Wielki transfer, potem zawód. "To mi ciążyło, nakręcałem się"
- Gdy jakiś klub cię sprowadza, płaci za ciebie - jest to naturalne. Ale naturalne jest też to, że skoro na ciebie zwrócił uwagę, to chce, żebyś pokazywał to, co w poprzednim klubie. Kwota mi nie ciążyła, ale fakt, że nie mam liczb, w pewnym momencie już zaczął - mówi w rozmowie z Interią Mariusz Fornalczyk, bohater jednego z największych transferów w Ekstraklasie w tym sezonie.

Mariusz Fornalczyk przed transferem do Widzewa Łódź miał swój złoty czas. W barwach Korony Kielce stał się jedną z gwiazd Ekstraklasy, w młodzieżowej reprezentacji zresztą podobnie. Latem Widzew Łódź zdecydował się wyłożyć na niego 1,5 mln euro z nadzieją, że poprowadzi klub do dobrych wyników. Z tego jak na razie wyszło niewiele. Fornalczyk zagrał poniżej oczekiwań, zresztą jak cała drużyna. W pewnym momencie przylgnęła do niego łatka zawodnika, który im bardziej chce, tym bardziej mu nie wychodzi. A jak sam to widzi?
W tej teorii jest trochę prawdy
Przemysław Langier (Interia Sport): Mówi się o tobie, że gdy za bardzo chcesz, to ci nie wychodzi.
Mariusz Fornalczyk (piłkarz Widzewa Łódź): - Wiesz, że chyba bym się z tym trochę zgodził? Gdy z meczu na mecz nie pojawiały się żadne liczby, to faktycznie chciałem jakby jeszcze mocniej. W meczu z Bruk-Betem dałem wreszcie asystę i myślałem, że pójdzie już z górki, że te liczby się pojawią, ale niestety… Było trochę mojej nieskuteczności, trochę pecha, bo oddałem kilka dobrych strzałów, a to poprzeczka, a to bramkarz wybronił. Ale też nie do końca się z tym stwierdzeniem zgadzam, bo takie "chcenie za bardzo" przyszło dopiero z czasem. Na początku tego nie czułem.
W takich momentach aż prosi się zapytać, czy ciążyła ci kwota, którą Widzew za ciebie zapłacił.
- Zupełnie nie. O tym akurat nie myślę. Trochę inaczej na to bym spojrzał: gdy jakiś klub cię sprowadza, płaci za ciebie - jest to naturalne. Ale naturalne jest też to, że skoro na ciebie zwrócił uwagę, to chce, żebyś pokazywał to, co w poprzednim klubie. Kwota mi nie ciążyła, ale fakt, że nie mam liczb, w pewnym momencie już zaczął.
Pracowałeś jakoś nad tym?
- Oczywiście, wspominałem już o tym w przeszłości. Już od czasów Pogoni współpracuję z psychologiem i wiem, że to procentuje. Niektórzy twierdzą, że nie, a ja po sobie czuję, że moja głowa się zmienia. Zresztą wystarczy, że przypomnę sobie samego siebie, jak miałem 18 lat. Dziś mam 23 i jestem zupełnie inny.
Pół-żartem, pół-serio: a może trzeba było spytać Jacka Zielińskiego, jaki znalazł na ciebie złoty środek w Koronie?
- Nie sądzę, że był jakiś złoty środek. Po prostu trener dawał mi dużo swobody, nawet jeśli miałem do wykonania zadania w defensywie. W pewnym momencie gra Korony zaczęła się opierać na mnie, sprawdzałem się w tej roli, i po prostu mnie to napędziło. W Widzewie wygląda to trochę inaczej. Musiałem zaadaptować się do nowego. Hmm… w sumie to myślę, że tę adaptację mam już za sobą. Zresztą jeśli mówimy o Koronie, to pierwsze pół roku tam też nie było za ciekawe.
Ja miałem wrażenie, że nie pomógł ci trener Sopić. Że ustawiał cię za nisko. Za mało miałeś możliwości, by skorzystać ze swoich atutów, za daleko byłeś od pola karnego.
- Faktycznie trener miał taką taktykę, że skrzydłowi grali trochę niżej. Faktycznie miałem za mało pojedynków ze środkowym obrońcą, tylko szedłem szeroko do linii i trafiałem na prawego obrońcę. Było trochę inaczej niż wcześniej, ale… no nie ma tutaj wymówek, że byłem za nisko, czy za wysoko. Za trenera Sopicia też miałem swoje sytuacje, które powinienem wykorzystać.
Zobacz również:
Wchodziłeś do Widzewa jako ten, który ma robić liczby. Dziś jak się spojrzy na Widzew i to, kogo sprowadza, to ludzi od liczb jest znacznie więcej. Odpowiedzialność się rozłoży, może będzie ci lżej?
- Ciężko powiedzieć. Ale nie da się ukryć, że jakości w Widzewie jest bardzo dużo. Jeśli ja nie wykorzystam swojej szansy, może kolega to zrobi. Na końcu liczy się dobro drużyny.
Jaki był twój najtrudniejszy moment jesienią?
- Gdy wewnętrznie poczułem, że nie wszedłem w ten sezon tak, jakbym chciał. To mnie nakręciło negatywnie. Z meczu na mecz coraz bardziej chciałem strzelić tę pierwszą bramkę, żeby to uczucie mnie puściło. To był trudny czas dla mnie, ale umówmy się - też dla całej drużyny. Przyszło wielu nowych zawodników. Teraz powinno być wszystkim łatwiej. Ale jeśli miałbym ci wskazać jeden konkretny najtrudniejszy moment - to tego nie zrobię. Bo całe pół roku nie należało do najłatwiejszych.
Mariusz Fornalczyk: nie czytam Internetu
Czytałeś co ludzie pisali w Internecie?
- Ja w ogóle tego nie czytam, tak szczerze mówiąc.
Nie masz konta na Twitterze?
- I tak, i nie. Bo konto mam, ale nie jestem jakimś twardym użytkownikiem. Czasem zerknę, ale bardziej, by zobaczyć jakiś post i tyle. W komentarze nigdy nie wchodzę, bo one nic mi nie dadzą, mogą tylko zaszkodzić. Wiem, kto przychodzi na stadion, i ci ludzie są dla mnie istotni. Wiem, kto mnie wspiera w życiu - to dla mnie najważniejsze. Czytanie Internetu nie jest dla mnie.
Bycie ocenianym to najgorsza część życia piłkarza?
- Nie. To element, który zaakceptowaliśmy w momencie, w którym zdecydowaliśmy się na taką drogę. Żeby być na topie, musisz zagrać przynajmniej jeden sezon, w którym ludzie cię poznają. A jak cię poznają, to będą oceniać.
Podobno w piłce albo wygrywasz, albo się uczysz. W takim razie mieliście sporo okazji do nauki w takim razie przez jesień. Czego się nauczyliście?
- Na pewno tego, że musimy być skoncentrowani do 90 minuty, bo od 75. do 90. mieliśmy duże problemy. Niedawno trener nam pokazał, że traciliśmy bardzo dużo bramek i punktów w ostatnim kwadransie. Myślę, że to jest jedna z większych lekcji, które mogliśmy wyciągnąć.
Powiedz mi tak szczerze, bo nie jesteście robotami, którym się mówi, że jest nowy trener i to kończy temat. Wy dyskutujecie między sobą. Jak komentowaliście między sobą te ciągłe zmiany? Jeden, drugi, trzeci trener… szatnia musiała tym żyć.
- Jasne, że tak było. Przyzwyczajaliśmy się do jednego trenera i po chwili go już nie było, do drugiego - to samo. Do dyrektora - też. To nie było łatwe, zwłaszcza, że czuliśmy, że nie pomagamy. My naprawdę chcieliśmy wygrywać, pomóc trenerom. Informacje o zmianach z jednej strony na pewno nie były dla nas fajne, z drugiej ufamy, że prezesi wiedzą, co robią, a my musimy po prostu się zaadaptować. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że za nami już ostatnia zmiana. Czuję, że jest bardzo dobrze, że trener ma fajny pomysł na zespół. Trenujemy w dwóch systemach na każdym treningu - chyba jeszcze do końca nie wiadomo, który będzie naszym wyjściowym. Ale mam nadzieję, że będziemy wygrywać wszystko.
Seria szybkich pytań
Ja mówię: Igor Jovićević, a ty mówisz szybkie skojarzenie.
- Profesjonalista, to na pewno. Ale wie, jak znaleźć balans. Kiedy możemy sobie pożartować, to się śmiejemy.
Osman Bukari niedawno powiedział mi, że jest pozytywnie agresywny.
- Pewnie chodziło o to, że ekspresyjny i z tym bym się zgodził. Jak ma cię przytulić, to i tak zrobi to tak mocno, że to poczujesz (śmiech). Może o to chodziło Osmanowi.
Na koniec seria krótkich pytań. Najfajniejszy moment w Widzewie?
- Nie było jeszcze, dopiero nadejdzie.
Najgorszy moment?
- Bramka dla Legii na 1:1 i w ostatnim meczu rundy na 1:2. No, może jeszcze zaliczyłbym cofnięcie karnego przeciwko Wiśle Płock (po faulu na Fornalczyku - przyp. red.).
Twój najlepszy mecz?
- Z Koroną.
A najsłabszy?
- Serio muszę wybrać tylko jeden? Ale niech będzie, że z Jagiellonią. Lub Motorem.
Piłka składa się z wielu niespełnionych obietnic. A gdybyś ty miał złożyć jakąś, którą na pewno spełnisz?
- Że strzelę w tej rundzie bramkę.












