Lech i Raków mogą przebić 10 mln euro. Prawda o tych pieniądzach nie jest przyjemna
Jeśli Lech Poznań lub/i Raków Częstochowa odrobią straty z meczów z Szachtarem Doniec i Fiorentiną, będą mogły liczyć na przebicie 10 mln euro z tytułu premii od UEFA. Kwota budzi szacunek i wygląda okazale, jednak zastanawiając się, na co realnie może mieć przełożenie - już nieco mniej.

Liga Konferencji spadła polskim klubom z nieba. Przez lata Ekstraklasa w Europie traciła na tym, jak jest wyrównana, bo istnienie tylko dwóch europejskich pucharów ograniczało miejsca do kwalifikowania się tam dwóch-trzech zespołów ze średnich lig. Polska liga - nawet jeśli całościowo, przy dołączeniu do porównania środka i końca tabeli, może być uznawana za lepszą od lig krajów, z którymi dzielimy miejsca w drugiej dziesiątce rankingu krajowego UEFA - nie miało to żadnego znaczenia. Bez względu na siłę ligi jako całości, nasi mistrzowie byli słabsi od mistrzów Czech, Austrii, Szwajcarii, Szkocji, Danii, a nawet Bułgarii, czy Azerbejdżanu. Często nasi wicemistrzowie również mogli pomarzyć o wyrównanej rywalizacji z wicemistrzami tamtych krajów. I nawet, jeśli nasza trzecia drużyna była już mocniejsza od wielu trzecich drużyn w tych krajach - nikogo to nie obchodziło, bo miejsca w pucharach były już przyznane czołowym dwójkom.
Jak zarabiają polskie kluby
Liga Konferencji stała się rozgrywkami uszytymi na wymiar dla Ekstraklasy, co zresztą udowodniliśmy i rok temu (wprowadzając dwóch przedstawicieli do ćwierćfinałów), i teraz (grając siłą czterech zespołów w fazie ligowej). Otworzyła przed naszymi klubami nie tylko złudną perspektywę liczenia się w Europie (globalnie przecież nikogo nie obchodzą składy ćwierćfinałów pucharu numer trzy), nie tylko szansę na nabijanie rankingowych punktów, które wypromują nas do lepszych pucharów, ale także perspektywę finansową, jakiej do tej pory nie było. Prawdziwe pieniądze wciąż są w Lidze Mistrzów, gdzie Kajrat Ałmaty, kazachski klub, który zarobił tam najmniej z 36 uczestników, może się dziś cieszyć przelewem na 21 mln euro z tytułu nagrody od UEFA. Natomiast nie ma co kryć, że lepiej mieć możliwość przyjęcia kwot, które padają w Lidze Konferencji, niż nie mieć szansy nawet na to.
W poprzednim sezonie Legia i Jagiellonia zanotowały przychód z tytułu premii od UEFA rzędu 11 mln euro. Od tego należy odjąć koszty (podróże, hotele, czasem zgrupowania, nagrody dla zawodników i sztabu) i założyć, że mówimy o czystym zysku rzędu 6-7 mln euro. Dla Jagiellonii to połowa całego rocznego budżetu na obecny sezon, ale jednocześnie kwota, która jedynie pozwala zabezpieczyć się na czarną godzinę i brak kolejnych awansów do europejskich pucharów. Dla Legii - generującej gigantyczne koszty, także z tytułu konieczności spłat zobowiązań zaciąganych przez lata, które wypełniały lukę budżetową powstałą wskutek brak awansów do europejskich pucharów przed założeniem Ligi Konferencji - były to pieniądze pozwalające przetrwać. Lech - gdy sam grał w ćwierćfinale Ligi Konferencji jako pierwszy polski klub, pokonując po drodze m.in. Bodo/Glimt - w dużej mierze zdecydował się przeznaczyć te pieniądze na rozwój akademii, a z pozostałej części zbudował poduszkę finansową, dzięki której w sezonie bez pucharów móc wywalczyć mistrzostwo Polski. Już te fakty pokazują, że wcale nie mówimy o pieniądzach, które - w pozytywnym rozumieniu tych słów - wywracają klub do góry nogami. One raczej pozwalają trwać na niezłym poziomie, lecz nie pozwalają wchodzić na następne.
Gra toczy się o "dychę"
Aktualnie znamy już sumę nagród, które wpłyną na konto Jagiellonii i Legii za obecny sezon. W obu przypadkach będzie to około 7,5 mln euro, czyli po odjęciu kosztów około 4 mln euro - wartość kilku/kilkunastu rocznych kontraktów zawodników. W przypadku Lecha i Rakowa, gra przeciwko Szachtarowi i Fiorentinie, toczy się o przebicie 10 mln euro przychodu, jakie dostaną ćwierćfinaliści Ligi Konferencji. W obu przypadkach gwarancje wypłat już teraz sięgają około 9 mln euro, co i tak jest potężną jak na nasze warunki kwotą.
Minusem jest to, że te pieniądze wciąż są za niskie, by realnie się rozwijać. W przypadku Rakowa pozwolą one mniej więcej na zbilansowanie sezonu w okolicach zera, w przypadku Lecha tym bardziej nie pozwolą na szaleństwo transferowe. To pieniądze, które pozwalają utrzymać zespół na w miarę wysokim poziomie sportowym - co też nie jest czymś negatywnym - ale nie pozwalają na nic więcej. To dlatego, mimo kolejnego udanego sezonu w Lidze Konferencji, można odnieść wrażenie, że polskie kluby stanęły w miejscu. Nie najgorszym, patrząc z perspektywy ostatnich 5-10 lat w europejskich pucharach, ale jednak nie lepszym, niż rok, czy dwa lata temu.
Droga do prawdziwego celu
Dziś awansowanie do ćwierćfinału Ligi Konferencji jest co najwyżej szansą na zrobienie czegoś naprawdę "extra". Dopiero osiągnięcie tej granicy pozwala myśleć o realnym rozwoju z tytułu otrzymanych nagród - pod warunkiem przebijania kolejnych ścian. Dlatego tak dużo mówi się też o rankingu, który niedługo najlepsze polskie zespoły z automatu umieści w wyższych pucharach.
Dla porównania - tylko dziewięć z trzydziestu sześciu klubów, które zagrały w Lidze Europy, zanotowały słabszy finansowo wynik, niż najlepszy pod tym względem w Lidze Konferencji Szachtar Donieck. Aż sześć klubów grających w Lidze Europy przebiło już teraz - jeszcze przed rozstrzygnięciem meczów 1/8 finału - barierę 20 mln euro. Prawie połowa uczestników Ligi Europy ma już zapewnione 15 mln euro. Możemy cieszyć się wynikami z Ligi Konferencji, natomiast bez wskoczenia wyżej niż ćwierćfinał tych rozgrywek - wciąż w skali Europy będziemy maleńcy.
Nawet jeśli 10 mln euro, do których w czwartek dobiją Lech i Raków, jeśli odrobią straty z pierwszych meczów, w teorii wygląda okazale.












