Reklama

Reklama

​Finał Ligi Europy. Manchester United - Villarreal. W mieście i na trybunach

Fani Villarreal byli głośniejsi i liczniejsi na finale Ligi Europy na Polsat Plus Arenie w Gdańsku. Zasłużenie zabierają cenne trofeum do Hiszpanii.

Finał Ligi Europy na Polsat Plus Arenie w Gdańsku za nami. Po niespotykanej serii rzutów karnych, w której strzały z 11 metrów musieli oddać wszyscy zawodnicy Man Utd i Villarreal z pola oraz bramkarze, to Hiszpanie zabierają cenne trofeum do domu. W normalnym czasie i po dogrywce było 1-1.

Kibice są wygłodniali futbolu na żywo. Prawie cały sezon odbył się bez ich udziału. Dopiero na sam koniec rozgrywek śladowa ilość fanów została wpuszczona stadiony. To był zresztą wymóg UEFA, gdyby na obiekt w Gdańsku nie mogli wejść kibice, finał Ligi Europy, tak jak rok temu, zostałby rozegrany gdzie indziej. Dlatego doceńmy sam fakt rozegrania meczu Man Utd z Villareal na Polsat Plus Arenie z udziałem publiczności w Gdańsku. Naprzeciw siebie wystąpiły bardzo wyrównane drużyny, dlatego widywaliśmy ciekawsze mecze. Zaryzykujmy, że aż do serii rzutów karnych bardziej interesująco niż na murawie było na mieście i wreszcie, choć częściowo zapełnionych, trybunach.

Reklama

Przed meczem finału Ligi Europy na Polsat Plus Arenie w Gdańsku można było poczuć się niczym w czasie Mistrzostw Europy w 2012 r. Tak jak dziewięć temu ogródki piwne na Długim Targu, Szerokiej, św. Ducha i nad Motławą wypełniły się kibicami. Co zaskakujące, przewagę liczebną i wokalną wydawali się  mieć fani "Żółtej Łodzi Podwodnej", klubu mniej znanego i utytułowanego od Manchesteru United.

We wtorkowy wieczór mieliśmy jeden, szeroko opisywany, nieprzyjemny incydent, gdy grupa podająca się za kibiców Lechii Gdańsk napadła na grupę przypadkowych fanów United. Działo się to w restauracji noszącym imię urodzonego nad Motławą niemieckiego fizyka Daniela Fahrenheita. W skali Fahrehneita mierzy się dziś temperaturę w krajach anglosaskich, pogoda w Gdańsku była iście brytyjska, gdyby było parę stopni więcej przedmeczowa atmosfera byłaby jeszcze lepsza.

Zadziwiająca jest beztroska angielskich fanów, rozwieszają klubowe flagi i zostawiają je bez nadzoru. Może to jakiś konkurs, ile taka flaga wytrzyma zanim ktoś ją zabierze do domu? W dzień meczu okolice króla mórz i oceanów Neptuna były już dokładnie chronione przez policję w mundurach i ubraniach cywilnych. Inny król, kibicowski samozwańczy, Andrzej "Bobo" Bobowski był jedną z głównych atrakcji na Długim Targu. Inny "Bobo", trener Bogusław Kaczmarek przed meczem przewidywał, że wygra Villarreal, który ma bardziej doświadczonego trenera, w osobie Unaia Emery’ego. Prorok jaki?

Antycypował również legendarny redaktor Stefan Szczepłek, który na stadion dotarł w czapce Liverpoolu. Najwyraźniej wykrakał, bo prowadzenie dla Villarreal zdobył Gerard Moreno, w połowie nazywający się tak jak Steven Gerrard wieloletni kapitan "The Reds". Zresztą hiszpański pomocnik cały mecz pchał "Żółtą Łódź Podwodną" do przodu, nie pomylił się również w serii rzutów karnych. Zresztą tak samo jak były piłkarz Liverpoolu, Alberto Moreno.

Na trybuny wpuszczono około 10 tysięcy widzów, jednak hałas był taki jakby było więcej. Głośniejsi byli fani hiszpańskiego Villarreal, zwłaszcza po bramce dającej im prowadzenie zdobytej w pierwszej połowie. Już przed rzutami karnymi kibice hiszpańscy krzyczeli donośniej, jakby bardziej wierzyli w sukces. A po ostatnim rzucie karnym Davida De Gei "Żółta Łódź Podwona" odleciała w kosmos!

Na Starym Mieście mieliśmy piłkarskie święto, można sobie wyobrazić co działoby gdyby czasy były normalne i bursztynowy stadion w Gdańsku wypełnił się w całości. Mniejsza liczba kibiców sprawiła, że łatwiej było kontrolować tłum. Nie powstrzymało to grupy 60 śmiałków, którzy usiłowali dostać się na obiekt z podrobionymi biletami.

MS

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje