Nurkowanie, brutalność i "Dyzma" na ławce. Tragiczny obraz Realu Madryt
Kompromitująca porażka Realu Madryt z Getafe i brutalny atak kolanem Antonio Rudigera w twarz rywala to nie jedyne impulsy, które wywołały ten komentarz. W tym sezonie "Los Blancos", bo trudno nazwać tę drużynę jej innym przydomkiem "Królewscy", to niezbyt zgrabnie narysowana karykatura zespołu, który dwa lata temu sięgał po zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Problemów jest tak wiele, że trudno będzie wypisać wszystkie.

Real Madryt w tym sezonie prezentuje się tak, że na wielu płaszczyznach po prostu przynosi wstyd swoim kibicom. I znakomita forma strzelecka Kyliana Mbappe z pierwszej połowy sezonu czy nagły wystrzał formy Viniciusa pod wodzą Arbeloi nie zacierają tego tragicznego obrazu.
Dlaczego Real Madryt w tym sezonie jest postrzegany jako karykatura samego siebie? Oto główne powody tego kataklizmu.
Real gra fatalnie, a stanowisko trenera pierwszej drużyny piastuje "Dyzma"
W tamtym sezonie Real Madryt grał słabo i nie zdobył żadnego trofeum. Zwolniony więc został Carlo Ancelotti. Później okazało się, że włoski szkoleniowiec wcale nie był problemem "Los Blancos".
Zatrudniono Xabiego Alonso, który miał zbudować wielki Real Madryt na miarę tego, który w latach 2015-2018 prowadził Zinedine Zidane. Cały ten projekt zakończył się po kilku miesiącach ze spalonymi mostami i zszarganymi relacjami trenera z największymi gwiazdami zespołu.
Później okazało się, że Xabi Alonso również nie był problemem Realu Madryt. Cóż za zaskoczenie. W miejsce Baska wszedł bowiem Alvaro Arbeloa, który, co prawda, doprowadził do wzrostu formy Viniciusa, ale stało się tak dlatego, że szkoleniowiec przestał od Brazylijczyka czegokolwiek wymagać.
O ile za kadencji Alonso w grze Realu Madryt dało się zauważyć kilka zespołowych przebłysków, tak pod wodzą Arbeloi Real Madryt wygląda jak jedna wielka improwizacja polegająca na pojedynczych przebłyskach pojedynczych piłkarzy.
Brakuje strategii, organizacji gry, pressingu, współpracy, zrozumienia podziału ról, wykorzystywania atutów poszczególnych piłkarzy. Na poziomie organizacji gry, czyli tego, za co odpowiedzialny jest trener, po prostu wszystko "leży" i woła o pomstę do nieba.
Problem polega na tym, że jak drużyną rządził trener, który tę strategię chciał zorganizować, to piłkarze zbuntowali się przeciwko jego pragmatycznemu podejściu. W tym momencie błędne koło się zamyka.
Alvaro Arbeloa jest trenerem pierwszej drużyny Realu Madryt. W swoim zawodzie osiągnął więc absolutne "Himalaje", jeśli chodzi o miejsce pracy. Nie da się jednak oszukać prawdy. Arbeloa to trener z przypadku i bez żadnego warsztatu. Objął tę funkcję tylko dlatego, że Florentino Perez nie był w stanie na szybko sprowadzić nikogo lepszego. Można powiedzieć, że jest to taki hiszpański "Dyzma", czyli człowiek, który zrobił karierę dzięki szczęśliwemu dla siebie zbiegowi okoliczności, ale bez odpowiednich kompetencji.
W pierwszych tygodniach jego pracy "wolność" którą piłkarze poczuli po odejściu Alonso, owocowała nieco lepszą grą. Momentami. W dłuższej perspektywie stało się jednak to, co stać się musiało. Na boisku zapanował kompletny chaos.
Zachowanie niektórych piłkarzy okrywa hańbą Real Madryt
Real Madryt przez całą swoją historię dbał o swój wizerunek. Największy klub na świecie przyciągał jednak równie wielkich egocentryków, więc zdarzało się, że wśród piłkarzy występowały zachowania niegodne "Królewskich". Taki było pamiętne "skopanie" leżącego na ziemi przeciwnika przez Pepe w meczu z Getafe. To najbardziej jaskrawy przykład z XXI wieku.
Kolejni trenerzy w Realu Madryt starali się jednak pilnować, aby podobne sytuacje zdarzały się jak najrzadziej. W ostatnich latach zapanowała jednak absolutna degrengolada.
Skandaliczna agresja
"Twarzą" tego problemu w Realu Madryt jest Antonio Rudiger, co potwierdził w starciu Getafe. W ostatnim czasie podobne wejścia Niemcowi zdarzały się jednak częściej. Z premedytacją deptał on bowiem bo leżących rywalach w meczach z Arsenalem (Timber) czy Barceloną (Pedri). Oba te incydenty miały miejsce w poprzednim sezonie. Poza tym Rudiger potrafił wykręcić rywalowi sutek (zrobił to np. Alvaro Moracie) czy rzucać kostkami lodu w kierunku rywali po przegranym meczu z Barceloną.
Antonio Rudiger za swoje agresywne zachowania często pozostaje bezkarny, co dodatkowo podgrzewa atmosferę wokół jego osoby. Mateusz Klich w przeszłości ujawnił, że Rudiger to "najgorszy typ, na jakiego grał i klaun". Ten wpis wraca na tapet użytkowników "X" za każdym razem, kiedy Rudiger znowu straci nad sobą panowanie. Czyli dość regularnie.
Rudiger nie jest jednak jedynym piłkarzem Realu Madryt grającym agresywnie, a czasami wręcz brutalnie. Innym piłkarzem, który lubi zapolować na nogi swojego rywala jest Dani Carvajal. Vinicius, tracąc nad sobą panowanie, umie uderzyć przeciwnika w twarz. Podobnie jak Fede Valverde, który w meczu z Benfiką nie obejrzał za to nawet żółtej kartki. Jude Bellingham potrafił podejść do leżącego rywala, złapać go za włosy i powiedzieć mu na ucho kilka cierpkich słów.
Nawet Kylian Mbappe w tamtym sezonie dopuścił się brutalnego wejścia w nogę rywala i o mały włos nie doprowadził do bardzo poważnej kontuzji. Za tamten faul dostał tylko jeden mecz zamieszania - stosowanie zbyt niskich lub żadnych kar wobec piłkarzy Realu Madryt za ich brutalne faule to osobne zjawisko, które sprawia, że postronni kibice patrzą na tę drużynę z coraz mniejszą sympatią.
Nurkowanie
Jedno z najbardziej irytujących zachowań piłkarzy. Szczególnie w erze VAR. Piłkarze Realu Madryt w tym sezonie regularnie decydują się na "wywrotkę" i powalczenie o rzut karny zamiast o dokończenie akcji w "szesnastce" rywala.
Zdecydowana większość rzutów karnych w tym sezonie, a żadna drużyna nie dostała ich więcej, została przyznana zasłużenie. Zdarzyły się jednak również haniebne "nury", które czasami kończyły się "jedenastkami". W tym sezonie to zjawisko jest widoczne szczególnie mocno. Wydaje się, że w poprzednim sezonie piłkarze Realu Madryt nie "nurkowali" z taką częstotliwością. W bieżącej kampanii stało się to natomiast elementem ich strategii. Problem ten dotyczy głównie Kyliana Mbappe i Viniciusa. Inni zawodnicy raczej nie stosują podobnych praktyk, ale ta dwójka "nadrabia" za cały zespół.
Fochy i zwalnianie trenerów
Kibice Realu Madryt ubolewają nad tym, że drużyna "Los Blancos" stała się skupiskiem rozkapryszonych gwiazd. W szatni Realu Madryt zawsze panowało wielkie ego. Kiedyś szatnia ta mieściła przecież Cristiano Ronaldo, Ramosa, Benzemę, Kroosa, Modricia, Marcelo i Bale'a.
Wyżej wymienieni piłkarze byli w Realu Madryt po to, aby tworzyć wielką drużynę. Obecne gwiazdy są tu głównie po to, aby błyszczeć swoim własnym blaskiem.
Vinicius w tym sezonie pokazał już, że nie potrafi być piłkarzem, który będzie w stanie długofalowo poświęcić się dla drużyny. Xabi Alonso wymagał od niego realizowania pewnych założeń taktycznych i spotkał się z wielkim buntem. Skończyło się tak, że jeden z nich po prostu musiał odejść. Oczywiście - padło na trenera.
Po Alonso do szatni Realu wszedł Arbeloa, który dał Viniciusowi nieco więcej wolności. Pierwsze tygodnie zwiastowały znakomitą współpracę, ponieważ Vini nagle złapał wiatr w żagle i zaczął grać jak natchniony. Później przyszły jednak regularne potknięcia i już teraz w mediach słyszy się, że piłkarze są niezadowoleni z pracy z Arbeloą.
Ci piłkarze zawsze winą za złe wyniki będą obarczać trenera. Nie potrafią wziąć na siebie odpowiedzialności i stanąć na wysokości zadania, aby z odpowiednią godnością reprezentować koszulkę Realu Madryt. W konsekwencji znaczna część ich własnych kibiców po prostu zaczęła się od nich odwracać. Bo nie potrafią utożsamiać się z grupą zawodników, którzy prezentują wyżej opisaną postawę.
Florentino Perez popełnił fatalne błędy
Do niedawna Florentino Perez uchodził za prezesa niemal idealnego i stanowił obiekt zazdrości dla kibiców innych drużyn - szczególnie Barcelony, która organizacyjnie nigdy nie mogła równać się z Realem Madryt.
Teraz jednak wygląda na to, że Perez stracił kontrolę nad tym, co dzieje się w jego klubie. Władzę w Realu Madryt przejęli piłkarze na czele z Viniciusem i Kylianem Mbappe. Świadczy to o osłabieniu pozycji Pereza, który w przeszłości nie pozwolił na to nawet Cristiano Ronaldo czy Sergio Ramosowi.
Fatalne błędy zostały popełnione również przy organizacji kadry. Florentino Perez zaczął kupować nie tych piłkarzy co trzeba i nie na te pozycje, co trzeba. Latem 2025 roku skupił się na wzmocnieniu linii obrony i sprowadził Deana Huijsena, który gra fatalnie. Alvaro Carreras i Trent Alexander-Arnold na boisku wyglądają o wiele lepiej, choć drugi z wymienionych przez większość sezonu był kontuzjowany.
Kompletnie zapomniano natomiast o znalezieniu następcy dla Toniego Kroosa. Stało się to w 2024 roku, kiedy Kroos zakończył karierę, oraz w 2025 roku, kiedy problem ten znany był już całemu światu.
Trudno powiedzieć, czemu Perez latem 2025 roku nie sprowadził żadnego środkowego pomocnika o profilu Toniego Kroosa. Przez brak takiego wzmocnienia środek pola Realu Madryt nie istnieje. Camavinga gra beznadziejnie, Tchouaméni "w kratkę", a Valverde jest rozrzucany po różnych pozycjach z powodu kontuzji innych zawodników.
Fatalnym błędem Pereza było również postawienie na duet Vinicius - Mbappe. Główne role w ataku mają więc pełnić zawodnicy grający nominalnie na tej samej pozycji - lewym skrzydle. Wydaje się, że najlepszym pomysłem Pereza byłoby postawienie na jednego z nich i dobranie mu napastnika światowej klasy. Na to jednak szef Realu się nie zdecydował. I patrzy z wysokości trybun, jak Francuz i Brazylijczyk się "kanibalizują". Ani Ancelotti, ani Alonso ani tym bardziej Arbeloa nie znaleźli pomysłu na to, jak stworzyć z tego duetu coś dobrego.
Nic nie zapowiada, że pożar w Realu Madryt nagle zostanie ugaszony
Kryzys Realu Madryt jest wielopłaszczyznowy. Choć nic go nie zapowiadało, jest on bardzo poważny i dotyczy wielu piłkarzy oraz władz klubu ze stolicy Hiszpanii. Florentino Perez stworzył w drużynę, której chyba nie da się znaleźć odpowiedniego trenera. Odpowiednio zaawansowanego taktycznie i odpowiednio "wyluzowanego", który nie męczyłby gwiazd swoim analitycznym podejściem.













