Adrian Siemieniec już znany w mocnych ligach. Komputery aż płoną
Okraszony hat trickiem występ Bartosza Mazurka przeciwko Fiorentinie zapewnił 19-letniemu piłkarzowi Jagiellonii taką reklamę w Europie, na jaką rzadko mogą liczyć zawodnicy z Ekstraklasy. Ale kto wie, czy tego wieczora na mocny zagraniczny transfer nie popracował ktoś, kto na boisko nawet nie wyszedł. Adrian Siemieniec już dawno w algorytmach "świeci się na zielono" i - paradoksalnie - po porażce 0:3 z włoską ekipą przed tygodniem, zaświecił się jeszcze mocniej.

Żeby zrozumieć, jak kluby w najlepszych ligach wybierają trenerów, trzeba odrzucić myślenie o suchych wynikach. One są istotne, ale nie jako cel, lecz jako efekt. Żaden duży klub nie pozwoli sobie na zatrudnienie trenera, który nie osiąga wyników, lecz jednocześnie coraz mniej jest chętnych do sięgania po takich, którzy w drodze po wynik wyznają teorię "cel uświęca środki". W cenie są szkoleniowcy, którzy budują rezultaty poprzez efektowną grę i filozofię bazującą na odwadze. Gra defensywna, porównywana często do stawiania autokaru w bramce, może być skuteczna, ale nie rozwija piłkarzy. Nie promuje jednostek. W czasach, gdy ekosystem większości klubów oparty jest na tym, by sprzedawać drogo. Dopiero zrozumienie tych prawideł odpowie na pytanie, dlaczego nawet porażka 0:3 z Fiorentiną nie sprawiła, by Adrian Siemieniec przestał być dla algorytmów atrakcyjny. A patrząc, jak dokładnie wyglądał ten mecz (nie wynik!), to ona mu nawet... pomogła - zwłaszcza, gdy tydzień później otrzymaliśmy (kolejny) dowód, że obrana droga przez niego droga ma sens w myśleniu długoterminowym.
Jest klub, który pokazał, że nawet porażka może mieć sens
W chwili, gdy wszyscy są pod wrażeniem zwycięstwa 4:2 nad Fiorentiną i samego faktu doprowadzenia do dogrywki po tak wysokiej porażce w pierwszym spotkaniu, warto zdać sobie sprawę, że nie tylko w rewanżu Jagiellonia zagrała na swoich warunkach. W Białymstoku porażka była efektem absurdalnych błędów, nie zaś strachu, czy złego podejścia do meczu. Mniej więcej to miał na myśli Siemieniec, mówiąc wóczas, że gdyby wykasować z tamtego spotkania bramki, Jagiellonia wyglądała naprawdę dobrze.
To dobry moment na przywołanie przykładu Bodo/Glimt - drużyny, do której również w Polsce wzdycha się z gryzącym uczuciem zazdrości. W przyszłym roku norweski klub będzie świętować dziesięciolecie awansu do tamtejszej ekstraklasy. Wtedy budżet wynosił 4 mln euro, więc chcąc zbudować coś odróżniającego się od innych - trzeba było szukać alternatywnych rozwiązań. Uznano, że takim będzie całkowita zmiana stylu gry i trzymanie się nowej wersji bez względu na początkowe niepowodzenia. W Bodo postawiono na: konkretne ustawienie, w ich przypadku 4-3-3 i - co równie ważne - konkretny styl. Gdy piłkę mieli piłkarze Bodo, mieli grać krótko - bez kalkulowania starty, nawet jeśli ta strata miałaby nastąpić pod własną bramką. Błędy traktowano jako coś wkalkulowanego w rozwój. W momencie, gdy piłkę miał rywal - miał być atakowany najwyżej, jak się da - w okolicach jego własnego pola karnego. Brzmi banalnie, ale właśnie to stało się fundamentem pod obecne Bodo. I to - w niektórych aspektach gry - próbuje naśladować Jagiellonia.
Gdy dziś poczyta się wspominki ludzi, którzy tworzyli podwaliny pod obecne Bodo, każdy mówił: - To styl gry był najważniejszy. Mieliśmy grać tak samo z 3-ligowcem w pucharze, z Rosenborgiem w lidze i z gigantami z Premier League, gdybyśmy mieli taką okazję. Bodo, które właśnie wyeliminowało Inter Mediolan, a wcześniej pokonało Manchester City i Atletico Madryt, zrodziło się jako klub, którego wyniki są efektem stylu, a nie styl zakładnikiem wyników.
Mówienie tylko o rewanżu z Fiorentiną jest płytkie
Adrian Siemieniec swoją trzyletnią pracą w Jagiellonii pokazuje, że i on wyznaje podobne wartości. Na pierwszy mecz z Fiorentiną można patrzeć przez pryzmat porażki 0:3, ale można także znacznie szerzej - ze zrozumieniem dla potrzeby forsowania dominującego futbolu. Długimi fragmentami tamtego meczu właśnie taki prezentowali piłkarze Siemieńca. Gdyby Siemieniec miał zostać w Jagiellonii na następnych pięć lat, całkiem możliwe, że mielibyśmy kandydata do polskiego Bodo/Glimt (trener Bodo Kjetil Knutsen prowadzi ten zespół od 2018 roku).
Zachwyt tylko nad rewanżem we Florencji jest tyle zrozumiały, co mimo wszystko płytki. Nie skupia się na całej drodze, jaką przeszła Jagiellonia, która w na pełnym dystansie dwumeczu - z wszystkimi wadami i zaletami - potrafiła być tą samą Jagiellonią, którą Adrian Siemieniec wymyślił w sezonie mistrzowskim. Ten dwumecz był czymś więcej niż dwumeczem - był trenerską filozofią 34-letniego szkoleniowca. Filozofią opartą między innymi na tym, że jeśli grasz dobrze, to nie masz szans przegrywać na dłuższą metę. Jagiellonia - wyłączając błędy, a biorąc pod uwagę wyłącznie styl - zagrała niezły mecz w Białymstoku, a we Florencji udowodniła, że grając w takim stylu, długoterminowo nie będzie przegrywać, a może nawet wygrywać z silnymi.
Zobacz również:
Siemieniec zamknął usta krytykom?
Po 0:3 w Białymstoku można było sporo przeczytać, że wielki futbol wyjaśnił Adriana Siemieńca. Że nikt w Europie po takim meczu na niego nie spojrzy. To bzdura. Nawet gdyby teraz Siemieniec przegrał ponownie, ale pozostał wierny swojej filozofii, w kontekście spojrzenia na niego "łowców głów" z lepszych lig niewiele by to zmieniło.
Poważne kluby szukając trenera nie odbijają się od ściany i nie dochodzą do szybkich wniosków, z których wynika, że do czwartku trener był godny spojrzenia na niego, ale po czwartku już nie jest, bo wyraźnie przegrał jeden mecz. W czasach, gdy piłka opiera się w takiej mierze na danych i gdy wszędzie dominuje tzw. data-driven, gdzie Siemieniec "świeci się na zielono" jako trener, który jest proaktywny, ofensywny, w głównych założeniach dominujący i rozwijający piłkarzy - nawet najwyższa porażka nie jest w stanie zamazać kilkuletniego cyklu. A już zwłaszcza porażka bez porzucenia określonego stylu - jak w Bodo/Glimt przed laty.
W przypadku Siemieńca mówi się o zainteresowaniu belgijskiego Cercle Brugge - klubu, którego funkcjonowanie opiera się o drogie transfery wychodzące. Niech pytaniem retorycznym będzie, czy tamtejsi headhunterzy mogli zniechęcić się wyraźną porażką z zespołem Serie A, gdy dosłownie przed chwilą drzwi w wielkim FC Porto wyważył Oskar Pietuszewski, "produkt" Adriana Siemieńca. Dziś wszyscy mówią o Bartoszu Mazurku, ale przecież on nie wziął się z powietrza - już jesienią pokazywał, że potrafi grać kapitalnie. Robił to, bo ma talent i pracowitość, ale także dlatego, że rozwinął go Adrian Siemieniec. Śmiało można powiedzieć więcej - jeśli Jagiellonia przegra w niedzielę z Legią, nawet wysoko, żaden klub, który dziś myśli o zaproszeniu Adriana Siemieńca na rozmowę, nie zrezygnuje z niej. Bo to jest trener, którego filozofia na dystansie się broni.
Trzy lata bodźcowania. I wciąż działa
Jednym z trenerów, który sukces w dużej mierze buduje na "bodźcowaniu" piłkarzy, jest Łukasz Tomczyk z Rakowa Częstochowa. Gdy w grudniu po ostatnim meczu Polonii Bytom w rundzie jesiennej siedzieliśmy na przeciwko siebie podczas wywiadu, usłyszałem od niego, że bez względu, czy Marek Papszun dogada swój transfer do Legii (i czy w związku z tym on sam trafi do Rakowa), będzie chciał odejść z Polonii i zrobić sobie półroczną przerwę. Wspomniał, że zaczyna czuć, jakby jego "bodźcowanie" już nie do końca trafiało do piłkarzy, jakby dochodziło do wypalenia materiału. Po kilku latach to naturalne.
Ale nie u Siemieńca. Tylko w ostatnim tygodniu widzieliśmy Jagiellonię wychodzącą, jak na wojnę (pierwszy mecz z Fiorentiną), kompletny brak mentalnego zjazdu w starciu z Radomiakiem w lidze (co byłoby naturalne po 0:3 i konieczności grania z rywalem, który nie jest klasy "premium") oraz pełną wiarę u każdego piłkarza w możliwość odrobienia trzybramkowej straty we Florencji.
To tylko trzy mecze, ale można je rozciągnąć na trzy lata - bo ostatnie, co widać w Jagiellonii Siemieńca, to wypalenie materiału. Dlatego trudno uwierzyć, by mogło mu w piłce nie wyjść, nawet jak w karierze zanotuje jeszcze wiele takich meczów, jak 0:3 z Fiorentiną. Ba, może właśnie dlatego mu wyjdzie - dzięki wierności swojej filozofii, w oderwaniu od krótkoterminowych celów, które nie zawsze idą w parze z rozwojem.
Kiedyś spytałem Adriana Siemieńca, którego meczu w karierze żałuje najbardziej. Odpowiedział, że z Ajaxem Amsterdam, gdy odszedł od swojej filozofii. I tak przegrał, ale nie mógł przeboleć, że porażka wyglądała tak źle dla oka, a okazja do rozwoju na tle mocnego rywala została stracona.












