Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek o Wdowczyku, sędziowaniu i reformie Ekstraklasy

- Sędzia nie może być postrzegany jako wróg publiczny jednej czy drugiej drużyny, kibiców. Psychicznie takiego obciążenia nie wytrzymałby nikt! Dlatego nie traktujmy sędziów jako tematu zastępczego, którym łatwo przysłonić słabą grę i błędy własnego zespołu - apeluje w rozmowie z INTERIA.PL prezes PZPN-u Zbigniew Boniek.

INTERIA.PL: Jak PZPN zamierza rozwiązać problemy z sędziowaniem? Coraz więcej jest głosów protestu. Wiceprezes Cracovii Jakub Tabisz domaga się zmiany szefa Komisji Sędziów, a ostatnio Dariusz Wdowczyk nazwał sędziowanie najsłabszym ogniwem polskiej ligi.

Zbigniew Boniek, prezes PZPN-u: - Nigdy nie słyszałem, aby członek zarządu, pan Tabisz zgłosił kiedykolwiek taki wniosek. Natomiast jeżeli chodzi o trenera Wdowczyka, to przyjacielska podpowiedź brzmi: "Darek, daj sobie spokój. To nie temat dla Ciebie! Prowadź zespół, bo robisz to dobrze, a sędziami niech się zajmą ludzie do tego wyznaczeni".

Reklama

Ale nie da się ukryć, że problem jest!

- Ani mniejszy, ani większy niż w silnych ligach zachodnich - włoskiej, niemieckiej, hiszpańskiej czy Lidze Mistrzów. Sędziowie mylą się wszędzie, taka jest ludzka natura. Oczywiście, robimy wszystko, by tych pomyłek było jak najmniej. Arbitrzy mają szkolenia i przygotowania, o jakich wcześniej nikomu się nie śniło w naszym kraju.

- Do naszego środowiska piłkarskiego mam gorącą prośbę: zajmijmy się trenowaniem, budowaniem formy zespołów, czyli sprawami, na które mamy wpływ. Jeśli chcemy poprawy sędziowania, to mówmy o nim jak najmniej!

Dlaczego?

- Presję na arbitrach wywierają wszyscy - działacze, piłkarze i kibice. Trudno przy takim podejściu pracować w komfortowych warunkach. Tymczasem partia krytyków sędziów jest coraz głośniejsza. Ja im odpowiadam: jakich zmian można dokonać, żebyśmy byli pewni, że sędziowie zawsze zauważą 20-30 centymetrowy spalony i nieomylnie będą interpretować wydarzenia w polu karnym? Wymienienie jednego człowieka na innego na pewno nie jest lekarstwem. Gdybyśmy byli pewni, że jakaś zmiana rozwiąże problem, natychmiast byśmy ją wprowadzili. Jedyne, co nam pozostało, to szkolenie, wymaganie i weryfikowanie sędziów. Wszystko to robimy.

- Najwięcej do poprawy mają nie tylko sędziowie, ale my sami! Sędzia nie może być postrzegany jako wróg publiczny jednej czy drugiej drużyny, kibiców. Psychicznie takiego obciążenia nie wytrzymałby nikt!

- Nie traktujmy sędziów jako tematu zastępczego, którym łatwo przysłonić słabą grę i błędy własnego zespołu. Jakoś nie spotkałem jeszcze trenera, który by narzekał na pracę sędziego po wygranym meczu. Cały czas róbmy wszystko, aby sędziowie czuli się akceptowani przez całe środowisko. Ta formuła, że po przegranym czy zremisowanym meczu winny jest tylko sędzia, do niczego nie prowadzi!

Legia, która już drugi rok z rzędu młóci wszystkich w Polsce, kiepsko poradziła sobie w Lidze Europejskiej. Aż tak słabych mamy piłkarzy?

- Dopóki rywalizują między sobą na własnym podwórku, wcale nie wyglądają na słabeuszy. Problemy zaczynają się, gdy wychylimy głowy za granicę. Wtedy zaczynają się tłumaczenia i szukanie przyczyn.

Jakie pan dostrzega?

- Skończyła się runda jesienna i są wielkie narzekania, że było za dużo grania. Gdyby nie reforma, do końca roku rozegralibyśmy 18, a nie 21 meczów. Czy to aż tak wielka różnica? Sezon najczęściej trwa od 1 sierpnia do 30 maja, czyli około 300 dni. W starym systemie wypadał jeden mecz ligowy na 10 dni, teraz mamy jedno spotkanie ligowe na 8,1 dnia. Nie wydaje mi się, żeby tak niewielka różnica mogła pokrzyżować szyki komukolwiek.

Niektórzy narzekają jednak na zmęczenie.

- To dla mnie wymówki. Jeśli faktycznie się ono pojawia, to bardziej w sferze psychicznej niż fizycznej. Podam panu prosty przykład - Legia po porażkach w Lidze Europejskiej słabo radziła sobie w Ekstraklasie. Ostatnio jednak wygrała na Cyprze i teoretycznie daleka, męcząca podróż mogła ją zmęczyć, a tymczasem z Cracovią warszawianie zagrali znakomite spotkanie.

Paradoks?

- Nie, zwycięstwo pomaga w odbudowie mentalnej zespołu i wówczas nie myślisz o tym, że nogi bolą. Legioniści w piątek rano wrócili z Cypru, a w niedzielę, gdy zmęczenie powinno być największe, zagrali jeden z najlepszych meczów w  ostatnich miesiącach!

Wynika z tego, że szwankuje u nas przygotowanie mentalne!

- Nie tylko ono. Po wyjeździe naszych najlepszych ligowców na Zachód często słyszę, że przez sześć miesięcy musieli się dostosowywać do rytmu treningowego, bo jeszcze nigdy tak ciężko nie pracowali. A tymczasem kiedyś wyjeżdżało się z Polski z uśmiechem na twarzy. Wydostanie się spod polskiego pręgierza katorżniczych treningów było wielką ulgą. Sam pamiętam, że to reszta Juventusu musiała się dostosowywać do mojego poziomu siły i wytrzymałości, a nie ja do ich.

Czyli w Polsce trenujemy za lekko?

- Absolutnie tak. Najbardziej dziwi mnie to, że mamy parasol ochronny nad młodzieżą w wieku od 15 do 18 lat. Tam powinno być najwięcej pracy, najcięższy trening i największa selekcja. W przygotowaniach najważniejsze są cztery fazy. Gimnastyczno-sprawnościowo-wytrzymałościowa jest pierwszą z nich. Drugą jest trening mentalny, a dalej jest technika i ostatnia - taktyka, czyli system gry drużyny, jej strategia.

- Największa różnica między współczesną polską piłką a tą z moich czasów jest taka, że na własne życzenie prawie całkowicie rezygnujemy z tej pierwszej fazy, która była solą naszej piłki! Na niej wyrosły sukcesy Górnika, Legii, Widzewa i przede wszystkim reprezentacji Polski.

Czy to nie jest zbytnie uproszczenie? Nie chodzi bardziej o to, że nie mamy dzisiaj zawodników pokroju Deyny, Szymanowskiego, Kasperczaka, Laty, Żmudy, Bońka, Lubańskiego?

- A kto o tym wie? Czy Lewandowski nie może być jak Boniek czy Lubański? Czy Piszczek nie może być jak Szymanowski? Porównanie piłkarzy z różnych epok jest bez sensu. Naszym atutem w tamtych czasach były nie tylko indywidualności, ale przede wszystkim doskonale przygotowany zespół, z niesamowitą siłą i szybkością! Tak zdobywaliśmy medale mistrzostw świata.

- Na zimowe przygotowania jeździliśmy w góry, biegając po śniegu ładowaliśmy akumulatory, a dzisiaj wszyscy świadomie z tego rezygnują i małpują schematy przygotowań z zachodnich lig, w których kluby - z uwagi na warunki klimatycznie - bez porównania dłużej mogą trenować i grać na zielonych, niezaśnieżonych boiskach. Tak oto zaczynamy przygotowania na sześć tygodni przed pierwszym meczem, a od pierwszego dnia są zajęcia z piłką, bo nie chcemy wyglądać archaicznie.

- Tymczasem najbardziej nam brakuje kondycji, wybiegania! Nigdy techniki Włochów, Francuzów czy Hiszpanów mieć nie będziemy. Ale niezależnie od pogody możemy ich prześcignąć wydolnością, motoryką, sprawnością i przede wszystkim nad tym powinniśmy pracować.

- Kiedyś polska myśl trenerska polegała właśnie na tym, że wszyscy trenerzy potrafili naładować akumulatory swoim piłkarzom. My nie powinniśmy się wstydzić tego. Jeśli będziemy dwukrotnie lepiej przygotowani fizycznie i motorycznie, to trudniej będzie nas ograć na arenie międzynarodowej.

Pański trener z mundialu w Argentynie, Jacek Gmoch, twierdzi, że polska myśl szkoleniowa nie istniała.

- Nie chcę polemizować z Gmochem, każdy ma prawo do swojego zdania. Jeśli nie było polskiej myśli, to ja mam pytanie: jaka jest ta włoska? "Jeśli są wielkie pieniądze zaangażowane w piłkę, to są i sukcesy"? Dla mnie znakiem szczególnym polskich trenerów z lat 70. i 80. XX wieku było to, że każdy z nich - bez pomocy fizjologów - potrafił znakomicie przygotować zespół od strony fizycznej, a na bazie siły i szybkości wyprowadzaliśmy kontrataki nawet w 90. minucie, podczas gdy dzisiaj już w 70. minucie piłkarzy łapią skurcze.

- Skoro w tamtych czasach mieliśmy setkę piłkarzy, z których każdy poradziłby sobie na Zachodzie, to chyba ktoś ich musiał nauczyć grać...

Podwórko, inny styl życia?

- Tak, oczywiście, i nie tylko ono. Tam była pierwsze selekcja, do klubów szli ci, którzy pod trzepakami byli najlepsi, a nie tylko ci, których rodziców stać było na opłacenie treningów. Dlatego dzisiaj jeszcze bardziej powinno się położyć nacisk na przygotowanie fizyczne, bo młodzież, która przychodzi do klubów, nie jest na tym samym poziomie, na którym my byliśmy.

A nie boli pana to, że bardzo niewielu byłych świetnych piłkarzy pracuje na rzecz futbolu?

- To jest jeden z większych problemów. Wykorzystanie doświadczenia tych, którzy w piłkę grali, powinno być naszym fundamentem. Natomiast ci piłkarze muszą zrozumieć, że doświadczenie może być wykorzystane i właściwie przekazane tylko wtedy, gdy mają odpowiednie umiejętności, wykształcenie i wiedzę co do tego, jak to wszystko przekazać.

- Aż za często widzę zdolnych naszych ekspiłkarzy, którzy zapisali się do partii wiecznie narzekających komentatorów. Wiem, że to jest łatwe, ale ja wszystkich ich chciałbym widzieć w klubach piłkarskich, by brali udział w procesie budowy lepszej piłki. Od oceny i krytykowania niech będą inni.

Wojewoda pomorski oczekuje od pana w liście otwartym zajęcia stanowiska w sprawie transparentu, jaki wywiesili kibice Lechii na meczu z Legią. "Kibice gdańskiego klubu zaprezentowali płótno z wizerunkami Czesława Kiszczaka, Wojciecha Jaruzelskiego, Jerzego Urbana, a także Adama Michnika i Tadeusza Mazowieckiego. Wszystkie te postaci na szyjach miały pętle. Pod grafiką widniał natomiast napis: System upadł. Myślenie pozostało. Lata mijają a drzew ciągle mało’" - pisze wojewoda Ryszard Stachurski i pyta, czy takie napisy nie naruszają zasad przyjętych przez PZPN.

-  Pan wojewoda pisze to w formie listu otwartego, jestem tym faktem zaskoczony. Pan wojewoda w najbliższych godzinach dostanie ode mnie odpowiedź. Prawdopodobnie również w formie listu otwartego, skoro jest ona tak popularna.

Za nami 21 kolejek zreformowanej ligi. Jakie dostrzega pan plusy i minusy nowego systemu rozgrywek?

- Odpowiedzi na to pytanie mogę udzielić dopiero po rozegraniu ostatniego meczu sezonu. Proszę jednak pamiętać, że to nie jest reforma PZPN-u, tylko Ekstraklasy. PZPN - zgodnie z zasadami UEFA - musi takie zmiany zatwierdzać, ale idea i pomysł należały Ekstraklasy.

- Dzielenie punktów po sezonie zasadniczym może spowodować taki paradoks, że drużyna, która zdobędzie największą liczbę punktów, niekoniecznie musi zostać mistrzem Polski, a do I ligi może zostać relegowana drużyna, która w całym sezonie nie miała najmniejszej liczby punktów. Ale z drugiej strony zasady zmodernizowanej ligi były znane wszystkim od pierwszego dnia.

- Być może dojdziemy do wniosku, że liga z 37 meczami w naszych warunkach klimatycznych na dłuższą metę nie wytrzyma. Pamiętajmy, że mimo kilku meczów rozegranych w śniegu i tak mieliśmy aurę korzystną, a wiosnę zaczynamy już 20 lutego.

Ale na stadiony przychodzi mniej kibiców.

- Zgadzam się z pewną tezą, że spadek frekwencji jest winą bardziej problemu organizacyjnego, a nie reformy. Jesteśmy jedynym poważnym krajem, który uparł się, by każdy mecz grać o innej porze. W Anglii, Włoszech, Hiszpanii, Niemczech mamy po cztery mecze jednocześnie, a i tak każdy z nich jest transmitowany. Na tym polu jest  najwięcej do zrobienia. Sama reforma nie ma nic wspólnego z frekwencją na trybunach.

Ale kibice mieli mętlik w głowie, bo w niedzielę kończyła się jedna kolejka, a w poniedziałek zaczynała już następna.

- Zgadza się, rozumiem kibiców. Ekstraklasa SA to spółka nastawiona na robienie biznesu i dobrze, że tak jest. Musi ona jednak myśleć także o aspektach sportowym i kibicowskim.

Rozmawiał: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje