Już nie Lewandowski. W Barcelonie mówią teraz o innym Polaku. Żądają tylko tego
FC Barcelona potrzebuje czterech bramek, by w półfinale Pucharu Króla odrobić stratę po czwartkowym blamażu w wyjazdowym starciu z Atletico Madryt (0:4). Czy to możliwe? Oczywiście, że tak. I wcale nie trzeba tego rozpatrywać w kategoriach cudu. Wie o tym najlepiej jeden z najlepszych polskich piłkarzy grających w La Liga, którego wyczyn pamiętają w stolicy Katalonii do dzisiaj. Tym razem nie chodzi o Roberta Lewandowskiego.

To był mecz życia w wykonaniu Romana Koseckiego. Były kapitan drużyny narodowej, a obecnie ekspert Polsatu Sport, rzucił Barcelonę na kolana jako gracz Atletico Madryt. Spotkanie rozegrane w La Liga 30 października 1993 roku miało niesłychaną dramaturgię i iście filmowy finał.
Do konfrontacji doszło w Madrycie na Estadio Vicente Calderon. Barcelona, prowadzona przez legendarnego Johana Cruyffa, była wówczas mistrzem Hiszpanii. Rok wcześniej zdobyła klubowy Puchar Europy. W zespole miała gwiazdy światowego formatu - Romario, Christo Stoiczkow, Josep Guardiola, Ronald Koeman. I kilku innych wirtuozów.
Ale tego dnia Kosecki grał dla "Los Colchoneros".
Roman Kosecki poskromił wielką Barcelonę. Epicki popis Polaka w Madrycie, od 0:3 do 4:3
Po hat-tricku Romario do przerwy Atletico przegrywało u siebie 0:3. Zanosiło się na katastrofę. Trzeba było jeszcze przetrwać drugie 45 minut, a rywal - jak się wydawało - był tego dnia znakomicie dysponowany.
Po przerwie stolica Hiszpanii miała jednak tylko jednego bohatera. I był nim Polak. "Kosa" brał udział we wszystkich czterech akcjach bramkowych Atletico. Dwukrotnie sam trafił do siatki (na 1:3 i 3:3 w 89. minucie). Jeden gol padł z rzutu wolnego po faulu na polskim piłkarzu. A zwycięskie trafienie - w końcowych fragmentach meczu - poprzedzone zostało asystą Koseckiego. 4:3!
Występ jak z marzeń. Hiszpanie oszaleli na punkcie błyskotliwego pomocnika, który "w pojedynkę rzucił giganta z Katalonii na kolana". Media rozkładały popis Koseckiego na czynniki pierwsze przez kilka kolejnych dni.
"Rozpierało mnie błogie uczucie zemsty. Po paru latach odegrałem się na Barcelonie za zabraną mi niesłusznie bramkę w barwach Legii na Camp Nou. Johan Cruyff znowu mnie komplementował. Trener Barcelony powiedział, że ten cud był możliwy dzięki Koseckiemu i że nigdy nie przeżył tak dramatycznego meczu. Czułem, że moje nazwisko wryło się w jego pamięć" - tak po latach Kosecki wspominał tamte chwile w autobiografii.
Starsi kibice Barcelony wracają do pamiętnego meczu z Madrytu właśnie teraz. Skłonił ich do tego blamaż "Blaugrany" na nowym obiekcie Atletico. Pierwszy półfinał Pucharu Króla aktualni mistrzowie Hiszpanii przegrali w czwartkowy wieczór 0:4.
Czy tak ogromna starta jest do odrobienia w rewanżu? Odpowiedź jest oczywista. Skoro Atletico zaaplikowało wielkiej Barcelonie cztery gole w 45 minut, odwrotny scenariusz dzisiaj również jest możliwy. "Duma Katalonii" 3 marca na Camp Nou nie potrzebuje cudu, tylko wiary we własną siłę ognia i skuteczności godnej obrońcy trofeum.
Robert Lewandowski wczoraj wszedł na murawę w 37. minucie przy stanie 0:3. Nie był w stanie odwrócić losów spotkania. Ale chodzi przecież o egzekutora, który potrafi zdobyć pięć bramek w dziewięć minut. I który wciąż ma wszystko, by powtórzyć lub przebić wyczyn Koseckiego sprzed blisko 33 lat.













