Lech stracił więcej, niż tylko dobrą twarz. Nadzwyczajna stawka meczu z Rayo
Lech Poznań zagra w czwartek jeden z najtrudniejszych meczów w swoim jesiennym kalendarzu. Porażką na Gibraltarze bardzo ograniczył margines do popełniania błędów, ale w Madrycie walczyć będzie o coś więcej - nawet jeśli pewnych strat już się odrobić nie da.

W biznesie funkcjonuje określenie kosztów utraconych korzyści. Niels Frederiksen, jako zawodowy bankier - tę pracę wykonywał w Danii, zanim podjął się fachu trenera - powinien zarówno ten termin, jak i jego definicje. Przytoczmy: to wartość najlepszych korzyści, które można było uzyskać z niewykorzystanej alternatywy. Stanowią one "wirtualny" koszt decyzji, wynikający z wyboru jednej opcji zamiast innej. Nie są one kosztem rzeczywistym w rozumieniu księgowym, a raczej narzędziem do lepszego podejmowania decyzji biznesowych i zrozumienia, jakie potencjalne korzyści zostały utracone.
Ponad 2 mln złotych straty. Oby na tym się skończyło
Tu dochodzimy do meczu Lecha z Lincoln Red Imps. Sensacyjna porażka przełożyła się na brak zakładanych trzech punktów w fazie ligowej Ligi Konferencji - zakładać je można było dość śmiało, patrząc na różnicę potencjałów obu klubów i jakości poszczególnych zawodników - ale na zasadzie kosztów utraconych korzyści, można mówić o czymś więcej. O braku wpływu przekraczającego 2 mln zł do klubowej kasy. A jeśli Lechowi braknie tych punktów do awansu do kolejnej rundy - kwota znacznie wzrośnie.
Skąd się wzięło 2 mln zł? Na dziś to przede wszystkim brak pieniędzy od UEFA (400 tys. euro za każde zwycięstwo w Lidze Konferencji) oraz koszt obniżonej frekwencji na kolejnym meczu domowym. Na spotkanie z Motorem Lublin weszło 22 tys. fanów - to najgorszy wynik w całym sezonie i można przypuszczać, że wśród powodów znajdziemy wynik na Gibraltarze. Przykładowo wcześniejszy mecz z Pogonią Szczecin z trybun obserwowało 39 tys. fanów. Spotkania z mniej atrakcyjnymi rywalami też zapewniały frekwencję o kilka tysięcy wyższą. Biorąc pod uwagę, że kibic często potrzebuje motywacji w postaci wyniku, a znaczącą część trybun stanowią fani spoza Poznania - można przynajmniej zastanowić się, czy klęska z Lincoln Red Imps nie przysłużyła się stracie.
Według raportu Grant Thornton, Lech Poznań uzyskuje przychód średnio 64 zł na każdym kibicu, który pojawi się na stadionie w dniu meczowym. Jeśli na Motor przyszłoby o 5 tys. fanów więcej, mielibyśmy kwotę 320 tys. zł. Przy czym przychód jest w tym przypadku zyskiem, bo klub ponosi identyczne koszty przy frekwencji 22 tys., co 27 tys.
Niels Frederiksen nie zyskał kompletnie nic wystawiając przedziwny, eksperymentalny skład. Rezerwowi nie zostali zbudowani, a klub poniósł potężną stratę finansową.
Walka o wyjście na prostą
Dlatego mecz z Rayo Vallecano jest czymś więcej niż spotkaniem o punkty, czy premię od UEFA (której w tym przypadku akurat zakładać nie można). Jest meczem o odzyskanie zaufania od własnych kibiców. O ile "twardy elektorat" zawsze przyjdzie na stadion, o tyle wśród fanów we wszystkich klubach można znaleźć takich, którzy sens wizyty uzależniają od aktualnej postawy drużyny.
Stawka jest naprawdę wysoka, bo terminarz meczów nie sprzyja Lechowi. Po wizycie w Madrycie, mistrzowie Polski zagrają jeszcze u siebie z Lausanne Sports oraz FSV Mainz oraz na wyjeździe z Sigmą Ołumuniec. W skrócie: wszystkie mecze będą wymagające. Wydawało się, że wygrana 4:1 na inaugurację przeciwko Rapidowi Wiedeń ustawia "Kolejorza" w uprzywilejowanej pozycji, jednak nikt nie spodziewał się wówczas, że do 3. kolejki spotkań Lech nie przystąpi z sześcioma punktami na koncie.
Ile kosztowałby brak awansu do kolejnej fazy? UEFA płaci 400 tys. euro za zajęcie miejsc w pierwszej ósemce fazy ligowej oraz 200 tys. euro za pozycje 9-24. Zakwalifikowanie się do 1/8 finału (gdzie drużyny 1-8 znajdą się z automatu) to kolejne 800 tys. euro, ćwierćfinał to przelew na 1,3 mln euro, półfinał 2,5 mln euro, przegrany finalista dostanie 4 mln euro, a zwycięzca 7 mln euro. Oczywiście aż tak daleko nie ma co wybiegać w przyszłość, jednak śmiało można twierdzić, że jeśli Lech wskutek braku punktów z Gibraltaru nie awansuje do dalszej rundy, straty będzie można liczyć w milionach złotych. Tym bardziej że straci także dodatkowe dni meczowe w europejskich pucharach.
Konsekwencje zabawy ze składem (a także samej słabej postawy piłkarzy - o tym też nie zapominajmy) są długoterminowe, gdyż do strat możemy wliczyć także te rankingowe - Lech nie zyskał dwóch punktów do swojego rankingu klubowego, który w najbliższym pięcioleciu będzie decydować w losowaniu o poziomie przeciwnika w pucharowych eliminacjach. Dlatego tamten mecz na Gibraltarze jest znacznie większą katastrofą, niż pierwotnie mogło się wydawać. O wymiarze znacznie wyższym niż po prostu wstyd.
Jeśli klęska sprzed tygodnia może przełożyć się na coś dobrego, to jedynie na poziom mobilizacji na spotkanie z Rayo. Nigdy już nie dowiemy się, jaki byłby wynik starcia w Madrycie, gdyby z Gibraltaru przywieźć komplet punktów, jednak wywalczenie go sprawi, że straty się zbilansują, koniunktura napędzi na nowo, a tamtej wpadce zaczniemy zapominać.












