W Ekstraklasie dzieje się historia. Jednego zazdrościć może nawet… PSG
Czasy, w których rozpoczynająca się runda w piłkarskiej Ekstraklasie, wywoływała ciarki zażenowania, minęły. Wiele wskazuje, że bezpowrotnie. Jeśli ktoś przespał ostatnich kilka lat, mógłby być zdziwiony, w jakich okolicznościach ruszy wiosenna część rozgrywek w naszej lidze. Prawdopodobnie najbardziej dynamicznie rozwijającej się w Europie.

Wzrost znaczenia Ekstraklasy widać dosłownie w każdych danych. Rekordowe frekwencje, przychody klubów, miejsce w europejskim rankingu. Kontrakt telewizyjny, którego mogą zazdrościć inni w Europie, bo plasujący polską ligę wśród dziesięciu najdroższych pod tym względem. Ba, mistrz Polski - z tytułu nagrody bezpośrednio powiązanej z wartością praw telewizyjnych - otrzymał wyższy przelew od tego, na jaki za mistrzostwo swojego kraju mógł liczyć… Paris Saint-Germain (informacja pochodzi z wywiadu prezesa Ekstraklasy dla Interii. Można go przeczytać w tym miejscu). Sam fakt, że Ekstraklasa przebija kolejne szklane sufity jest wystarczającym powodem, że warto ją śledzić. Liczba pobocznych fabuł, dla których warto to robić, tylko tę wartość potęguje. Kilka z nich wymienimy później.
Sufit jeszcze daleko
O stałym trendzie w polskiej lidze mówił jakiś czas temu Interii Marcin Animucki, prezes spółki Ekstraklasa SA. - Gdy przychodziłem kilkanaście lat temu do piłki, Ekstraklasę z trybun w ciągu sezonu oglądało 1,6-1,7 mln widzów. Spoglądałem wtedy na Portugalię, gdzie ligę oglądało 3 mln osób, i mówiłem: ale byłoby super, gdybyśmy kiedyś osiągnęli taki wynik. Teraz to my mówimy o 4 mln kibiców na trybunach, ósmym miejscu w Europie, i prześcignięciu Portugalii. Prawa transmisyjne są coraz droższe - gdy startowałem, było to 87 mln zł rocznie. Aktualny kontrakt jest wart 1,3 mld zł na cztery lata - to 8-9. miejsce w Europie. Z tego tytułu przekazaliśmy klubom w zeszłym roku blisko 300 mln zł, a w tym będzie podobnie. To daje fundamenty pod kątem rozwoju - zarówno na rynku transferowym, jak i szkolenia. A poza tym po wspomnianym rankingu widać, że weszliśmy też na wyższy poziom sportowy. Nawet największym malkontentom chyba trudno byłoby zaprzeczyć, że Ekstraklasa idzie w dobrym kierunku - przekonywał.
Kombinacja organicznego wzrostu ligi z utworzeniem przez UEFA Ligi Konferencji, co polskie kluby skrupulatnie wykorzystały, sprawiła, że wiosną rywalizacja - pierwszy raz w historii - toczy się aż o dwa miejsca w eliminacjach Ligi Mistrzów i pięć w europejskich pucharach w ogóle. Mało tego - jest już niemal pewne, że w kolejnych rozgrywkach nie tylko utrzymamy pulę miejsc, ale wylądujemy w drabinkach, które zapewnią nam co najmniej dwa miejsca w pucharach z urzędu - w tym jedno, dla mistrza Polski, co najmniej w Lidze Europy. Stajemy się właśnie świadkami rzeczy, o których pięć lat temu trudno było marzyć.
W niedawnym wywiadzie udzielonym Tomaszowi Ćwiąkale, Karol Klimczak, prezes Lecha Poznań, przekonywał, że sufitu Ekstraklasy wciąż nie widać. Ba, rozjazd pomiędzy gospodarką Polski, rosnącym PKB, a tym, ile pieniędzy trafia do ligowego futbolu jest na tyle nieproporcjonalny - w stosunku do lig będących nad nami - że w przypadku wyrównywania się, Ekstraklasa może wylądować na stałe w czołowej dziesiątce na kontynencie. Gra zatem toczy się nie tylko o mistrzostwo kraju, lecz o nieprzespanie szansy wręcz historycznej. Nie może zatem dziwić, że w piłce pojawia się coraz więcej biznesu.
Tylko w ostatnim roku doszło do kilku przejęć naszych klubów. Pogoń Szczecin weszła w ręce majętnego Alexa Haditaghiego, który de facto spłacił długi sięgające 70 mln zł, Łukasz Maciejczyk, właściciel firmy tytoniowej, "wyrwał" Koronę Kielce z rąk miasta i z miejsca w nią zainwestował realnie wzmacniając skład, amerykański biznesmen Robert Platek przejął Cracovię (tutaj akurat są bardzo duże wątpliwości, czy to dobrze dla klubu), w kolejce czeka Lukas Podolski mający od dawna chrapkę na Górnika Zabrze, a najgłośniejszym "transferem" biznesu do ligi był zakup Widzewa Łódź przez jednego z najbogatszych Polaków - Roberta Dobrzyckiego.
Dobrzycki wszedł z pompą - jego wydatki na wzmocnienie Widzewa przekroczyły już 15 mln euro, bo jest kwotą większą niż… sumaryczne zimowe wydatki wszystkich klubów hiszpańskiej La Ligi. Z danych portalu Transfermarkt wynika, że zespoły z hiszpańskiej elity przeznaczyły tej zimy na transfery około 12,7 mln euro.
Zobacz również:
Niesamowita fabuła
Przegapiając śledzenie Ekstraklasy, przegapia się aktualnie największy boom w jej historii. Wszystko, o czym pisaliśmy wyżej, bazuje jednak na ogółach, podczas gdy najbardziej "fabularne" są szczegóły.
Mamy tu Legię Warszawa i Marka Papszuna, czyli pierwszą poza Częstochową pracę na wysokim poziomie jednego z najbardziej utytułowanych szkoleniowców. Papszun przychodzi do Legii w momencie jej gigantycznego kryzysu, po niezbyt przyjemniej walce o wyrwanie się z zapisów kontraktu z Rakowem. Ryzykuje bardzo wiele, ale mówimy o… kibicu Legii, który nigdy nie krył, że w przeszłości chodził na Żyletę - trybunę z najbardziej zagorzałymi fanami.
Mamy Raków Częstochowa i Łukasza Tomczyka - trenera bez żadnego doświadczenia w Ekstraklasie, który od razu trafia do bardzo wymagającego środowiska. Jednocześnie, tak jak w przypadku Papszuna, wielkiego kibica klubu, w którym przyjdzie mu pracować. Tomczyk od lat uchodził za jednego z najzdolniejszych szkoleniowców w kraju - śledzenie weryfikacji jest fabułą godną tej ligi.
Mamy beniaminka na czele ligi - Wisłę Płock. A jednocześnie mającego zaledwie… 11 punktów przewagi nad ostatnim miejscem, co nie pozwala rozgonić demonów przeszłości. Gdy Wisła ostatnim razem spadała z Ekstraklasy, była jej liderem niemal do półmetka sezonu.
Mamy w drugiej części tabeli, tuż nad strefą spadkową, wspomniany Widzew Łódź, którego polityka transferowa przypomina tę, którą u schyłku lat 90. przeprowadził w Wiśle Kraków Bogusław Cupiał, też niedługo po przejęciu Białej Gwiazdy. Wtedy Wisła w ciągu jednej rundy była w stanie przedrzeć się z 13. na 3. miejsce w lidze i sądząc po rozmachu, z jakim podchodzi Robert Dobrzycki, trudno nie dostrzec i u niego takiej myśli.
Mamy Jagiellonię Białystok, która - mimo iż przeżywa najlepszy finansowy okres w swojej historii - kolejny raz wkłada kij w szprychy klubom, które wydają krocie. Zimowe okienko transferowe w przypadku Jagi wydaje się przespane, co samo w sobie jest ciekawe - bo zostawia wielkie pole do popisu Adrianowi Siemieńcowi. Trenerowi, który związał się z agencją menedżerską SEG, do której należy choćby Pep Guardiola.
Wreszcie mamy ligę, która niemal w całości równocześnie gra o awans do europejskich pucharów i o utrzymanie - bo trudno w Europie znaleźć bardziej zwarte rozgrywki. Wszystko to przy rosnącej jakości piłkarskiej, bo przecież do Ekstraklasy coraz częściej trafiają piłkarze sprawdzeni w silnych rozgrywkach. Dziś nie jest już wielkim wydarzeniem sprowadzenie przez nasze kluby zawodnika o wartości powyżej miliona euro, który ma za sobą dobry sezon w silniejszej lidze niż polska.
Ten tekst mógłby być tekstem na zamówienie organizatora ligi, ale… nim nie jest. Żyjemy w czasach, gdy o Ekstraklasie trudno mówić źle. I właśnie w tych okolicznościach wchodzimy w rundę wiosenną.
Pierwszą kolejkę po przerwie zainagurują dwa piątkowe spotknia 19. kolejki:
Zagłębie Lubin - GKS Katowice o godzinie 18:00 oraz Radomiak Radom - Arka Gdynia o 20:30.












