Reklama

Reklama

Levinsky: Arsenal - Chelsea, kolejny finał, który potwierdza angielską hegemonię w Europie

Po raz kolejny hiszpański trener Unai Emery był katem Valencii, drużyny którą zaledwie kilka lat temu kierował. Tym razem jednak pokonał ją nie jako trener Sevilli tylko Arsenalu. Wyeliminował ją z rozgrywek na stadionie Mestalla - jej własnym boisku - dzięki wygranej 4-2, po wcześniejszym 3-1 w Londynie. Nie mniej, nie więcej tylko siedmioma golami w dwóch meczach, aby dotrzeć do finału Ligi Europy, który rozegra z Chelsea 29 maja w Baku.

Europejski futbol zostanie w tym sezonie zdefiniowany dwoma wielkimi, angielskimi finałami. Pierwszym będą londyńskie derby między Arsenalem a Chelsea - dwoma drużynami, które dotąd zmieniały system i zawodników aż znalazły dla siebie idealne rozwiązania. Kilka dni później przyjdzie czas na najważniejsze wydarzenie - "el Clasico" między Liverpoolem i Tottenhamem Hotspur, o puchar Ligi Mistrzów, w Madrycie, który już przygotowuje specjalne środki bezpieczeństwa. Do stolicy Hiszpanii przyjedzie 50 tysięcy fanatycznych, brytyjskich kibiców.

Reklama

Wielu przypisuje dominację angielskiego futbolu w Europie wyłącznie kwestiom finansowym, przewadze, jaką ma Premier League wobec innych lig. Przypomnę, że taka sytuacja nie zdarzyła się od 2008 roku, kiedy to w moskiewskim finale Champions League Manchester United pokonał Chelsea w konkursie rzutów karnych. Ale wtedy, w Pucharze UEFA, rozgrywanym w Manchesterze, rosyjski Zenit pokonał szkockich Rangersów.

Uważam jednak, że chodzi nie tylko o pieniądze. Na pewno nie w wypadku Liverpoolu, który na Camp Nou pokonał Barcelonę pod względem posiadania piłki (52 do 48 proc.), mimo że przegrał mecz 0-3. Potem zaś pokonał Barcę nie mając w zespole, z powodu kontuzji, swoich trzech ważnych zawodników. Tym bardziej nie chodzi o pieniądze w wypadku Arsenalu, który strzelił siedem goli Valencii, finaliście Pucharu Króla.

Jeśli chodzi o pieniądze, to wczoraj hiszpańska Liga Zawodowego Futbolu (LFP) podała zyski klubów z minionego sezonu. Wyniosły one w sumie 4,5 miliarda euro i były o 20,6 procenta wyższe niż rok wcześniej. Oznacza to, że hiszpańskie kluby zarobiły o 189 milionów euro więcej, bez wliczania w te zyski Realu Madryt i Barcelony, które w sumie zarobiły 137 milionów euro. I to jest wielka różnica między hiszpańskim a angielskim futbolem.

Przez hegemonię Realu Madryt i FC Barcelona w Hiszpanii pieniądze nie są rozdzielane między kluby w zrównoważony sposób. Teraz do dwóch wielkich w nieśmiały sposób dołączyło Atletico Madryt, ale nie tyle dzięki zyskom z telewizyjnych transmisji meczów, co dzięki otrzymanym premiom. Na przykład, o wiele bardziej sprawiedliwa pod tym względem jest niemiecka liga, mimo że zgodnie z niepisaną tradycją Bayern Monachium zwykle podbiera innym najlepszych zawodników, co potem wpływa na poziom lokalnych rozgrywek.

W lidze angielskiej, mimo że rozdział pieniędzy nie jest tak sprawiedliwy jak w Niemczech, jest jednak o wiele bardziej sensowny niż w Hiszpanii. Do tego trzeba doliczyć dobrą organizację rozgrywek i niewątpliwą popularność w świecie angielskiej ligi. Jeśli do tego dodamy tragiczne wydarzenia na Heysel (1985) i na Hillsborough (1989), które zakończyły się zakazem zbliżania się do stadionów chuliganów, można powiedzieć, że Premier League weszła w etap niezahamowanego wzrostu z coraz lepszymi trenerami, coraz to nowymi rozwiązaniami taktycznymi i różnymi stylami gry.

Tak więc dochodzimy do obecnej sytuacji, w której Chelsea zakończyła etap gry z kontrataku i Maurizio Sarri postawił na bardziej estetyczny futbol (mimo że nie było mu łatwo w półfinale z Eintrachtem Frankfurtem). Arsenal Emery'ego po dwóch dekadach z Arsenem Wengerem postawił na wzmocnienie charakterów. Liverpool dotarł do swojego trzeciego, europejskiego finału w ciągu czterech lat - rezultat zespołowej pracy pod dyrekcją Juergena Kloppa, a Tottenham trzymany silną ręką Mauricio Pochettino osiągnął rezultaty stawiając na zespół złożony z lokalnych zawodników.

Moglibyśmy jeszcze dodać kierowany przez Josepa Guardiolę Manchester City, który drugi raz z rzędu walczy o triumf w Premier League i który został wyeliminowany przez Tottenham w półfinale Ligi Mistrzów. I jeżeli Manchesterowi United nie udało się osiągnąć więcej, to tylko dlatego, że norweski trener Oleg Gunnar Solskjaer zbyt późno przejął drużynę po wielkiej porażce Jose Mourinho.

Jeśli Premier League jest zdecydowanie bardziej atrakcyjną ligą, której mecze rozgrywane są w szybkim tempie, jak Anglia ma nie mieć tak dużej przewagi w futbolu europejskim?

W tym roku nareszcie ma tego potwierdzenie. I wydaje się to sprawiedliwe.

Z Barcelony Sergio Levinsky

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL