Zaledwie osiem dni temu trybuny przy Bułgarskiej były niemal pełne, a fani mistrza Polski przyjechali na stadion by świętować awans do trzeciej rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów. Po wygranej w Danii z Aarhus GF aż 4:1 wydawało się to być formalnością. Lech zderzył się jednak po raz kolejny ze ścianą, ta wpadka była chyba bardziej bolesna niż przegrane ze Stjarnanem, Żalgirisem Wilno czy Spartakiem Trnawa. Bo zabrała idealną, tak się wydawało, ścieżkę do historycznej kwalifikacji do Ligi Mistrzów.
Lech spadł więc do Ligi Europy - w czwartek gościł mistrza Wysp Owczych KI Klaksvik. Przyjazd Farerów do Wielkopolski nie wzbudził już zainteresowania, na stadionie pojawiło się niemal trzy razy mniej widzów niż w zeszłym tygodniu. "Kolejorz" miał do zmazania wielką plamę, przynajmniej częściowo.
Bo porażkę 1:4 z Aarhus na własnym stadionie, a później 3:4 w rzutach karnych, będzie się w Poznaniu pamiętać jeszcze latami. I nie zmieni tego nawet awans do fazy grupowej Ligi Europy.
Liga Europy. Lech Poznań kontra KI Klaksvik. Pierwszy mecz trzeciej rundy kwalifikacji
Pierwszy gwizdek sędziowski oznaczał kompromitację w Poznaniu, choć tym razem - nie Lecha. Tydzień temu Lech nie dostał od UEFA zgody na upamiętnienie zmarłego legendarnego koszykarza tego klubu Jarosława Jechorka, teraz zaś - dostał. Sędzia z Izraela Orel Grinfeeld otrzymał jeszcze przypomnienie ej informacji o chwili ciszy tuż przed wyjściem na murawę. I gdy spiker ogłosił ten moment, Grinfeeld odgwizdał początek spotkania. Kibice w ciszy więc oglądali, jak KI konstruuje swoją akcję.
A później głównie kompromitowali się już piłkarze Lecha. Tak jak się można było spodziewać, mistrz Wysp Owczych skupił się na defensywie - bronił całą jedenastką przed własnym polem karnym, wybijał daleko piłkę, liczył na stałe fragmenty. I zanim minął kwadrans, szansę dostał. Strzał Filipa Brattbakka został zablokowany, półwolej Joannesa Danielsena poszybował tuż nad poprzeczką.

Lech grał za wolno, z jego przewagi nic nie wynikało. Pchał swoje akcje środkiem, piłki jednak nie docierały do Mikaela Ishaka, znów dalekiego od wysokiej formy. Bo gdy już był w grze, to nie wnosił żadnej jakości. To samo można zresztą powiedzieć o Walemarku i kilku innych zawodnikach.
Olbrzymia przewaga Lecha musiała oczywiście przynosić jakieś sytuację. Dośrodkowanie Joela Pereiry na trafienie powinien był zamienić Allahyar Sayyadmanesh, z bliska niemal trafił w bramkarza. Za moment rykoszet po dośrodkowaniu Irańczyka wylądował na poprzeczce, bramkarz KI Mark Jensen obronił z kolei strzał z dystansu Walemarka.
To było jednak wyjątki, gra mistrza Polski wyglądała bardzo źle. A sędzia z Izraela jeszcze pozwalał Farerom na zwalnianie w każdej możliwej przerwie.
Kibice jednak jakoś to wytrzymywali, dopingowali zespół, mimo pustego "Kotła" - to z kolei kara UEFA. Pierwsze gwizdy pojawiły się wtedy, gdy sędzia z Izraela zakończył połowę.
Lech nie wyglądał jak zespół, który tak świetnie dwa tygodnie temu prezentował się w Danii. Znów dotknęły go te same koszmary, co zwykle przychodzą latem, gdy trzeba walczyć w pucharach. A jeszcze w szatni nie mógł pomóc Niels Frederiksen, zawieszony na to spotkanie.
Lech chciał grać po przerwie ofensywniej - defensywnego pomocnika Murawskiego zastąpił Luis Palma. A później pojawił się drugi napastnik - Yannick Agnero.
Tymczasem zaraz po przerwie to Farerzy stworzyli sobie sytuację, i to po dalekim wrzucie z autu. Nie zamknął jej jednak strzałem Pall Klettskard.

"Kolejorz" też miał swoją szansę - i to najlepszą. Fatalnie z bliska spudłował Pablo Rodriguez, zmarnował świetne zagranie piątą Walemarka. Minuty mijały, Lech się gubił, Klaksvik konsekwentnie realizował swój plan. Cierpliwie się bronił, szukał każdej sekundy w przerwach na wznowienia akcji. I testował... bramkarza Mateusza Lisa. W 69. minucie Arni Frederiksberg chciał wkręcić piłkę do bramki bezpośrednio z rzutu rożnego. Futbolówka minęła bramkarza Lecha, ale zatrzymała się na poprzeczce.
"Kolejorz" wciąż zaś bił głową w mur. Rywale ustawili się już niemal całym zespołem w swoim polu karnym, najwyżej ustawiony zawodnik przeszkadzał na... 18. metrze. I to dawało im efekt.
Aż w końcu się pomylili, w kuriozalnej sytuacji. To Lech się bronił, gdy Ishak zagrał piłkę na połowę gości, a Agnero perfekcyjnie wystartował sprzed linii środkowej. Znalazł się sam na sam z Jensenem, ten się jeszcze poślizgnął. Iworyjczyk to wykorzystał, trafił na 1:0.
Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji Lech powinien już spokojnie kontrolować grę, szukać drugiej bramki. A tymczasem to Lis musiał ratować drużynę przed wyrównaniem świetną paradą.
Skończyło się więc na 1:0, to niewielka zaliczka przed rewanżem, który za tydzień odbędzie się w Thorshavn. Na sztucznej murawie, do której Farerzy są przyzwyczajeni.









![Kiedy Iga Świątek gra z Marie Bouzkovą? O której mecz? US Open [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000N5SIZMGFRMT8O-C401.webp)


