Koszmar nie chce się skończyć. Legia znowu pobita w Europie. To już degrengolada
Legia Warszawa przegrała 1:2 z FC Noah na jego terenie w 5. kolejce Ligi Konferencji. Tylko przez 45 minut wydawało się, że wyprawa do Armenii zakończy się przełamaniem katastrofalnej passy. Do przerwy ekipa z Łazienkowskiej utrzymywała prowadzenie. Po zmianie stron demony jednak wróciły. Legioniści przyjęli dwa ciosy i już nie dźwignęli się z parteru. Seria potyczek bez zwycięstwa urosła do 10.

To był mecz na przełamanie. Oba zespoły nie zaznały smaku wygranej od października. Nadarzała się zatem znakomita okazja, by fatalną passę zdławić jeszcze przed końcem roku.
Inna sprawa, że każde potknięcie na tym etapie rozgrywek może w końcowym rozrachunku skutkować definitywnym pożegnaniem z Ligą Konferencji już po fazie jesiennej. Dla Legii, która w Ekstraklasie okupuje strefę spadkową, byłoby to dopełnienie trawiącego ją koszmaru.
Liga Konferencji. Legia zadaje pierwszy cios, ale potem klęka. Koszmar nie chce się skończyć
Pierwszoplanową postacią początkowej fazy spotkania okazał się Mileta Rajović. Kiedy w drugiej minucie Duńczyk fatalnie spudłował z bliskiej odległości, wydawało się, że to będzie kolejny mecz, po którym spadną na niego gromy. Tym razem zrehabilitował się jednak już w kolejnej akcji.
W fatalny sposób do własnego bramkarza zagrywał Goncalo Silva, piłkę przejął Rajović i stanął oko w oko z golkiperem rywala. Minął go swobodnie, oddając strzał do pustej bramki. W ten sposób Legia prowadziła od trzeciej minuty.
W dwóch kolejnych kwadransach oba zespoły postawiły na ofensywę. Zamysł był dobry, tyle że jego realizacja pozostawiała wiele do życzenia. Niska precyzja uderzeń nie pozwalała na korektę rezultatu.
Po raz drugi piłka znalazła się w bramce gospodarzy w 38. minucie, kiedy celnie uderzył z kilku metrów Steve Kapuadi. Arbiter nie wskazał jednak na środek murawy. Chwilę wcześniej - czy na pewno? - stojącego między słupkami Timothy'ego Fayulu faulował Rajović.
Po zmianie stron piłkarze z Erewania potrzebowali niespełna dwunastu minut, by doprowadzić do wyrównania. Na listę strzelców wpisał się Matheus Aias, który niepokoił defensorów Legii jeszcze przed przerwą. Tym razem sfinalizował składną akcję gospodarzy strzałem tuż sprzed pola bramkowego i było 1:1.
Odpowiedź Legii? Do bólu jałowa. Warszawianie w żaden sposób nie byli w stanie zagrozić bramce przeciwnika. Druga odsłona była znakomitą ilustracją niemocy toczącej ekipę z Łazienkowskiej od wielu tygodni.
Gospodarze zrobili znacznie więcej, by pokusić o komplet punktów. Potrafili groźnie zaatakować i zakończyć natarcie uderzeniem. Tyle że za każdym razem minimalnie niecelnym.
To się zmieniło dopiero w 84. minucie. Fatalny błąd legijnej defensywy wykorzystał bez skrupułów Nardin Mulahusejnović. Dopadł do futbolówki na linii pola karnego, przymierzył bez namysłu obok zagubionego Kacpra Tobiasza i zrobiło się 2:1.
Dla wybrańców Inakiego Astiza to 10. mecz z rzędu bez zwycięstwa. Marzą o tym, by ten rok dobiegł już końca. Ale zanim to się stanie, muszą rozegrać jeszcze dwa spotkania. W obu faworytami będą rywale.













