Reklama

Reklama

Zobacz jak hartuje się Lech!

Sławomir Peszko chciał zmienić zawód, Robert Lewandowski bladł jak ściana, a Piotr Reiss myślami uciekał na stok narciarski - to skutki uboczne morderczych przygotowań do rundy wiosennej (zwłaszcza do dwumeczu z Udinese), jakie trener Franz Smuda funduje Lechowi w Szklarskiej Porębie.

Środowe popołudnie - siódme poty w siłowni, czwartkowy ranek - droga przez mękę na górskich trasach biegowych, czwartkowe popołudnie - złożona z 12 stacji droga krzyżowa w sali gimnastycznej w Piechowicach - to ostanie godziny z życia piłkarzy "Kolejorza".

- Ten tydzień zdecyduje o tym, jak będziemy wyglądali w całej rundzie wiosennej - podkreślał w rozmowie z nami Franz Smuda, mistrz tych wszystkich ceremonii.

Smuda wyraźnie ewoluował. Gdy prowadził podobne przygotowania do rundy wiosennej 10 lat temu z Wisłą Kraków, piłki siedziały bezpiecznie zamknięte na cztery spusty. Teraz obciążenia treningowe są również ostre, ale zawodnicy cały czas mają kontakt z futbolówką. I mało tego, muszą ją krótko prowadzić przy nodze! - Kurz on ball gehalten und schnell! Jawohl! - napędzał "Franz" Semira Stilicia do żwawego biegania od słupka do słupka z "przyklejoną" piłką do nogi. Działało!

Reklama

Franz ma wszystko pod kontrolą, jakby miał oczy dokoła głowy. Gdy podzielił ekipę na 12 par i brakowało chętnych do stacji polegającej na przerzucaniu piłki lekarskiej w pozycji siedząc z uniesionymi nogami do góry (bagatela), Smuda natychmiast zdiagnozował problem: Stilić z Dmitrijem Injaciem schowali się za plecami Manuela Arboledy, by na innym materacu wykonywać lżejsze ćwiczenia. - Semir! Dawajcie tu! - zakomenderował Franz ku uciesze "Maniegou", który pocieszająco poklepał po plecach Bośniaka.

Zresztą nikomu się nie upiekło. Do zmiany między stacjami dochodziło co minutę - dwie. Oprócz atrakcji z lekarską, było skakanie na skakance, robienie brzuszków połączone z główkowaniem, przeskakiwanie nad partnerem i błyskawiczny powrót między jego nogami, jumping, przysiad i wyskok do piłki (Smuda ręką pokazywał pułap i rzadko kto dosięgnął), a jednym z najtrudniejszych zadań był taniec "krzesany" a'la Smuda. Polegał on na tym, że dwóch piłkarzy w przykucnięciu trzymało się za ręce i tak podrygiwali, wymachując nogami to na lewą, to na prawą.

Gdy doszło do pierwszej przerwy celem uzupełnienia płynów w organizmie, Sławek Peszko podszedł do naszego felietonisty, a także komentatora Polsatu Sport - Romana Kołtonia i zapytał: "Nie potrzebujecie dziennikarzy? Może bym się przydał".

Trzeba przyznać, że Sławek się nie oszczędzał, pot lał się z niego ciurkami, był czerwony, jakby wyszedł z sauny. Jego partner z ćwiczeń - Lewandowski momentami wyglądał jak zdjęty z krzyża. Bladł, łapał się za biodra. Ale nic dziwnego - w drugoligowych, czy trzecioligowych klubach tak ostro się nie trenuje.

Grzegorz Wojtkowiak, który w grudniu przeszedł zabieg usunięcia uszkodzonej części łąkotki, wytrzymał drogę krzyżową, ale dmuchając na zimne, w drodze do hotelu do kolana przyłożył lód.

- Panowie, pijemy i na basen! To najlepsza forma relaksu - zakończył morderczą sesję Smuda.

Największe męczarnie "Kolejorz" w Karkonoszach będzie przechodził do soboty. W niedzielę zagra sparing z czeskim Jabloncem, a później obciążenia treningowe nie będą już takie spore. - Wiemy, że na 19 lutego, gdy gramy pierwszy mecz z Udinese musimy być w jeszcze lepszej formie, niż jesienią - wysoko stawia poprzeczkę przed sobą i ekipą Franz.

Michał Białoński, Łukasz Piątek - Szklarska Poręba

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL