Chaos w meczu Porto. Absurdalny "swojak" i anulowany gol. Bednarek łapał się za głowę
Po ograniu VfB Stuttgartu, FC Porto awansowało do ćwierćfinału tegorocznej edycji Ligi Europy. Tam ekipa Francesco Fariolego trafiła na Nottingham Forest. Pierwsze z dwóch starć tych ekip odbyło się 9 kwietnia na Estadio do Dragao. Już w 10. minucie gospodarze objęli prowadzenie, jednak bardzo szybko zostało ono zniwelowane przez... kuriozalny gol samobójczy jednego z defensorów. W drugiej odsłonie zawodnicy Forest zdołali strzelić gola, lecz ten został anulowany przez arbitra. Tym sposobem, mecz zakończył się wynikiem 1:1.

FC Porto bez większych problemów przeszło tegoroczną fazę ligową Ligi Europy. W 1/8 finału europejskiego trofeum portugalskie "Smoki" trafiły na VfB Stuttgart, z którym to podopieczni Francesco Fariolego poradzili sobie całkiem sprawnie.
To oznaczało oczywiście awans do ćwierćfinału zmagań, gdzie na Portugalczyków już czekał angielski Nottingham Forest. Na papierze to FC Porto było faworytem tego spotkania. Zespół Vitora Pereiry w poprzedniej rundzie rozegrał dwumecz z duńskim FC Midtjylland. "Tricky Trees" wygrali, jednak awans do dalszej fazy rozgrywek nie przyszedł im z łatwością.
Szybki cios, chwilę później fatalne zagranie defensora. Bednarek nie mógł w to uwierzyć
W pierwszym składzie FC Porto mogliśmy podziwiać tylko jednego z trzech Polaków - Jana Bednarka. Jakub Kiwior rozpoczął mecz jako zawodnik rezerwowy, natomiast Oskar Pietuszewski nie mógł wystąpić w tym spotkaniu z powodu braku zgłoszenia do rozgrywek.
Już w pierwszej minucie rywalizacji z Anglikami FC Porto mogło objąć prowadzenie. Czujny golkiper Nottingham Forest zdołał jednak obronić strzał, a także dobitkę napastników gospodarzy. Mimo to, sytuacja dała graczom Porto przysłowiowy "wiatr w żagle", który pomagał w konstruowaniu kolejnych ataków.
Na pierwszą skuteczną akcję ofensywną nie musieliśmy zresztą czekać przesadnie długo. Już w 10. minucie doczekaliśmy się bowiem gola autorstwa Williama Gomesa. Kluczowe było jednak w tej sytuacji dogranie Gabriego Veigi, który puścił świetną piłkę wzdłuż linii bramkowej.
Szybkie objęcie prowadzenia zdekoncentrowało jednak niektórych zawodników FC Porto. Przy próbie wyprowadzenia kolejnej akcji Martim Fernandes zagrał piłkę w kierunku Diogo Costy. Defensor nie popatrzył jednak, jak ustawiony jest w tej sytuacji golkiper. Za sprawą jego zagrania... piłka wpadła do siatki. Chwilę po strzeleniu gola samobójczego Portugalski defensor musiał natomiast opuścić boisko z powodu urazu. Jego miejsce zajął Alberto Costa.
Sytuacja ta zdecydowanie odebrała sporo animuszu zawodnikom FC Porto. Przez kilkanaście kolejnych minut nie potrafili oni odzyskać kontroli nad meczem. Dopiero w końcowej fazie pierwszej połowy udało im się na dobre otrząsnąć z szoku. Mimo kilku naprawdę groźnych okazji, nie dali jednak rady ponownie wyjść na prowadzenie.
Kompletny chaos w drugiej połowie. Kluczowy gol cofnięty przez arbitra
Na początku drugiej połowy znów mogliśmy podziwiać wyczyny nakręconych zawodników FC Porto. Rywale również dochodzili jednak do głosu, skutkiem czego była między innymi bardzo dobra próba w wykonaniu Jamesa McAtee. Tym razem Costa stanął jednak na wysokości zadania, parując "bombę" poza pole gry.
W 62. minucie Nottingham Forest zmieściło wreszcie piłkę w siatce gospodarzy. Ich radość była jednak przedwczesna. W tej samej sytuacji doszło bowiem do ataku na bramkarza Porto, przez co VAR zmuszony był sprawdzić przepisowość zdobytej bramki. Po weryfikacji gol został cofnięty, ku nieopisanej radości portugalskich kibiców.
Od tego momentu grę obydwu ekip można opisać jednym słowem - chaos. Akcja przenosiła się z jednej połowy na drugą, jednak w natłoku ataków brak było dokładności, która pozwoliłaby odmienić losy spotkania. Mecz zakończył się więc remisem 1:1. Okoliczności tego rezultatu zapewne zdruzgotały fanów FC Porto, natomiast sympatycy Nottingham Forest mogli odczuć sporą ulgę.












