Reklama

Reklama

Legia po meczu z Lazio - święto na naszą miarę

Satysfakcja z faktu, że w Lidze Europy Legia przegrała zaledwie 0-1 wyjazdowy mecz z faworytem grupy, jest w istocie tylko kolejnym dowodem fatalnej kondycji polskiej piłki.

Ciekawa to dyscyplina sportu, która mimo jednoznacznej skali wartości, jaką jest wynik, pozostawia tak ogromne pole do interpretacji. Ludzie w barze, gdzie oglądałem starcie Legii z Lazio kłócili się potem długo, czy 0-1 to rezultat godny, czy synonim zaprzepaszczonej szansy? Niby wszystkie punkty zagarnął rywal, ale wielu z nas bało się kompromitacji. Tymczasem mistrz Polski grał przez 45 minut w miarę porządnie.

Mecz z Lazio to dla polskiego futbolu święto. W rywalizacji europejskiej został nam jeden zespół. W dodatku mistrz wyrasta ponad Ekstraklasę, więc każdy jego mecz za granicą jest znaczącym miernikiem jej klasy. Zapewne wszyscy w Polsce chcieliby wiedzieć, co trzeba zrobić, by zbliżyć się do średniej europejskiej? Jeśli gra polskich drużyn nie może być na poziomie nowych, pięknych stadionów, niech będzie chociaż na poziomie budżetów klubów.

Długo wyczekiwane święto polskiej piłki zakłóciło Lazio. Po pierwsze jego kibice, których na trybunach było mniej niż komentatorów NC+. Po drugie trener pozostawiając na ławce graczy, na których najbardziej liczy w derbach Rzymu. Po trzecie ambicje tych, którzy wyszli na boisko nie sięgały wyżej, niż właśnie triumf 1-0 przy najmniejszym nakładzie sił. Nasze święta niewiele obchodzą rywali, oni mają własne. A dla Lazio świętem będą derby z Romą.

W tej sytuacji była podwójna okazja, by mistrz Polski, za wszelką cenę powalczył nie tylko o twarz, ale i punkty. Punktów zdobył jednak zero, co jest kwestią niepodlegającą interpretacji. Można legionistów chwalić za grę. Można zauważyć, że szybkość i ambicja Kuby Koseckiego była dostrzegalna, tak jak boiskowa ogłada Miroslava Radovica. Niestety krzepiące serca deklaracje innych gwiazd polskiej ligi pozostały czystym pustosłowiem bez żadnego pokrycia w faktach.

Jeśli gra z Lazio, przedstawicielem średniej europejskiej miała być okazją dla młodych legionistów do zapoznania się z większą piłką, to ja nie dostrzegłem, by ktokolwiek poza Koseckim z tej okazji chciał skorzystać. Do stolicy Włoch przyjechała nijaka drużyna ze Wschodu, poszumiała troszeczkę, ale nie za mocno w pierwszej połowie, po czym na początku drugiej pokornie położyła głowę pod topór. Nic więcej w godnym występie legionistów w Rzymie dostrzec nie mogę.

Reklama

Rozumiem, że futbol w każdym kraju ma święta skrojone na swoją miarę. Trudno wymagać od Włochów, by emocjonowali się przyjazdem mistrza Polski, tylko dlatego, że to okazja, by na trybunach pojawił się Zbigniew Boniek. Dawnych wspomnień czar to zdecydowanie za mało, aby ktokolwiek w Rzymie traktował piłkarzy Legi z respektem. Mieli 90 minut, by szacunek dla siebie wywalczyć na boisku. Większość z nich zachowywała się jednak biernie. Mecz był nudny, trudny w odbiorze, pełen banalnych technicznych błędów, a co najgorsze ze z góry przewidywalnym zakończeniem.

Nie chodzi mi o to, by wyżywać się, czy pastwić nad legionistami, do obrzydzenia powtarzając zgrane kawałki o słabości polskiej piłki. Jest jaka jest, trzeba z tym żyć, że w tłoku, lub pod presją przeciętny piłkarz wyszkolony nad Wisłą kompletnie się gubi. Że gra jest dla niego za szybka, piłka za okrągła, bramki za białe, a boisko zbyt prostokątne.

Nie bardzo mogę jednak zrozumieć, dlaczego nie ma chęci przezwyciężyć piętrzących się trudności? Dlaczego w tak świąteczny dzień gra na alibi, pozbywa się piłki jak najprędzej, jakby parzyła w stopy. Pozbawiając nas szans na cokolwiek więcej poza tradycyjną debatą o honorze, odwadze, o których w zawodowej piłce w ogóle nie powinno się mówić.

****

Zapraszamy do dyskusji o sile polskich klubów!

"Many" pisze: "Oglądałem mecz, ale skupiłem się na pytaniu 'czego brakuje polskim zespołom?'. Zauważyłem, że zawodnicy z renomowanych (bardziej lub mniej) klubów europejskich grają na 'raz-dwa-trzy' szybkie podania z pierwszej piłki i już są pod bramką przeciwnika. A nasi? Przyjęcie (po dokładnym podaniu - co nie zawsze ma miejsce), dwa kroki w stronę swojej bramki, obrót z piłką, szukanie kogoś, żeby odegrać i.... strata. Bo to wszystko trwa zbyt wolno! Brak finezji, fantazji i techniki.. Granie schematami powoduje, że jesteśmy daleko za tymi, którzy od tych schematów odeszli. Pozdrawiam."

Smutny Joe ma rzeczywiście smutne wnioski: "Podstawa: brak trenerów. Nie mam pojęcia kto decyduje i jak wygląda system szkolenia trenerów w Polsce, ale jest fatalny, to po prostu dno. Nie ma chyba w Europie drugiego kraju, o tak skostniałej, jakby żywcem z czasów śp. Górskiego i p.Strejlaua przeniesionej 'myśli' trenerskiej. Nasi trenerzy uczą się właściwie dopiero na boisku, ale rzadko mają szanse skonfrontowania swojej 'myśli' z myślą trenerów innych lig. Podciągają się na własną rękę, podglądają, ale tak naprawdę nie wiem kto miałby ich w kraju szkolić i w oparciu o co.

U nas za autorytet wciąż robi p. Engel, teraz słuchamy Żewłakowa, Juskowiaka, Trzeciaka, a słuchając mamy wrażenie, że to ludzie nie potrafiący myśleć taktycznie, po prostu wciąż tylko piłkarze, żadne indywidualności. Mam wrażenie, że to wszystko jest poletkiem dla mało inteligentnych przeciętniaków. Nie sądzę, żeby w Polsce nie pojawiali się młodzi, inteligentni, pełni pasji ludzie, chcący zostać trenerami, niepokorni przy tym; myślę, że gdy taki się pojawi - szybko zostanie wycięty przez autorytet w rodzaju wiecznie zadowolonego z siebie p. Engela, którego 'analizy' meczów są na tak żenującym poziomie, że strach.

Wczoraj widzieliśmy jak spokojnie trener Lazio, patrząc na boisko rozmawia z asystentem, jak na spokojnie analizuje rozgryzając kto w Legii jest kim i jak Legię ugryźć. Analiza przyniosła drobne zmiany w ustawieniu, większą agresję i Legia przestała istnieć, padła bramka - Lazio nieco się cofnęło, ale Legia już była rozpracowana i było wiadomo, kto ten mecz wygra. Tymczasem nasz trener zadowolony z pierwszej połowy nie dokonał żadnej zmiany, nawet nie pomyślał, nie próbował przewidzieć, co może zmienić trener rywali w ich grze. No i się stało - Legia wyszła na drugą połowę zdezorientowana, nie mogli pojąć co jest - nagle Lazio gra inaczej niż w pierwszej połowie. Na tym polega praca i różnica klasy trenerów. My po prostu ich nie mamy, mamy półamatorów uczących się, tylko gdzie i od kogo, od dinozaurów naszej 'myśli' trenerskiej?"

Peter analizuje: "Na temat meczu wszystko i trafnie opisał autor tego tekstu. Dodałbym jeszcze polską myśl szkoleniową, a w zasadzie Polaka, który uczył się fachu za granicą, ale kilka lat spędzonych w Ekstraklasie zrobiło swoje. Od 58. min legia przegrywała 0-1, co robi trener? Wymienia defensywnego pomocnika na defensywnego pomocnika (Vrdoljaka zastępuje Jodłowcem). Nie wiem czemu miała służyć ta zmiana, chyba ze Vrdoljak nie miał już sił, a jeśli nie miał sił w 70. min meczu, to jest wina trenera - źle go przygotował (chyba, że piłkarz miał uraz). Następna zmiana - trener zdejmuje jedynego napastnika i zastępuje go Kucharczykiem, który u Urbana zawsze grał na skrzydle. Teoretycznie od 70. min zostajemy bez klasycznego napastnika. Nasuwa się pytanie, czy Urban bronił skromnego 0-1? Przecież każdy trener - wybitny, mniej wybitny, czy w ogóle jakikolwiek trener, walczący o zwycięstwo, czy przynajmniej remis, posyła do boju drugiego napastnika w miejsce jednego z defensywnych pomocników. Robi też drugą zmianę, żeby odświeżyć skrzydła. Wtedy przechodzimy z systemu 4 obrońców, 2 defensywnych, 2 skrzydłowych, napastnik i 1 piłkarz operujący za nim, na system bardziej ofensywny - 4 obrońców, 1 defensywny, 2 skrzydłowych i jeden piłkarz operujący za dwoma napastnikami czyli z 4-2-3-1 na 4-1-3-2 (4-1-2-1-2) (4-4-2)."

Porozmawiaj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Dowiedz się więcej na temat: Legia Warszawa | Lazio Rzym | Liga Europejska | Ola Chlebicka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje