Reklama

Reklama

Piłkarze Lecha Poznań: Obojętnie z kim, ma być awans

Częste powtarzanie na treningach stałych fragmentów gry przynosi efekty – znów przekonali się o tym piłkarze Lecha Poznań. Gol Tomasza Kędziory, zdobyty w rewanżowym meczu z Nomme Kalju, dał duży komfort wicemistrzom Polski. Lech wygrał 3-0 i awansował do kolejnej rundy.

W poprzednim sezonie lechici zdobyli sporo bramek po stałych fragmentach gry, a Gergo Lovrencsics "nabijał" sobie wrzutkami kolejne asysty. W czwartek dołożył do statystyk następną - tym razem idealnie dośrodkował na głowę Tomasza Kędziory, który uderzeniem głową dał Lechowi prowadzenie 1-0. Był to bardzo ważny gol, bo wyrównujący stan dwumeczu. - Cieszy taki gol, gdy pada po akcji ćwiczonej na treningu - mówił po spotkaniu trener Lecha Mariusz Rumak.

Na środowych zajęciach poznaniacy poświęcili sporo czasu na dośrodkowania i walkę przed bramką. - Dużo pracowaliśmy nad tym, bo wiedzieliśmy, że to może być dobry sposób na złamanie obrony rywali. A Tomek ma akurat dobry timing i znów go wykorzystał - mówił stoper Marcin Kamiński. Kędziora widział tę akcję z 33. minuty tak: - Gergo zagrał piłkę, Szymek (Pawłowski - red.) wyblokował mi przeciwnika, a ja tylko wbiegłem i musiałem dobrze strzelić. Na treningu też dobrze szło, bo zdobyłem chyba trzy bramki z takich dośrodkowań. Ćwiczenia są ważne, bo później wiesz, kiedy trzeba wyprzedzić, kiedy poczekać, a kiedy lekko popchnąć - przyznaje Kędziora.

Reklama

Dobra gra Lecha z pierwszej połowy, gdy rywale nie mieli możliwości oddania choćby jednego strzału na bramkę Jasmina Buricia, została przyćmiona słabszą postawą po przerwie. Kamiński tłumaczył, że zamiarem Lecha było lekkie cofnięcie się, aby zapobiec ewentualnym kontratakom rywali. - Chyba zrobiliśmy to nieco za mocno i daliśmy im rozgrywać akcje. Zupełnie niepotrzebnie - zauważył "Kamyk". - Cofnęliśmy się automatycznie. Teraz więcej do siebie krzyczymy, nie chcemy już powtórki z zeszłego roku, gdy dostawaliśmy bramkę i od razu było ciężko. Chcieliśmy zdobyć gola najszybciej jak się tylko da, ale jednocześnie nie nadziać się kontrę. W pierwszej połowie wyglądało to bardzo dobrze, w drugiej gorzej. Szkoda jednak, że trzeci gol dla nas padł dopiero w 90. minucie, bo gdyby stało się to wcześniej, bramek byłoby jeszcze więcej - stwierdził Hubert Wołąkiewicz. Najlepszą okazję na ostateczne rozstrzygnięcie rywalizacji miał kwadrans przed końcem Dawid Kownacki, który po znakomitym dograniu Muhameda Keity z paru metrów trafił w bramkarza Nomme Kalju. - Powinienem był wykorzystać tę sytuację, ale koledzy mówili, że bramkarz był już  blisko mnie. Nie byłoby tylu nerwów. Tak chyba miało jednak być. Na szczęście strzeliłem w 90. minucie i to mój pierwszy gol w pucharach - opowiadał 17-letni Dawid Kownacki, który zaraz po spotkaniu został zabrany na... prześwietlenie szczęki. Pod koniec meczu został bowiem mocno uderzony piłką. Badania potwierdziły, że to tylko zbicie, bez żadnego złamania.

Rywalem Lecha w trzeciej rundzie kwalifikacji będzie islandzki zespół Stjarnan z położonego niedaleko Reykjaviku miasta Gardabaer. Wicemistrzom Polski wcale nie będzie lekko - ich rywale jeszcze w tym roku nie przegrali. W lidze zajmuję drugie miejsce (siedem zwycięstw, pięć remisów), w kwalifikacjach Ligi Europejskiej rozprawili się najpierw z Bangor City z Irlandii Północnej (4-0 i 4-0), a w czwartek wyeliminowali szkockie Motherwell FC (2-2 i 3-2 po dogrywce). Kamiński i Wołąkiewicz potwierdzili, że nie oglądali skrótu pierwszego meczu między tymi drużynami. - W ogóle się na tym nie skupiałem, wcześniej była inna robota do wykonania - powiedział Kamiński. - Jak się ma jedną bramkę w plecy po pierwszym meczu, to w głowie siedzi tylko rewanż. Wolałbym lecieć do Szkocji, ale jeśli naszym celem jest faza grupowa, to obojętnie z kim gramy, a i tak musimy wygrać - dodał Wołąkiewicz.

W najbliższym tygodniu piłkarzy Lecha czekają dwa mecze wyjazdowe - w niedzielę ligowy w Zabrzu, a w czwartek - pucharowy na Islandii.

Autor: Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama