Reklama

Reklama

Wnuk Antoniego Piechniczka: Marzę o igrzyskach w Paryżu

- Kopaliśmy piłkę z dziadkiem, ale nigdy nie byłem w tym nadzwyczajny... Zawsze miałem dobrą wytrzymałość, ale oprócz tego, muszę przyznać, grałem fatalnie - uśmiecha się Jakub Buczek. Na igrzyskach w Tokio reprezentował Kanadę we wioślarstwie. Opowiada Interii o dziadku, grze w piłkę, zawodach i marzeniach.

Jak to się stało, że Jakub Buczek startuje w barwach Kanady? Opowiadał mi o tym kiedyś Antoni Piechniczek. Jego córka Joanna Piechniczek-Buczek ukończyła studia medyczne w Katowicach a potem z mężem przeniosła się za ocean. Jest tam lekarzem, pracuje w Bostonie. Jej mąż Piotr Buczek jest skrzypkiem i nauczycielem muzyki. - Kuba urodził się w Kanadzie, bo córka z zięciem akurat mieszkali w tym kraju i Kuba automatycznie dostał obywatelstwo kanadyjskie - opowiadał mi Antoni Piechniczek.

Jakub Buczek uprawia wioślarstwo. Reprezentował Kanadę podczas ostatnich igrzysk olimpijskich w Tokio. Teraz przyjechał do Polski, na uroczystość nadania doktoratu honoris causa katowickiej AWF jego dziadkowi.

Paweł Czado, Interia: Co dla pana znaczy ten doktorat honoris causa?

Reklama

Jakub Buczek: - Jestem z dziadka bardzo dumny. Cieszę się, gdy widzę, że ludzie go tak szanują jak ja. Jego przemówienie podczas uroczystości zrobiło na mnie wrażenie. Zainspirował mnie, to dla mnie będzie motywacja. Urodziłem się już w Kanadzie, ale jako dziecko często przyjeżdżałem z rodzicami do Polski na wakacje. Dlatego mówię po polsku, choć zdaję sobie sprawę, że nie najlepiej.

Mówi pan świetnie, doskonale pana rozumiem.

- Ostatnio nie mam wielu okazji, żeby rozmawiać po polsku, zarówno w Stanach, jak i w Kanadzie... Ale u dziadka w Wiśle zawsze rozmawialiśmy po polsku. Wiadomo, że dla dziadka sport zawsze był bardzo ważny. Zabierał mnie treningi tenisowe, a i w piłkę razem pograliśmy. Kopaliśmy, ale nigdy nie byłem w tym nadzwyczajny... Zawsze miałem dobrą wytrzymałość, ale oprócz tego, muszę przyznać, grałem fatalnie (śmiech).

Co więc zdecydowało, że wybrał pan wioślarstwo? W którym momencie to się zdarzyło?

- Na początku nauki w liceum. Mieszkałem wtedy w Bostonie. Moja szkoła miała osadę wioślarską. Mama namówiła mnie, żebym spróbował. Byłem wysoki i dobrze przygotowany atletycznie. Posłuchałem jej. Uprawiałem wtedy wiele różnych sportów, ale żaden z nich tak naprawdę mi nie pasował. Tymczasem okazało się, że wioślarstwo to jest to. Od razu mi się spodobało, bo byłem w tym dobry od początku (uśmiech). Okazało się, że mam talent i z tego wyrosło wszystko co później. Zacząłem to 13 lat temu i nadal to trwa. Po rozpoczęciu studiów znalazłem miejsce w uniwersyteckiej drużynie w Nowym Jorku, reprezentowałem Columbia University. Wiosłowałem tam cztery lata, do 2016 roku. Od tego czasu trenuję już z reprezentacją Kanady, jeszcze w 2014 roku dostałem zaproszenie by reprezentować jej barwy. Nie mogłem reprezentować Stanów, nie miałem obywatelstwa USA. Przez cztery lata przygotowywaliśmy się do igrzysk w Tokio.

Oglądałem wyścigi pańskiej osady w Tokio [Kanada w czwórce bez sternika mężczyzn wywalczyła drugie miejsce w finale B, przyp.aut.]. Podejrzewam, że pańskie oczekiwania były większe. Żeby uprawiać tak ciężki sport trzeba mnóstwo samozaparcia. Jakie są pańskie plany?

- Start w Tokio rzeczywiście nie przyniósł mi satysfakcji. Liczyliśmy na znacznie więcej i ciężko przeżyliśmy ten wynik. Myśleliśmy nie tylko o tym, żeby zdobyć medal, ale mieliśmy w planie, żeby wygrać! Dochodzę do siebie, pomalutku próbuję znaleźć motywację żeby znowu spróbować i dalej trenować. Igrzyska w Paryżu [odbędą się w 2024 roku, przyp. aut.] w głowie są i już wiem, że chciałbym jeszcze raz spróbować, jeszcze więcej się nauczyć żeby osiągnąć sukces. Przemówienie dziadka, które usłyszałem w Katowicach bardzo mnie zmotywowało. Dało inspirację. Dziadek mówił, że nawet kiedy jest się sportowcem po trzydziestce warto marzyć, warto się starać. A ja mam 28 lat! Będę dalej próbował - pracować z tym, co mam.

Będzie pan chciał startować w czwórkach?

-  Zobaczymy, kogo drużyna kanadyjska będzie miała do dyspozycji. Mnie czwórka bardziej się podoba niż ósemka.  

CZYTAJ TAKŻE: Trenerzy Ekstraklasy jak w Konkursie Chopinowskim - mówi Antoni Piechniczek

Wioślarstwo zabiera na pewno mnóstwo czasu i energii. 

- To prawda. Czasami zdarzało się, że mieliśmy trzy treningi dziennie.  Tak było trzy razy w tygodniu, w pozostałe dni - dwa razy dziennie. Przepływaliśmy codziennie przynajmniej 50 km, czasami więcej, to zależało od trenera. Większość z nas nie ma czasu na inną pracę, dostajemy oczywiście stypendium, więc da się żyć. Ja mam szczęście, mam jeszcze pracę na pół etatu, pracuję z domu. Moja firma zajmuje się konsultacjami ekologicznymi. 

A co pan sądzi o polskich wioślarzach?

- Polska osada jest bardzo silna. W Kanadzie mówiło się, że trzeba uważać na Polaków, są bardzo waleczni. W Tokio pogadałem z polską osadą. Okazali się bardzo sympatyczni. Zapraszali żeby przejść do nich (uśmiech).

rozmawiał: Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje