boiska, a nie uwikłany w pojedynki na skrzydle jak kilka dni wcześniej. Oddał w sumie pięć strzałów, z czego cztery celne. Udanie dryblował, dokładnie podawał, jak do Augustyniaka w pierwszej połowie. Imponował techniką, wygrywał pojedynki. Dla mnie był najlepszym piłkarzem "Wojskowych".
Impuls na pozycji numer dziewięć dał też Antonio Colak, chociaż zawinięty z Zabrza snajper powinien chociaż jedną z dogodnych sytuacji wykorzystać. Nie zrobił tego, a do głosu wreszcie coraz śmielej zaczęli dochodzić Słoweńcy. Jedna kontra, jeden piękny strzał z dystansu - i pa, pa, punkty do rankingu i tabeli.
Gdyby nie dwa kosmiczne strzały Rafała Augustyniaka, w tabeli Ligi Konferencji zdobywcy Pucharu Polski mieliby sytuację nie do pozazdroszczenia. Druga porażka w trzecim meczu nie przekreśla jednak szans na awans. W poprzednim roku siedem punktów wystarczało do załapania się na dwumecz barażowy, a przecież przed Legią jeszcze mecz u siebie z Red Lincoln Imps - czyli zawsze groźnymi Gibraltarczykami, o czym przekonał się Lech.
Poznaniacy swój wyjazdowy mecz z Rayo Vallecano przegrali, co może nie jest jakimś szokującym wydarzeniem. W końcu to rywal z La Liga. Wygrali z Realem Sociedad na wyjeździe niedawno, minimalnie przegrali z Atletico Madryt. W tym roku, na tym stadionie, strzelili trzy bramki i urwali punkty Realowi Madryt. Indywidualności mają z wysokiej półki.
Ale szatnie - niekoniecznie. Przez filmik Lecha, który poniósł się bardzo szerokim echem w internecie i hiszpańskich mediach, ciśnienie na to spotkanie niezwykle wzrosło. Napinali się kibice Rayo, nie pozostawali dłużni fani "Kolejorza". A występ mistrzów Polski tylko te emocje podkręcił.
Pięknie uderzył Palma po dośrodkowaniu Pereiry, świetnego "szczura" puścił Kozubal z pierwszej piłki po dograniu Rodrigueza. Do przerwy Hiszpanie byli w szoku, a cała stolica Wielkopolski w euforii.
Wielka szkoda, że nie udało się tego utrzymać. Nie pomogła ławka rezerwowych Lecha. Fatalną zmianę dał choćby Ismaheel. Nie wiem, czy ściągnięcie Rodrigueza, Bengtssona, Ishaka już po godzinie, a Palmy dziesięć minut później, było najlepszą decyzją Frederiksena.
Zmianami się pogubił, o czym świadczy "wędka" Lismana. Chłopak wszedł na 20 minut, raz dokładnie podał, wygrał jeden pojedynek i przegrał obie próby dryblingu - i zjechał do bazy. Ale zmiana Gumnego, która miała wzmocnić defensywę, niczego nie wniosła. Minutę później Rayo wyrównało, a w 94. przechyliło szalę zwycięstwa na swoją korzyść.
Utrata choćby jednego punktu w takich okolicznościach boli niezwykle. Nawet jeśli mamy za co Lecha chwalić, nawet - jak w przypadku pozostałych trzech pucharowiczów - "Kolejorz" wciąż jest w grze o awans, to może nie niesmak, ale niedosyt pozostał ogromny.











