Historyczny mecz Jagiellonii we Florencji. Remontada wisiała na włosku. Sześć goli
Równo tydzień temu Jagiellonia na własnym stadionie poległa przeciwko Fiorentinie 0:3. W czwartkowy wieczór na Stadio Artemio Franchi we Florencji odbył się rewanż, w którym białostocka drużyna nie miała kompletnie nic do stracenia. I tak wielu widziało ją już poza Ligą Konferencji. Tymczasem po pierwszej połowie to goście prowadzili 2:0, a na początku drugiej części gry odrobili straty! Doszło do dogrywki. Niestety w niej gospodarze dwukrotnie trafili do siatki. Jagiellonia wygrała 4:2, ale odpadła z rozgrywek.

- Biorąc pod uwagę to, jak bardzo konsekwentna jest ta drużyna i ten projekt od dłuższego już czasu, i świadczą o tym powtarzalne wyniki na przestrzeni ostatnich lat, oczywiste dla mnie jest to, że każdy mój piłkarz, który tu przyjechał, nie tylko chce wygrać czwartkowy mecz, ale myślę, że chce zrobić wszystko, żeby przejść dalej - mówił przed rewanżowym spotkaniem z Fiorentiną Adrian Siemieniec, cytowany przez Flashscore.
Na włoskiej ziemi Jagiellonia Białystok stanęła przed arcytrudnym zadaniem. Aby doprowadzić do wyrównania w dwumeczu, goście potrzebowali trzech goli. Przy okazji nie mogli pozwolić sobie na utratę bramki. Mimo to zameldowali się na stadionie rywala pełni wiary i nadziei. W końcu stawką był awans do 1/8 finału Ligi Konferencji.
Tak Jagiellonia zagrała z Fiorentiną. Ten mecz przejdzie do historii
Drugie spotkanie rozpoczęło się o godz. 18:45. Tym razem na boisku od pierwszej minuty oglądaliśmy m.in. Tarasa Romanczuka oraz Afimico Pululu, kluczowych zawodników, których zabrakło w meczu w Białymstoku. Teraz mogli pomóc "Dumie Podlasia" w odrabianiu strat.
Pierwsze co w oczy rzucał się obiekt Stadio Artemio Franchi, który - łagodnie mówiąc - nie grzeszył pięknem. Na trybunach również nie zasiadło zbyt wielu kibiców Fiorentiny. W takich warunkach przedstawiciel Ekstraklasy walczył z klubem Serie A - walczącym w tym sezonie o utrzymanie.
Warto zaznaczyć, że w pierwszym meczu to ekipa Siemieńca prowadziła grę, nie dopuszczała Fiorentiny do zbyt wielu dogodnych okazji. W rewanżu gospodarze już po kilku minutach mieli na koncie celny strzał. Mimo to Jagiellonia wciąż mogła się podobać, choć na własnym terenie włoski zespół czuł się zdecydowanie lepiej.
W 17. minucie żółtą kartkę otrzymałKamil Jóźwiak. Reprezentant Polski zgubił piłkę na połowie przeciwnika, po czym ratował się ciągnięciem rywala za koszulkę. Nie był to dobry pomysł, zwłaszcza biorąc pod uwagę miejsce placu gry oraz moment spotkania. Ostatecznie szybko opuścił murawę z powodu kontuzji.
Na szczęście siedem minut później garstka fanów Jagiellonii eksplodowała z radości! Do siatki po świetnym zgraniu Pulu trafił Bartosz Mazurek. Wychowanek białostockiego klubu idealnie, w tempo wbiegł w pole karne i "na dwa razy" pokonał Lucę Lezzeriniego. 33 proc. zadania było już wykonane.
W minucie 32. sam napastnik gości nieźle uderzył z główki, ale tym razem golkiper Fiorentiny był na posterunku. Później znakomitą okazję zmarnował Bernardo Vital. Portugalski defensor, znajdując się w polu karnym Fiorentiny, przestrzelił wysoko nad bramką w sytuacji, którą po prostu powinien zamienić na gola.
Mimo to tuż przed zakończeniem pierwszej połowy Jagiellonia miała już na koncie dwa gole. Drugi raz odwagą i przebojowością popisał się Mazurek. Tym razem 19-latek oddał strzał, który po rykoszecie przelobował bramkarza i wylądował w siatce. Jak to mówi słynne przysłowie, szczęście sprzyja lepszym. Na przerwę Białostoczanie schodzili do szatni przy wyniku 2:0. Coś, co wydawało się niemal niemożliwe, powoli stawało się naprawdę naprawdę realne. Goście potrzebowali jeszcze jednego trafienia, aby doprowadzić do remisu w dwumeczu.
Po przerwie na placu gry zameldował się m.in. David de Gea, trener Fiorentiny postanowił zmienić bramkarza. Wszystko po to, żeby zatrzymać rozpędzonego przedstawiciela Ekstraklasy. Ale nawet to nie pomogło. Zaledwie cztery minuty po gwizdku Bartosz Mazurek skompletował hat-tricka! Znów po asyście Pululu, płaskim uderzeniem na dalszy słupek, z bliskiej odległości. Były gwiazdor Manchesteru United skapitulował między słupkami. Po niespełna 50. minutach zespół Adriana Siemieńca odrobił trzybramkową stratę. To naprawdę się stało.
Jedno było pewne - niezależnie od końcowego rezultatu Jagiellonia znów stała się wizytówką polskiej piłki na całą Europę. Piłkarze z Białegostoku emanowali pewnością siebie, w ich grze czuć było jakość, wyszkolenie, intensywność i pomysł. Wszystko to szło w parze z wynikiem na tablicy świetlnej. Po godzinie gry zawodnicy Paolo Vanoliego nieco podkręcili tempo, zaczęli kreować okazje, jednak Jagiellonia grała naprawdę mądrze i dojrzale zarówno z piłką przy nodze, jak i w defensywie. Na pochwały zasłużyli Wojtuszek, Romanczuk czy Pelmard. W 94. minucie Moise Kean zmarnował sytuację, po której mógł zniszczyć marzenia polskiego klubu.
Regulaminowy czas gry nie przyniósł rozstrzygnięcia. Przed godz. 21:00 rozpoczęła się dogrywka. W niej gospodarze znów przejęli inicjatywę. Białostoczanie wyraźnie opadli z sił, rzadko wybierali się pod bramkę włoskiej ekipy. Na drugą część dogrywki pojawił się Dimitris Rallis, Grek zmienił Bartosza Mazurka. W ten sposób po murawie biegało czterech napastników Jagiellonii.
Niestety w 107. minucie Nicolo Fagioli kropnął zza pola karnego w ten sposób, że wybijający wcześniej futbolówkę Sławomir Abramowicz nie zdążył wrócić między słupki. Było 3:1. To oznaczało, że Fiorentina wyszarpie awans do 1/8 finału. Chwilę później Włosi dołożyli drugą bramkę. Nadzieję w seria Polaków golem na 4:2 wlał Jesus Imaz, ale to nie wystarczyło. Takim wynikiem zakończyło się czwartkowe spotkanie. Mimo wygranej na wyjeździe Jagiellonia musiała pogodzić się z odpadnięciem z Ligi Konferencji w iście historycznych okolicznościach. W dwumeczu ekipa Siemieńca przegrała 4:5.














