Real Madryt wyprowadził "cios" w stronę Barcelony. Kolejny triumf, Lewandowski i spółką muszą odpowiedzieć
Real Madryt, mimo ostatnich trudności w różnych rozgrywkach pucharowych, w Primera Division prezentował niezmiennie mocną formę. W sobotni wieczór wyśmienitą passę "Królewskich" w lidze chciał przerwać Real Sociedad, ale plan ekipy z Kraju Basków spełzł na niczym. Zespół ze stolicy Hiszpanii zatriumfował 4:1, a w trakcie potyczki obejrzeliśmy m.in. trzy rzuty karne. W kotle z napisem "Estadio Santiago Bernabeu" wrzało więc momentami naprawdę mocno, a "Los Blancos" do tego, przynajmniej na razie, przegonili FC Barcelona w tabeli...

Real Madryt przegrał finał Superpucharu Hiszpanii, odpadł niespodziewanie z Pucharu Króla w 1/8 finału dając się pokonać Albacete Balompie i przegrał na zakończenie fazy ligowej Ligi Mistrzów z lizbońską Benficą, komplikując sobie kwestię awansu do 1/8 finału. "Królewscy" tylko na jednym froncie ostatnio zachowali wyśmienity fason - w Primera Division.
W zmaganiach ligowych "Los Blancos" od grudnia odnotowali siedem kolejnych zwycięstw - i w Walentynki chcieli kontynuować dogodną passę mierząc się z Realem Sociedad. Pierwszy gwizdek wybrzmiał tu o godz. 21.00.
Dwa Reale i grad goli. Widowisko na Bernabeu nie zawiodło
"Partidazo" objawiło się kibicom zgromadzonym na Santiago Bernabeu już w 5. minucie - wówczas to Trent Alexander-Arnold popisał się wręcz cudowną asystą. Anglik posłał futbolówkę w pole karne cudownym "rogalem", a tam dopadł do niej Gonzalo Garcia, który bezwzględnie pokonał Alejandro Remiro.
Na odpowiedź ekipy z Kraju Basków trzeba było czekać jedynie nieco ponad kwadrans - a zaczęło się od tego, że Dean Huijsen, próbując sięgnąć piłki nogą, dosłownie ściął z nóg Yangela Herrerę w polu karnym "Los Blancos". Obrońca nie tylko obejrzał żółtą kartkę, ale i oczywiście sprokurował rzut karny, który bezwzględnie wykorzystał Mikel Oyarzabal.
Nie minęła chwila, a arbiter pokazał na wapno... w obrębie drugiej "szesnastki". Tym razem przed szansą na trafienie z 11. metra stanął Vinicius Junior - i on również się nie pomylił, dając podopiecznym Alvaro Arbeloi ponownie prowadzenie. W 25. minucie było 2:1 dla Realu.
Gdy zaś minęło odrobinę ponad pół godziny gry, to dla odmiany padła druga bramka z gry - Fede Valverde znalazł sobie trochę miejsca wśród gąszczu oponentów i świetnym pod względem technicznym strzałem pokonał Romero, atakując dokładnie z granicy 16. metra. Tym samym sytuacja "Txuri-Urdin" zaczęła się naprawdę komplikować.
Do końca pierwszej połowy wynik się już nie zmienił, za to zaraz po zmianie stron madrytczycy znów odnotowali trafienie do siatki - można rzec, że doszło do powtórki z rozrywki, bowiem Jon Aramburu, podobnie jak w pierwszej odsłonie meczu, sfaulował Vinciusa w pobliżu bramki, arbiter pokazał na 11. metr i "Vini" znów bezwzględnie skorzystał z tej doskonałej sposobności. Było 4:1.
Na tym licznik goli stanął, choć oczywiście było jeszcze sporo okazji, by go poruszyć - w 60. minucie np. Garcia miał szansę na dołączenie do Viniciusa i skompletowanie dubletu, ale ofiarny wślizg Jon Martina zastopował jego uderzenie niemal na samej linii bramkowej. W 84. minucie z kolei Thibauta Courtoisa pokonał Orri Oskarsson, ale Islandczyk wcześniej znalazł się na spalonym. Mniej więcej pięć minut później zaś ofsajd stal się zmorą... "Viniego", który strzelił co ciekawe bramkę barkiem, no ale wcześniej został przyłapany za linią wyznaczoną przez ostatniego obrońcę rywali.
Tak czy inaczej - madrycki Real zebrał komplet punktów.
Primera Division: Real Madryt na szczycie ligi. Jak odpowie FC Barcelona?
Real Madryt, mający 60 pkt na swym koncie, co najmniej do poniedziałku pozostanie liderem Primera Division. 16 lutego o swoistą ripostę dla "Los Merengues" może pokusić się FC Barcelona - gracze Hansiego Flicka zmierzą się wówczas z Gironą. W przypadku triumfu "Blaugrana" znów zyska jedno "oczko" przewagi nad swymi najzacieklejszymi rywalami.












