Katastrofalna seria Legii. Tym razem bolesna lekcja w Europie. Kibice mają dość
Legia Warszawa przegrała 0:1 ze Spartą Praga w 4. kolejce Ligi Konferencji. Jedyna bramka spotkania padła krótko przed przerwą po uderzeniu Angelo Preciado. Ekipa z Łazienkowskiej pogrążona jest w coraz głębszym kryzysie. Na swoim terenie nie wygrała szóstego spotkania z rzędu. Cena za trenerskie bezkrólewie zaczyna się robić niebezpiecznie wysoka.

Legia Warszawa od niemal miesiąca pozostaje z wakatem na stanowisku pierwszego trenera. Po rozstaniu z Edwardem Iordanescu tymczasowo zespołem opiekuje się Inaki Astiz. Drużyna przechodzi jednak dotkliwy kryzys.
Niewiele wskazywało na to, że mecz ze Spartą Praga może stanowić przełamanie impasu. A warszawianie potrzebowali punktów pilnie, by marzyć o wiosennej fazie zmagań. W trzech wcześniejszych potyczkach Ligi Konferencji ugrali ledwie trzy punkty.
Legia nadal pogrążona w letargu. Jeden cios przed przerwą decyduje o wszystkim
Mecz z większym animuszem rozpoczęli prażanie. Bliższa otwarcia rezultatu była jednak Legia. Już w premierowym kwadransie w kierunku bramki Sparty poszybowały trzy groźne uderzenia.
Pierwszy strzał Wojciecha Urbańskiego okazał się minimalnie niecelny. Drugą jego próbę zatrzymał ofiarnie stojący między słupkami Peter Vindahl. Skutecznie interweniował też, gdy kąśliwie przymierzył Rafał Augustyniak.
Golkiper Sparty okazał się bohaterem również w dalszej fazie spotkania. Neutralizował wszystko, co leciało w światło bramki. Frustracji z takiego obrotu spraw nie krył zwłaszcza Ermal Krasniqi, który przed szansą pokonania rywala stawał dwukrotnie.
Na przerwę z prowadzeniem schodziła jednak ekipa z Czech. Była 41. minuta, gdy dynamicznie w pole karne wpadł Angelo Preciado, huknął z okolic narożnika pola bramkowego i było 0:1. Piłka z impetem zatrzymała się na bocznej siatce.
Po zmianie stron warszawianie nie byli w stanie odwrócić losów spotkania. Jeszcze przed przerwą na murawie pojawił się Mileta Rajović, zastępując kontuzjowanego Antonio Colaka. Ale i on okazał się bezproduktywny.
W drugiej odsłonie Astiz wprowadzał na plac gry kolejnych zawodników, ale ani na jotę nie przekładało się to na efektywniejszy futbol w wykonaniu jego zespołu. Chęci były te same, tyle że - inaczej niż pierwszej połowie - zabrakło celnych strzałów. Vindahl w zasadzie nie miał szans na popełnienie błędu.
Rezultat nie uległ już zmianie. Legia nadal pogrążona jest w letargu. Oczekiwanie na Marka Papszuna staje się nieznośne. Sezon zaczyna się sypać.













