Nsame już w pierwszej minucie świetnie minął bramkarza i strzelił bramkę z ostrego kąta, ale gol został anulowany przez VAR z powodu niewielkiego spalonego. Ciągle nie mogę uwierzyć, jakim cudem Goncalo Feio nie poznał się na jego talencie? Dlaczego ściągnął Szkuryna za 1,5 miliona euro i grał Marciem Gualem? Owszem, Kameruńczyk bywa wolny jak wóz z węglem i zwrotny jak TIR wyprzedzający na autostradzie, ale gołym okiem widać, że posiada "magic touch", magiczne dotknięcie. Nieprzypadkowo przez wiele lat trzelał dwucyfrową liczbę bramek w lidze szwajcarskiej. Miał sezon, gdzie w 32 meczach zdobył 32 gole. Fenomenalny "target man", czyli wysunięty napastnik pełniący rolę głównego punktu zaczepienia w drużynie. I Legia może się na nim zawiesić. To on świetnie główkował po dośrodkowaniu Kapustki, wyrównując wynik spotkania. Na nic się jednak to zdało.
Trener AEK mówił, że boczni obrońcy Legii grają wysoko. Właśnie w tym elemencie upatrywał szans na to, by ukłuć warszawiaków. I tak się stało. Zanim Nsame wyrównał, przy pierwszej bramce wyciągnięto wyżej Wszołka, a Jan Ziółkowski (swoją drogą, fajna postawa mimo dogranego transferu - pokazał szacunek dla klubu, który go wychował i dał mu szansę) i Rafał Augustyniak nie zdążyli go zaasekurować. Gospodarze wyszli trzech na trzech. Wystarczył jednak tylko jeden. Yerson Chacón ładnie złamał akcję do środka w polu karnym i posłał piłkę po długim rogu. Tę sztukę powtórzy jeszcze w drugiej połowie Yerson Chacon.
W pierwszej jeszcze nic nie zapowiadało tragedii. Legia wyrównała i miała swoje sytuacje. Nsame po błędzie AEK w rozegraniu stanął oko w oko z bramkarzem, a kilka sekund później jego podanie próbował wykończyć Kapustka. Po sytuacji sam na sam Wszołka dobijał Stojanović - też niecelnie. Wydawało się, że drużyna Edwarda Iordănescu ma ten mecz pod kontrolą.
Tymczasem ten po zmianie stron kompletnie im się wymsknął z rąk. Tuż po przerwie swoją trzecią w karierze bramkę przeciwko Legii strzelił Karol Angielski. Dwie dotychczasowe wbił jeszcze jako piłkarz Radomiaka Radom. Pilnowany był na radar i ze spokojem zagłówkował obok Kacpra Tobiasza. - Odpowiedzialność za wynik spoczywa na mnie - przyznał Iordănescu, który po raz pierwszy zaznał smaku porażki na ławce trenerskiej Legii Warszawa. - Byliśmy spóźnieni, brakowało energii i agresywności - dodał, wskazując na trudne warunki atmosferyczne panujące na Cyprze.
Przyczepić się można jednak do rzeczy, które z pogodą nie mają aż tyle wspólnego. Na przykład stałe fragmenty gry. Legia miała wiele problemów z rzutami rożnymi AEK-u: raz uratował przed stratą gola niezbyt tego świadomy Wszołek, a wynik ustalił samobój Rajovicia, będący swoją drogą jedynym efektem zmian Iordanescu w drugiej połowie. Morishita miał jedno dokładne podanie, a Chodyna dwa. Fatalne dali zmiany, a przecież weszli na ostatnie 20 minut, przy wyniku 1:2.
Legia źle pressowała, ale przede wszystkim przeraźliwie często nie potrafiła odbudować ustawienia w defensywie. Ostatni raz Legia straciła cztery bramki w eliminacjach do europejskich pucharach... dwie dekady temu, w Zurychu. W pierwszym składzie "Wojskowych" grał wtedy między innymi komentator Canal+, Marcin Rosłoń, a także Łukasz Fabiański czy ekstraklasowi trenerzy: Aleksandar Vuković i Jacek Magiera. Podsumowaniem popisów Legii jest to, że po stracie czwartego gola największym wyzwaniem stało się, żeby nie stracić piątego - i całe szczęście, że arbiter doliczył tylko 8 minut.
Nie odbieram Legii szans w rewanżu, podobnie jak Lechowi czy Rakowowi, który u siebie przegrał 0:1 z Maccabi Haifa. Dobrze, że istnieje Liga Konferencji - znów nabijemy rankingowych punktów i będziemy mówili, że jesteśmy blisko lepszych lig. Być może jest jeszcze za wcześnie, by z powodzeniem rywalizować w mocniejszych rozgrywkach. Europejska trzecia liga - ni mniej, ni więcej, przynajmniej na ten moment. Oby tylko w komplecie.












