Reklama

Reklama

Właśnie dlatego Legia zostawiła punkty w Rzymie

"Legia nie przyniosła wstydu" - takie hasła po 0-1 w Rzymie z Lazio włóżmy między bajki. Rywal miał rezerwową ofensywę, oszczędzał ją na derby z Romą, a i tak bez wysiłku zainkasował trzy punkty, dając się wyszumieć mistrzom Polski w I połowie.

Gdyby Jakub Kosecki wykorzystał sytuację z 21. min Legia być może by wygrała (z pewnością nie przegrała), a sam "Kosa" trafiłby do notesu menedżerów poważnych klubów. Owszem, sytuacja do najprostszych nie należała, piłka była w powietrzu, niewiele miejsca i czasu do oddania strzału, ale jednak można było uderzyć mocniej i nie w środek bramki.

Reklama

Skrzydłowy Legii i reprezentacji Polski na Stadio Olimpico mógł się boleśnie przekonać, że w Europie sama szybkość nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze siła do walki ciałem, a tej mu brakuje, co musiał odczuć, rozbijając się o Cavandę niczym o hokejową bandę.

U Kuby brakuje mi jeszcze wyrachowania. Sytuacja z I połowy, gdy po stracie Kosecki rzucił się na zapalenie płuc, by gonić rywala, choć defensywa mistrzów Polski była należycie zabezpieczona: "Kosa" dogonił piłkarza Lazio, zrobił wślizg, piłki nie odebrał, a stracił sporo sił. Za moment ich zabrakło, gdy trzeba było wyjść do kontry z Tomasz Brzyskim.

Stracona bramka? Można stwierdzić, że z niczego, dwójka piłkarzy Lazio starczyła na całą defensywę mistrza Polski. Zabrakło odpowiedzialności w kryciu. Np. Ivica Vrdoljak wrócił  pod bramkę, ale co z tego wynikało? Nie był w ogóle zainteresowany tym, kto może zagrozić, gdzie piłka zmierza po centrze z lewej strony. Pokazał: "Wróciłem, więc odczepcie się ode mnie". Przy takim podejściu nabiegający, rozpędzony Hernanes skoczył wyżej niż wybijający się z miejsca Brzyski.

Ogólnie rażąca była różnica w przygotowaniu fizycznym i atletycznym obu ekip. Wystarczyło przyjrzeć się przeciętnemu legioniście i zawodnikowi Lazio. W budowie górnej partii mięśni to była przepaść. Na dodatek te mięśnie nie przeszkadzały rzymianom w szybkim bieganiu. Nie dziwmy się później zatem, że pojedynki, zastawianie piłki, przepychanie się w walce o nią - to wszystko były atuty Lazio.

To są mankamenty, których nie da się nadrobić w miesiąc-dwa. Trzeba lat ciężkiej pracy, bez barwnych opowieści o pielęgnowaniu świeżości i szybkości.

Powiew optymizmu wiązał się dla mnie z grą na stoperze Jakuba Rzeźniczaka. To jest profesjonalista, a nie efekciarz. Twardy, zdecydowany, grał w prosty sposób: odbierz, podaj, ustaw się w linii defensywnego bloku. Żadnych niepotrzebnych fajerwerków, szafowania siłami.

Dossa Junior błędów nie popełnił, pamiętajmy jednak, że jego przeciwnikiem był Floccari (zaledwie 28 minut w tym sezonie w Serie A), a nie Miroslav Klose.

Po I kolejce Legia zamyka tabelę grupy J, więc nie dziwmy się, że Jan Urban ma smutną minę. W następnych meczach trzeba sprawić, by jedyną przewagą mistrzów Polski nie był doping kibiców, tym bardziej, że w starciu z Apollonem przy Łazienkowskiej (3 października) go zabraknie.

Autor: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje